Memoriał Józefa Psotki – lubię się nie ścigać

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Rohatka

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Rohatka

Dlaczego tak bardzo mi się spodobało? Bo piękne, jesienne i zarazem ośnieżone Tatry? Serdeczna atmosfera i przemili ludzie? Bo było fajnie ściganie? Bo właściwie nie było ścigania?

Było ściganie i nieściganie. Lubię się ścigać. Ale jeszcze bardziej lubię się nie ścigać, po prostu być w górach. Kocham przygody, lubię się bać i czuć się odważna, pokonywać wyzwania i trudności. Uwielbiam przestrzeń. Nieskończenie piękną przestrzeń. Przestrzeń, w której mogę iść szybko albo wolno, mogę dawać z siebie wszystko albo spokojnie pokonywać skalne trudności, w której jestem zupełnie sama i boję się dzikich zwierząt, albo jestem z ludźmi, takimi jak ja.

Dlatego pokochałam te zawody.

Zapisałam się po tygodniowym przeziębieniu. Przez dwa tygodnie zrobiłam dwa treningi. Tydzień przed – krótki mocny cross i dwa dni przed – 6 km i przebieżki. To nie było mądre, ale nie mogłam nie wystartować. Od trzech lat chciałam tutaj pobiec, ale zawsze coś wypadało. A takiej pogody w Tatrach dawno nie było w październiku.

Jak wiadomo bieganie pod górę nie jest moją specjalnością, a w tym roku mój trening w ogóle jest słaby. A na tych zawodach czas liczy się tylko pod górę. W sumie 20 km i 2000 m w pionie. Są dwie czasówki wliczane do wyników: z Tatrzańskiej Łomnicy na Polski Grzebień (16 km i 1700 m) i ze Zbójnickiej Chaty na Czerwoną Ławkę (3 km i 350 m). Cała trasa ma 36 km i ok 2500 m przewyższenia i trzeba się zmieścić w limicie 8 godzin i 15 minut. To dużo. Bardzo dużo. Ale biorąc pod uwagę odpoczynki między czasówkami, trudne warunki na zejściach z przełęczy, jak się okazało, wcale nie wracałam z drugiej mety spacerkiem.

Start o godzinie 9 z Tatrzańskiej Łomnicy. Warto wiedzieć, że „prezentacja” to nie nasza odprawa, czy inne spotkanie organizacyjne ale wydawanie numerów! Prezentacja zaczynała się o 7 i chwała Bogu, że odpuściłam. Byłam w Łomnicy jakoś po 8. W ogóle super miejsce na organizację zawodów. Biuro zawodów mieści się w pensjonacie Tenis Centrum z wielką halą tenisową i świetnym zapleczem hotelowym. Zostałam na noc po biegu.

Rano jest dość zimno, ok 7 stopni, a w ciągu dnia ma grzać słońce. Decyduję się jednak pobiec w długich legginsach i bluzce z długim rękawem. Do plecaka zabieram wymaganą wiatrówkę, raczki, rękawiczki i dodatkową opaskę na głowę. Jedzenie, ile wziąć żeli? Zabieram 4 – tylko na pierwszą czasówkę (nie wiem jakim cudem wzięłam jednak 3…) Grzebię się strasznie z tym szykowaniem, przypinaniem numeru, dziwnego chipa zakładanego na palec (nie wiem, co z nim zrobić) i w efekcie nie robię porządnej rozgrzewki, tylko 500 m, żadnych rytmów.

Start

Lecę jakbym biegła szybką, płaską piątkę, a nie 16 km pod górę. Wiem, że będę mieć czas w granicach 2:15. Biegłam w sierpniu mocno na Rysy, a tu jest ciut dłużej i więcej przewyższenia. To po jaką cholerę cisnę tak mocno? Tętno progowe jak nic! Zakwaszam się. I czuję się jakoś słabo. Gdy robi się bardzo stromo przechodzę do marszu, żeby uspokoić tętno. Po ok. 1 km wyprzedzają mnie jedna po drugiej dwie dziewczyny. Biegną tak lekko! Po jakimś czasie wyprzedza mnie jeszcze jedna skialpinistka, ale mam ją długo w zasięgu wzroku.

Bo wiecie, w tym biegu startują mocni słowaccy skialpiniści. Latem trenują pod sezon zimowy i zasuwają pod górę jak rakiety. A ja czuję na stromych podejściach jakąś dziwną niemoc. Na lekkich podbiegach i nielicznych płaskich odcinkach biegnie mi się za to super. Dziwne, bo przecież nie trenowałam prawie wcale szybkości, ale nie trenowałam też dynamicznych podbiegów. Szybko do mnie dociera, jestem zaczłapana tymi długimi wyrypami, nie mam dynamiki na podejściach.

Za Rainerową Chatą

jest wypłaszczenie, potem podbieg i kawałek zbiegu do Śląskiego Domu. Odcina mnie. Teren jest trudny, niby w dół, ale pod nogami nierówne głazy, z boku przeszkadza kłująca kosówka, kręta ścieżka, nie mogę złapać rytmu. Zaczyna mnie mdlić i kręci mi się w głowie. Muszę przejść co marszu. Na zbiegu! Kończą mi się żele. Wzięłam tylko 3 żele na ponad 2 godziny biegu. Może na punkcie pod Śląskim Domem coś będzie? Ale nic z tego. Doczłapałam jakoś, a tam tylko herbata. Tylko i aż. Słodka herbata! Zatrzymuję się na jakieś 2 minuty. Nie mogę oderwać się od tej herbaty, piję i piję, kubek za kubkiem. Napełniam flask i pokrzepiona biegnę dalej.

Jeszcze ok 3 km i 550 m przewyższenia. Siły po tej herbacie trochę mi wrócają i lecę na maksa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle dałam z siebie na zawodach. Nogi już się pode mną uginają, a ja nie chcę się poddać. Dostrzegam przed sobą różową postać z białym plecakiem. Chcę ją dogonić, choć wiem, że to niemożliwe. Ale przynajmniej zniweluję do minimum stratę, żeby mieć szansę na trzecie miejsce po drugiej czasówce. Ten odcinek trasy znam dobrze, byłam tu w czerwcu z Forkiem. Dość wygodny, kamienny chodnik pod górę, im wyżej tym stromiej. A wyżej sporo śniegu. Już nie ma mowy o podbieganiu. Łapię się rękami śniegu i skał, dyszę jak lokomotywa. Na szczęście meta jest wcześniej, poniżej przełęczy.

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie

Meta 1 czasówki pod Polskim Grzebieniem

Polski Grzebień

Dobiegam i rzucam się na jedzenie! O niczym innym teraz nie marzę! Do wyboru chleb z nutellą, chleb ze smalcem, batony i herbata. Piję dużo herbaty. Odpoczywam tutaj grubo powyżej 15 minut. Ale robi mi się zimno, trzeba ruszać dalej. Zabieram dwa batony na drogę i wkładam raczki – obowiązkowe na tym odcinku.

Jest cudnie! Teraz mam czas napawać się widokami, które przecież doskonale znam. Ale za każdym razem jest inaczej. Inaczej pada słońce na szare skały, są inne chmury, jest spokojnie albo szaleje wiatr, słonecznie albo ponuro, mniej lub więcej śniegu. Są inni ludzie. Dolina Białej Wody wygląda przepięknie, szlak na Polski Grzebień od północnej strony w ogóle nieprzedeptany. Marzy mi się, żeby go przedeptać, może za tydzień? Zejście z Polskiego Grzebienia śliskie i niebezpieczne, ubezpieczone na czas zawodów dodatkową liną. Oj, ciężko by tu było bez raczków! A ja się krzywiłam, że każą nam je zabrać.

Zupełnie zapominam, że po przejściu przez Rohatkę do Zbójnickiej Chaty znowu trzeba będzie dać z siebie wszystko i maksymalnie się wysilić. To trudne zawody. Ale właśnie dlatego są tak ekscytujące!

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Dolina Białej Wody

Z Polskiego Grzebienia na Rohatkę – Dolina Białej Wody

Szlak na Rohatkę

jest za to dobrze przedeptany. Fajnie się wchodzi po śniegu. Dużo łatwiej niż latem po klamrach i skale. Na przełęczy wesoła ekipa gości z Horskiej Służby, którzy zabezpieczają trasę. Jeden z nich częstuje mnie „dopingiem” i wciska do ręki piersiówkę. Serdeczna atmosfera, biegacze wyluzowani, przecież tutaj się nie ścigamy.

Na zejściu znowu przydają się raczki i lina też jest tutaj na miejscu. Północna, chłodna strona Doliny Staroleśnej. Pamiętam, gdy byłam tu kiedyś pod koniec sierpnia i też było zimno. Dopiero gdy wyszłam na przełęcz ogrzały mnie promienie słońca. Zbiegam w raczkach prawie do samej Zbójnickiej Chaty, tyle lodu na szlaku. Tutaj jedni szykują się na kolejny start, inni leżą i odpoczywają, rozmawiają. Widać, że sporo osób świetnie się zna.

Można wystartować o dowolnym czasie, byle zdążyć przed 13:45. Znowu ciepła, słodka herbata. Nigdy herbata nie smakuje tak dobrze jak w górach! Odpoczywam ponad pół godziny, ale nie dłużej. Dłużej nie ma już sensu. Czuję, że słabnę i się wychładzam. Czas na kolejny wycisk! Ruszam.

Na Czerwoną Ławkę

Daję z siebie absolutnego maksa, choć ciężko mówić o jakiejś zawrotnej szybkości. Na szlaku sporo śniegu, miejscami stromo. I po prostu nie mam już sił, ale chcę nadrobić stratę z pierwszej czasówki. Tylko to teraz się liczy, czas, jak najszybciej do celu. Wyprzedzam dwóch biegaczy, którzy wystartowali przede mną, ktoś inny mnie dogania. Dziwnie się biegnie, gdy nie widzę zawodniczek, z którymi się ścigam. Walczę z nimi wirtualnie. A w zasadzie to nie z nimi, tylko z sobą, dystansem i czasem. Daję z siebie wszystko i jeszcze więcej. Już nie mogę, opadam z sił. Szlak miejscami zanika w niekończącej się przestrzeni szarych skał i śniegu, ciężko się zorientować, którędy biec. Jest, widzę metę, czerwone chorągiewki! Znowu trochę poniżej przełęczy. Co za ulga! Dobiegam, upadam na śniegu. Stopuję zegarek, po niecałych 35 minutach. Czas znowu się zatrzymuje. Łapię oddech, jak ryba wyciągnięta z wody. Ale jestem u siebie. W przecudnym miejscu. Oślepia mnie słońce. Widzę piękną, biało-szarą dolinę i ostre, czarne krawędzie szczytów, jakby wycięte na niebieskim niebie.

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Dolina Staroleśna

Meta 2 czasówki, pod Czerwoną Ławką, Dolina Staroleśna

Tutaj znowu świetna atmosfera, nie chce się stąd ruszać. Ale coś mi podpowiada, żeby już iść. Dobra decyzja, bo zejście z Czerwonej Ławki jest o wiele trudniejsze niż w moich najśmielszych wyobrażeniach. Stromo, oblodzone skały. Lodowane łańcuchy, przez które już prawie nie czuję dłoni. Przydałaby się uprząż i raki. Naprawdę to mówię – zwolenniczka stylu light and fast. Boję się, że puszczę łańcucha i sturlam się w dół po skałach i śniegu. Naprawdę się boję. Gdyby nie ci wszyscy ludzie, biegacze, którzy schodzą razem ze mną, spanikowałabym. Nie pamiętam, ile trwa to zejście, może pół godziny? Nie mogę uwierzyć, że latem zajmuje ono kilka minut. Wreszcie koniec łańcuchów, co za ulga, udało się, jestem szczęśliwa! Jest tu jeszcze dodatkowa poręczówka, ale już można zbiegać. Naprawdę super zabezpieczone zawody.

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Czerwona Ławka

Czerwona Ławka

Jeszcze tylko zbieg po śniegu do Chaty Téryho, a potem 12 km i 1300 metrów w dół do Tatrzańskiej Łomnicy. Fajnie się biegnie, już bez żadnej spiny. Ludzie biegną C2150-508 grupkami, towarzysko. Nikt już nie myśli o ściganiu.

Dopiero przed dekoracją dowiaduję się, że jestem czwarta. Nie udało się nadrobić czasu na drugiej czasówce, choć strata była niewielka.

Ale jakie to ma w ogóle znaczenie, czy byłam pierwsza, czwarta, czy dziesiąta? Czy przed śmiercią ktoś będzie mnie rozliczał z zajętych miejsc i uzyskanych czasów? Czy będę raczej wspominać to, gdzie byłam i co przeżyłam? Bo czy bycie pierwszą jest bardziej wartościowe od bycia ostatnią? Lubię się ścigać, ale jeszcze bardziej lubię się nie-ścigać. I takie były te zawody. Kolejny, cudowny dzień w górach! To co kocham najbardziej! 

Przeczytaj również

Facebookgoogle_plusredditpinterestlinkedinmailFacebookgoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Brak odpowiedzi do "Memoriał Józefa Psotki - lubię się nie ścigać"


    Masz coś do powiedzenia?

    HTML jest dozwolony