Dotknięcie Martinki. Bez kakakasku

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach, Droga Martina

Pobudka 5.30 z nadzieją, że tym razem uda się wyruszyć z Wyżnich Hagów wcześniej niż ostatnio. Na początku czerwca z Mariuszem i Kamilem wystartowaliśmy po godzinie 11. Wtedy weszliśmy tylko na szczyt, a opóźniał nas dodatkowo śnieg. Martinka pozostała nietknięta.

Bez kakakasku?

Tym razem tylko z Kamilem, zamykamy drzwi samochodu o 9.30. Masz kask? – zagaduje Kamil. To teraz mnie pytasz? Dobra, idę bez – odburkuję od niechcenia. Mam zły dzień i nie widzę tego naszego przejścia. Kamil czytał opisy wejścia Walowym Żlebem na Przełęcz Tetmajera i ktoś szukał wylotu żlebu przez 2 godziny. W Wyżnich Hagach zgodnie z prognozą słońce, ale szczyty schowane są w gęstych chmurach, nie mam kasku, nie znamy drogi. Same wymówki, żeby już na wstępie uznać, że się nam nie uda.

W dolnej, leśnej części doliny jest gorąc nie do wytrzymania. Dobrze, że jednak wzięłam krótkie gacie! Na szczęście powyżej linii lasu przyjemny chłodzik. Niestety zaczynamy wchodzić w chmury, a ja marudzić. Marudzę tak całą drogę do Batyżowieckiego Stawu. Że nic nie widać, że nie trafimy w żleb, że Kamil miał obczaić szczegółowo wejście, a pewnie tego nie zrobił, że to ja powinnam zająć się sprawdzaniem wejścia i w ogóle to trzeba było wybrać się na lajtową wycieczkę z Forkiem. Jak on ze mną wytrzymuje? Mnie samej czasem ciężko znieść moje własne marudzenie. Tajemnicą Kamila jest to, że ma cierpliwość jak wagon buddyjskich mnichów i zapewne to pozwala mu wytrzymać te wszystkie wycieczki ze mną.

Żeby uciąć moje zrzędzenie, postanawiamy, że dojdziemy na górne piętro doliny, pod żleby, zobaczymy, czy coś widać i jak nie znajdziemy wejścia, to wracamy.

Dolina Batyżowiecka, Tatry Wysokie

Dolina Batyżowiecka, pod ścianami Gerlachu

Idziecie na biwak?

Nad Batyżowieckim Stawem chmury schodzą coraz niżej i widoczność pogarsza się do tego stopnia, że gubimy ścieżkę wokół jeziorka. Po głazach dochodzimy do właściwej perci w głąb doliny i tam tradycyjnie spotykamy schodzące z gór grupy. Przywykłam już do tego, że gdy wyruszam w góry, wszyscy już schodzą. W tym momencie pytam jednak Kamila, czy ma czołówkę, bo ja oczywiście nie wzięłam. Kamil zawsze ma wszystko, czego ja zapominam, albo chciałam zapomnieć. I kask, i czołówkę, i folię NRC, i nawet kostki do asekuracji chciał zabrać, ale wybiłam mu to z głowy.

Podchodzimy przez kolejne progi doliny, a ja wreszcie przestaję marudzić. Dostrzegam pozytyw w tych schodzących w dół chmurach. Jest nadzieja, że na górze będzie lampa! I ta myśl, że wyjdziemy ponad chmury, tak mnie ożywia, że z zupełnego pesymizmu, zapalam się na to wejście. Mijamy kolejnych, schodzących wspinaczy. Jeden pyta, czy idziemy na biwak. W sensie, że tak późno? Jakie późno, jest dopiero 11! Zdążymy wejść, przebiec grań i zbiec przed 17. Mówi, że będzie „bourka”. Burka? – patrzę pytająco na Kamila. Wyjaśnia, że chodzi o burzę. Burza? Nie, z takich chmur na pewno nie będzie burzy – mówię z takim przekonaniem, jakbym specjalizowała się w meteorologii górskiej. Jestem już tak pozytywnie nastawiona, że nic nie jest w stanie mnie zniechęcić. Uwielbiam ten mój optymistyczny stan umysłu, gdy wszystko jest możliwe.

Walowy Żleb, pod Przełęczą Tetmajera, Tatry Wysokie

Walowy Żleb, pod Przełęczą Tetmajera

Wbić się w Walowy Żleb

Podchodzimy stromymi piargami na ostatnie pięterko doliny, pod Batyżowiecki Żleb i wtedy dzieje się to, co wiedziałam, że nastąpi. Przejaśnia się. Ale jak! Z zupełnej dupy nagle widzimy grań i ściany jak na dłoni! Krzyczę do Kamila, żeby wrzucił wyższy bieg i że szybko musimy wbić się we właściwy żleb. Aura w górach jest dynamiczna i zaraz znowu może się zdupić. Idziemy dalej piargami i kamieniami do góry wzdłuż ściany. Pamiętałam z mapy, że trzeba minąć te skały i gdzieś tam będzie nasz Walowy Żleb.

W ścianie wspina się dwóch Słowaków, przechodzę pod nimi, dalej w górę i dostrzegam coś na kształt żlebu, który przypomina opis przedstawiony przez Kamila. Dochodzi Kamil i rozkminiamy. Podchodzimy wyżej i dalej szukamy, czy wbijamy się tutaj? – pytam zniecierpliwiona. Wyciągam telefon, odpalam z netu jakieś zdjęcia i drogi w ścianie. Podchodzimy jeszcze kawałek i analizujemy, jakie szczyty widać na grani i gdzie dokładnie może leżeć nasz żleb. Standardowo denerwuję się na Kamila, że miał to ogarnąć, a teraz nie wie, gdzie iść. Kamil leci pod ścianę do Słowaków i po kilku bezskutecznych krzykach uzyskuje od nich ostateczną informację. Tutaj jest żleb prowadzący na Przełęcz Tetmajera. Dla jasności, znajduje się on zaraz za skałami, które oddzielają go od Batyżowieckiego Żlebu.

Wchodzimy. Ja bez kasku idę pierwsza. Początkowy, podcięty próg skalny oceniany jest na I-II, dalej są podobno jedynkowe trudności. Taki trudniejszy scrambling. Dla mnie to wejście jest podobne do ostatniej sztajchy na Aladaglar Sky Trail. Jakieś strome skałki, trochę piargu, wyżej więcej luźnych kamieni. Czuję się w takim terenie świetnie. Nawet przez myśl nam nie przechodzi, żeby się tu asekurować. Choć mijamy jakieś stanowiska i taśmy – pewnie do zjazdów.

Granią na Zadni Gerlach, Tatry Wysokie

Granią na Zadni Gerlach

Na Zadni Gerlach

Gdy widzę już przełęcz, dostrzegam dwie wyraźne ścieżki w piargu, na prawo i w lewo. Idę tą w lewo, gdzie widać szczątki rosyjskiego samolotu, który rozbił się tutaj w czasach II wojny. Jest i Zadni Gerlach! Zapominam o wejściu na przełęcz i idę wprost na szczyt. Teren robi się trudniejszy, kończy się piarg, a przede mną wyrastają porośnięte mchem pionowe skały. Dochodzi do mnie Kamil. Co robimy? – pytam. Schodzimy i wracamy do ścieżki, czy na skróty w górę po tych skałach? Gdy to mówię, dostrzegam nade mną innych wspinaczy. Jesteśmy około 10 metrów w pionie pod granią. Idę do góry. Szukam dobrych chwytów w śliskich skałach i stopni tak, żeby uniknąć stawania na mchu. Parę ruchów i wyłażę na grań, na której siadam okrakiem, żeby zrobić Kamilowi miejsce. Zdaniem Kamila to był trójkowy odcinek. Okazał się być najtrudniejszym fragmentem dzisiejszej wyrypki.

Nawet nie zauważyłam, że znowu grań spowiły chmury i będzie tak już do końca. Poniżej grani jest wyraźna, łatwa ścieżka, ale my idziemy ściśle granią. Kamil bawiąc się tym doskonale, trzyma się samego jej ostrza. Widzę, jaką sprawia mu to radość. Prawdziwy z niego graniowiec! Ostatni kawałek na szczyt jest niemal biegowy, wbiegam więc pod górę i wpadam na wierzchołek – kupę skał. Ale nie byle jaką! Ta kupa głazów była przed rozbiorami, a potem w latach 1938–1939 najwyższym szczytem Polski! 2638 m n.p.m.

Chwila odpoczynku, kanapki. Za Przełęczą Tetmajera, w chmurach rysuje się ostra grań Gerlachu. Widzimy a na niej ludzi, których spotkaliśmy wcześniej. Idą z lotną asekuracją. Dyskutujemy trochę o tym. Kamil wyjaśnia mi wątpliwości co do skuteczności tej asekuracji i że czasem bezpieczniej jest bez. Ale oczywiście, jeśli będę chciała, to się zwiążemy. Grań z przełęczy na Gerlach wygląda z daleka na trudną. Lufa, stromo i nie da się tego licha obejść.

Zadni Gerach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Zadni Gerlach, w tle grań Gerlachu

Z Przełęczy Tetmajera na Gerlach ściśle granią

Szybko docieramy na przełęcz i ruszam żwawo pierwsza. Zaraz orientuję się, że to licho nie takie trudne, na jakie wyglądało. Wielkie głazy, jest gdzie stanąć, za co złapać. Lufiasto, mroczno, trzeba czasem kombinować i gdzieś się podciągnąć, ale do przejścia! Idziemy bardzo sprawnie. Cykam samojebki na najciekawszym odcinku – niemal pionowej ściance z półeczką i dużą ilością powietrza pode mną. Dalej jest już łatwiej i szerzej. Jeszcze jakiś uskok, pionowe podejście, gdzie mogę wykorzystać swoje rozciągnięcie i sama się dziwię, skąd u mnie takie umiejętności wspinaczkowe. Na chwilę przez chmury przebija słońce. Kolejne fotki. Kamil śmieje się ze mnie, a ja z niego, że z uporem maniaka idzie samym ostrzem grani.

Granią na Gerlach, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach

Najlepszy jest ostatni odcinek przed Gerlachem. Na dole wyraźna ścieżka, widać, że często robione obejście, a przed nami trudniejszy fragment z lufą, gdzie muszę trochę pogłówkować, jak zejść z większego głazu. Gdy pokonuję tę przeszkodę, wyłania się bulderowa skałka w kształcie paszczy rekina, z lufą po lewej stronie i stromym stokiem po prawej, ostatnia skała przed szczytem. Gdy pod nią stoję, nie ma już możliwości łatwego zejścia na ścieżkę – na ten wariant trzeba było zdecydować się dużo wcześniej. Kamil zachęca mnie do spróbowania. Chyba zwariowałam, myślę sobie, przecież nigdy nie wspinałam się po takich skałach! Kilka przymierzeń, łapię chwyty na górze, stopy na tarcie i wyciągam się na rękach. Jestem na górze, trzy kroki na kolejny głaz i stoję już na Gerlachu! Kamil trzy sekundy za mną. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że ani razu nie wyciągnęliśmy liny, a ja zupełnie o niej zapomniałam. To co, zostajemy na biwak? – śmieję się do Kamila.

Droga Martina, grań Gerlachu

Ostatnia skałka pod Gerlachem

Zejście Batyżowieckim Żlebem

Patrzymy w dół, ekipa która szła z asekuracją jest dopiero w górnych partiach żlebu. Dogonimy ich pewnie na dole w dolince – mówię do Kamila. Na górze spędzamy dobre pół godziny, robiąc foty i ciesząc się przejściem. Zejście Batyżowieckim Żlebem to formalność. Schodzę nim trzeci raz, znam tu prawie każdy kamień i ścieżkę, więc poruszamy się szybko i sprawnie. Dowiedziałam się w górach czegoś nowego o sobie. Mam niezłą pamięć do topografii i orientację w skalnym terenie. Lepiej niż Kamil, jakby nie było stary, doświadczony łojant, orientuję się w wyszukaniu drogi czy przejścia. Dostrzegam i zapamiętuję każdy szczegół. Cenna cecha w górach.

Gerlach, Droga Martina

Gerlach, Droga Martina

Doganiamy naszych słowackich wspinaczy przed Batyżowiecką Próbą. To kolejny trudniejszy fragment dzisiejszego programu, ale ubezpieczony klamrami. Niektórzy tutaj dodatkowo się asekurują. I ja też, wchodząc na Gerlach pierwszy raz z Mariuszem, w tym miejscu na podejściu wolałam iść na stałej asekuracji. Teraz schodzę bardzo sprawnie. Mijamy sześciu wspinaczy poniżej próby. Jeszcze trochę łańcuchów i klamer na pionowej ściance, która przypomina mi fragmenty trasy na KIMA i jesteśmy w dolince. Jest godzina 17. Na grani znowu świeci słońce! Byliśmy tam godzinę za wcześnie 😉

Szybko schodzimy najpierw piargami do stawu, a potem szlakiem. Nie chce nam się zbiegać. Idziemy żwawo i gadamy. Snujemy kolejne projekty i plany. Chcę zrobić całą Martinkę i jeszcze parę innych ciekawych grani. Grzeje nas zachodzące pomarańczowe słońce. Nie wieje. Jest ciepło. Jest pięknie!

Szczegóły przejścia: Wyżnie Hagi – Batyżowiecki Staw – Walowy Żleb – Zadni Gerlach, 2638 m (ściśle granią) – Przełęcz Tetmajera, 2593 m – Gerlach, 2654 m (ściśle granią) – Batyżowiecki Żleb – Wyżnie Hagi. 17 km i +1700 m.

Według wyceny całej Drogi Martina, odcinek z Przełęczy Tetmajera na Gerlach jest najtrudniejszy, o skali II IUAA.

Przebieg Drogi Martina

A teraz wyjaśnienie, skąd wziął się tytuł.

I jeszcze trochę fotek

Walowy Żleb, pod Przełęczą Tetmajera.

Walowy Żleb, pod Przełęczą Tetmajera, Tatry Wysokie

Walowy Żleb, pod Przełęczą Tetmajera

Zadni Gerlach, w tle grań prowadząca na Gerlach.

Zadni Gerlach, Tatry Wysokie

Zadni Gerlach, w tle grań na Gerlach

Kamil na grani.

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Kamil na Grani Martina

Grań Gerlachu.

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach, Droga Martina

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach, Droga Martina

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach, Droga Martina

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach, Droga Martina

Ostatnia skałka pod szczytem, idziemy ściśle granią.

Droga Martina, grań Gerlachu

Ostatnia skałka przed Gerlachem

Stąd przyszliśmy 🙂

Gerlach, Droga Martina

Gerlach, Droga Martina

Zdjęcia: Kamil Weinberg, Olga Łyjak.

Facebookgoogle_plusredditpinterestlinkedinmailFacebookgoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

1 Odpowiedź do "Dotknięcie Martinki. Bez kakakasku"

  • comment-avatar
    Wojtek
    27 sierpnia 2018 (20:28)
    Odpowiedz

    No to już nie jest definitywnie bieganie 🙂 gratuluję


Masz coś do powiedzenia?

HTML jest dozwolony