Debiut na Orlej. 1 godzina i 37 minut

Wypadło pod koniec września okienko pogodowe i w końcu musiałam się tam wybrać, a że ruszyliśmy o 16:30 z Zawratu, musieliśmy zdążyć przed zachodem słońca. Moje wrażenia w ekspresowym skrócie: zajebisty szlak, strasznie dużo żelastwa, bez rękawiczek ani rusz, poza samym szlakiem prawie nic nie pamiętam, pozostał w mojej głowie tylko piękny zachód słońca na Krzyżnem.

Skąd pomysł

Planowaliśmy coś zupełnie innego i dłuższego, ale że ostatnio jakoś mało biegam (od 1 do 30 września pykło 110 km na biegowo i jedna wycieczka wspinaczkowa), więcej choruję i odpoczywam i powoli wchodzę już w dłuższą fazę roztrenowania – stać mnie było tylko na coś krótszego. No i nie wypada mieszkać w Kościelisku ponad dwa lata, pisać bloga o bieganiu po Tatrach, a nie być na najtrudniejszym szlaku, prawda? A na poważnie, po prostu chciałam Orlą Perć przejść dla siebie, poza sezonem, żeby było bez tłumów i na szybko. I dopiero po dwóch latach biegania po Tatrach do tego dojrzałam.

Wyszła z tego genialna wycieczka

Ruszamy leniwie około godziny 12 z okolic stacji BP, ja, Jurek (czyli mój czołowy przyklaskiwacz, jakby ktoś nie wiedział, taką dostał ksywę od jednego z moich fanów) i Jacek (mój pierwszy fotograf – jeszcze nie dorobił się ksywy). Forka nie wzięliśmy, nie zmieścił się biedak do żadnego plecaka. Największy miał Jacek – wyładowany po brzegi obiektywami i statywami, Jurek miał mały biegowy, a ja, jako jedyna kobieta w towarzystwie szłam na „fast and light”. Forky musiał więc tym razem zostać i to na cały dzień. Pyknie Orlą innym razem.

Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut

Do Murowańca wchodzimy w tempie emeryckim, co chwilę ziewam (coś mało snu ostatnio), Jurek jakiś podziębiony, a Jacek z najcięższym plecakiem ledwo człapie podpierając się kijkami. Dwa dni temu był pod Chłopkiem – ma za swoje. Pogoda bajka, jak latem, ale tłumów wielkich brak. W Murowańcu nawet bez problemu znajdujemy wolne ławki na zewnątrz. Jest dopiero 13.30, możemy więc rozsiąść się jak prawdziwi turyści, zjeść naleśniki, pierogi, powygrzewać na słońcu, nigdzie nam się przecież nie spieszy. W ogóle nie rozumiem tych wszystkich biegaczy, ciągle gdzieś gonią i nawet w schronisku szkoda im dłużej posiedzieć, żeby zjeść normalny obiad.

Gdy po godzinie lenistwa już prawie przysypiam, zapada jedyna słuszna decyzja, żeby ruszyć tyłki i wdrapać się na Zawrat. Około 14:40 wychodzimy spod Murowańca, znów leniwie, kręcąc filmiki i robiąc fotki docieramy do Zmarzłego Stawu. Tam Jacek zaczyna wdrapaczkę na Zadni Granat, by tam założyć stanowisko foto, a ja z Jurim wspinaczkę wzdłuż łańcuchów na Zawrat. Docieramy na spokojnie o 16.15.

Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut

Zawrat. Start o 16.30

Na przełęczy ponad 20 osób i mam wielką nadzieję, że ten tłum nie ruszy na Orlą. Schodzą do Piątki, ufff, a w kierunku Krzyżnego tylko 4 osoby. Start planujemy na 16.30. Idealnie jak na szlak, który o wcześniejszej porze jest zatłoczony, a na łańcuchach, klamrach i drabinkach tworzą się zatory. Dobra godzina, żeby ruszyć na trasę, którą zaawansowany turysta robi średnio w 6 godzin. My mamy czas do zachodu słońca. Dwie godziny, akurat tyle, ile chciałabym złamać. Byłoby dobrze jak na debiut.

Juri jest tu ze mną po to, żeby po pierwsze – dotrzymywać mi towarzystwa (prawie cały czas przegadaliśmy), po drugie – pomagać w zorientowaniu się na szlaku (podobno jest fatalnie oznaczony), po trzecie – nagrywać mój niebywały wyczyn. (Choć z roli kamerzysty wykaraskał się dość szybko, na jego szczęście kamerka zawiesiła się przed Kozią Przełęczą). Plan jest prosty – ja biegnę pierwsza własnym tempem, Juri kręci i umila mi czas. Raz mnie wyprzedził, po czym zaraz zgubił szlak, więc zostaliśmy przy pierwotnej wersji. A w trakcie okazało się, że szlak jest świeżo odmalowany i nie mieliśmy większych problemów z orientacją.

Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut

Jak to jest być w górach i nic nie pamiętać

Ruszamy dość szybko, od razu górna granica drugiego zakresu, no ale jest pod górę. I teraz najlepiej by było, gdybym zakończyła relację. Po prostu prawie nic nie pamiętam, żadnych widoków, cudnych miejsc ani mrożących krew w żyłach przepaści. Wiem, że w 1/3 przebiegliśmy przez Kozi Wierch, a mniej więcej w połowie minęliśmy Zadni Granat. Juri cały czas coś tam opowiadał, że tu na lewo południowa ściana Zmarłej Turni, a na prawo coś tam, ale nie miałam czasu na oglądanie widoków. Zapamiętałam tylko szlak. To prawda, dość techniczny, dużo stromych podejść z łańcuchami, dwa razy drabinki (raz zejście, raz podejście), ale nie robiło to na mnie większego wrażenia. Może mam spaczone podejście po KIMA, gdzie momentami naprawdę się bałam, a może tempo było za szybkie i nie było czasu na dywagacje, czy ta drabinka jest na pewno dobrze przymocowana i czy jak polecę, to zabiję się od razu, czy dopiero po 500 metrach. Wolałabym to drugie, zawsze marzyłam o lataniu.

Łańcuchy bardzo pomagają, można odciążyć nogi, silne ręce na takich szlakach to połowa sukcesu. Ja mam dość słabe, dlatego jeszcze dziś mnie bolą. Juri zna międzyczasy z własnego przejścia w 1 godzinę i 49 minut i co jakiś czas melduje mi, że jesteśmy dużo przed tym czasem, jaki mamy międzyczas i za ile będziemy na Krzyżnem. Genialna sprawa. Nie zastąpi najlepszego zegarka. Ale najważniejsze dla mnie jest to, że jest wesoło, prawie cały czas gadamy, śmiejemy się i jaramy każdym zbiegiem. Fajna zabawa, nawet jeśli brzmi to brawurowo.

Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut

Najbardziej boję się kolizji z turystami. Po obejrzeniu filmiku Piotra Łobodzińskiego (Orla w 1 godzinę i 16 minut) mam pewien niesmak, że tak może wyglądać starcie biegacz-turysta. Właśnie dlatego wybraliśmy tak późną porę, licząc, że nikt nie będzie porywał się na Orlą przed zmrokiem. Spotykamy w sumie tylko 13 osób. I są to bardzo przyjemne spotkania. Najpierw mijanka na łańcuchach na Honoratce. Udaje się sprawnie i bezproblemowo. Turyści są bardzo życzliwi, twierdzą, że widzą nas dzisiaj już drugi raz i pytają, która to runda. Dziś tylko jedna. A może w dwie strony to nie głupi pomysł? Głupi. Przylegają ładnie do skały trzymając się łańcucha, a ja wyprzedzam ich od zewnętrznej. Jest też chłopak na dole drabinki przed Kozią Przełęczą. Pytam, czy idzie do góry i czy byłby tak uprzejmy i mnie przepuścił, bo spieszę się na kolację. Ten zdziwiony, że przecież szlak jest jednokierunkowy. No tak, głupie pytanie, ale lepiej się upewnić. W dalszej części turyści są tak porozstawiani, że nie mamy żadnych problemów z wyprzedzaniem, zawsze życzliwi, pytają o jakieś czasy, odległości do jakiś punktów, etc. Juri ogarnia te wszystkie sprawy.

I tym sposobem, raz zdejmując okulary, raz zakładając, bo słońce raz świeci mi prosto w oczy, raz w plecy – chyba muszę jednak poznać topo tego szlaku – w dobrych humorach docieramy na Krzyżne. Przybijmy sobie piątki i gratulujemy. Jest pięknie! Słońce właśnie zachodzi za góry, niebo i stawy są czerwone. Nie robimy żadnego zdjęcia, bo nie mamy czym.  Robimy za to fotkę Słowakom, którzy właśnie po 7 godzinach dotarli tu ze Świnicy. Pojawia się też dwóch chłopaków, których niedawno wyprzedzaliśmy, wszyscy szczęśliwi i zachwyceni pięknem gór.

Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut

Na tym nie koniec opowieści

Trzeba jeszcze znaleźć się na dole. Już prawie po ciemku, z jedną czołówką (to już standard, że mamy z Jurim zawsze tylko jedną czołówkę) schodzimy do Murowańca. Tak właśnie, schodzimy. Może coś czasem człapiemy, ale główne idziemy. I to może dzięki temu spotykamy na szlaku liska, stoi dwa metry od nas i najwyraźniej czegoś chce. Nic dla niego nie mamy. I bardzo dobrze. (Turysto pamiętaj, nigdy nie karm dzikich zwierząt ani nie zostawiaj resztek na szlaku). W Murowańcu jesteśmy późno, nie pamiętam już o której, może o 20? Tam już czeka szczęśliwy Jacek, że jesteśmy cali i że ten helikopter to nie leciał po nas. Zgaduje czas i oczywiście nie trafia. 2 godziny 5 minut, 1 godzina 55 minut, 2 godziny 10 minut. To już nie ma znaczenia. Zamawiamy wielkie żarcie. Jest naprawdę fajnie, siedzimy, jemy, śmiejemy się i opowiadamy. „No to wiesz Jacek, zaczęliśmy o 16.30…”

Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut

Link na Stravie tutaj.

O tym, jaki zabrać sprzęt i jak przygotować się do takich przejść, przeczytacie w tym wpisie.

Filmik z Orlej Perci biegiem do obejrzenia tutaj.

***

Orla Perć to najtrudniejszy turystyczny znakowany szlak w Polsce. Przebiega w Tatrach Wysokich od Zaw­­ratu do przełęczy Krzyżne przez kilka szczytów, przełęczy i krótkich odcinków graniowych, w większości powyżej 2000 m n.p.m. Długość to ok. 4,5 km i 1000 m przewyższenia. Według przewodników zalecane wyposażenie turysty latem to: kask, uprząż, lonża i rękawiczki.

Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut

Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut dscf1566 Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut

Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut

Debiut na Orlej Perci. 1 godzina 37 minut

Zdjęcia: Jacek Frąckowiak

Facebookgoogle_plusredditpinterestlinkedinmailFacebookgoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

1 Odpowiedź do "Debiut na Orlej. 1 godzina i 37 minut"

  • comment-avatar
    blas
    19 stycznia 2017 (09:28)
    Odpowiedz

    Rewelacja czas i świetne zdjęcia Jacka. No i dobrze widzieć Jurka na ostatnich zdjęciach.


Masz coś do powiedzenia?

HTML jest dozwolony