Tatry Słowackie – BIEGAM W GÓRACH https://biegamwgorach.pl treningi w Tatrach, bieganie w górach i w terenie, biegi górskie, obozy biegowe w górach, Wed, 18 Sep 2024 13:47:18 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.6.2 FKT na Wielkiej Koronie Tatr https://biegamwgorach.pl/fkt-na-wielkiej-koronie-tatr/ https://biegamwgorach.pl/fkt-na-wielkiej-koronie-tatr/#comments Mon, 16 Sep 2024 15:05:07 +0000 https://biegamwgorach.pl/?p=9308 W poprzednim wpisie opisała szczegółowo moje przygotowania do Wielkiej Korony Tatr. Zanim opublikuję szczegółową relację, chcę podać najważniejsze informacje z przejścia.

WKT solo

Było to przejście w całości solo, bez wsparcia z zewnątrz, bez uzupełniania zapasów w schroniskach i bez zostawionych wcześniej depozytów.

Dlaczego zdecydowałam się na taki styl? Z ambicji, żeby się sprawdzić i poznać lepiej siebie. Udało się i jestem z tego cholernie dumna. Dowiedziałam się o sobie więcej niż przez połowę życia.

Przebieg trasy

Moja trasa miała ostatecznie 72 km i 10.200 metrów przewyższenia. Zajęło mi to 40 godzin i 56 minut bez snu. Wystartowałam w czwartek 29 sierpnia 2024 roku o godz. 6:19. Na metę w Trzech Studniczkach dotarłam w piątek 30 sierpnia o godz. 23:14.

Wielka Korona Tatr. Baranie Rogi

Start – Tatrzańska Łomnica przy zielonym szlaku nad Grand Hotelem (915 m) – godz. 6:19

Kieżmarski Szczyt – 8:40 (zboczem Huncowskiego Szczytu i dalej normalnie)

Łomnica – 9:55 (z Kieżmarskiej Przełęczy i przez Miedziane Ławki)

Durny Szczyt – 10:42 (granią, zejście przez Mały Durny i żlebem z Małej Durnej Przełęczy)

Baranie Rogi – 12:11 (normalnie)

Lodowy Szczyt – 13:20 (wejście przez Konia, zejście Wyżnim Sobkowym Przechodem i przez Lodową Przełęcz)

Pośrednia Grań – 15:35 (Ławką Dubkego, zejście żlebem z Wyżniej Pośredniej Przełączki)

Sławkowski Szczyt – 18:47 (Warzęchowym Żlebem przez Warzęchowy Przechód, Jamińską Przełęcz i granią)

Wielka Korona Tatr. Grań na Ławkę Dubkego i Pośrednią Grań

Staroleśny Szczyt – 23:09 (przez Dwoistą Przełęcz i Granacką Ławką, po drodze gubienie się przez Granackie Turnie i Granacki Róg, stąd taka obsuwa czasowa! Zejście Kwietnikowym Żlebem)

Gerlach – 3:40 (Próbą Tatarki z wejściem – przez zgubienie się – na Zadni Gerlach – 2:59)

Kończysta – 7:00 (normalnie z Batyżowieckiego Stawu)

Ganek – 10:10 (Rumanową Ławką przez Gankową Przełęcz i tak samo w dół)

Wysoka – 12:25 (przez Siarkańską Przełęcz, żlebem na Przełączkę w Wysokiej i zejście przez Ławicę)

Rysy – 13:40 (przez Kogutka i szlakiem)

Krywań – 20:35 (szlakiem)

Meta – Trzy Studniczki – 23:14

Całą trasę udostępniłam na stravielink.

Jak widać najwięcej straciłam na gubieniu się. Bardzo dużo przerw z powodu niemiłosiernego upału i konieczności uzupełniania flasków przy każdym możliwym potoku. Jeden raz w trakcie całego przejścia usiadłam na 15 minut na Kończystej o godzinie 7 drugiego dnia.

Krótka relacja

Miałam dzień konia i czułam się świetnie, choć 8 kg plecak mega mi ciążył.

Wielka Korona Tatr. Kończysta

Bardzo czujne zejście z Kieżmarskiego na Miedziane Ławki, małe zgubienie się pod Łomnicą (nie trafiłam w łańcuchy), na Durny Szczyt i Baranie Rogi gładko, lekki kryzys pod Lodowym Szczytem z upału i odwodnienia, dłuższa przerwa na nawodnienie po zejściu.

Na Pośrednią Grań przez Ławkę Dubkego szybko (czas 9:15). Warzęchowy Żleb i Przechód na Sławkowski Szczyt sprawnie (niezły czas 12:25). Pod wieczór i gdy plecak zaczynał mniej ważyć, poczułam się jak nowo narodzona.

Po Sławku tak szybko leciałam Granacką Ławką, że – już po ciemku – źle poszłam i zaczęło się jedno wielkie błądzenie po turniach (Wielka i Mała Granacka Turnia oraz Granacki Róg), wpakowałam się w naprawdę trudny teren i nie wiedziałam, jak się z niego wydostać, gdzie się nie ruszyłam była pionowa ściana, chodziłam tam i z powrotem.

Pod Tatarkę przeszłam w miarę gładko z dłuższą przerwą przy potoku na picie, mycie rozcięcia na piszczelu i opatrywanie rany. Tatarka super, z lekkim zgubieniem pod Przełęczą Tetmajera i wyjściem na grań na prawo za Zadnim Gerlachem, na który musiałam już wejść.

Martinką przeszłam gładko z małym obejściem poziomego fragmentu grani, czułam się super, ale nie chciałam już ryzykować. Pod Gerlachem spały dwie osoby, tak że wszystkie miejscówki zajęte i trzeba było zbiegać!

Wielka Korona Tatr. Ganek

Od 4 rano zaczeły mnie męczyć już do końca biegunki, myślę że żołądek nie chciał przyswoić takiej ilości jedzenia po nocy, bo brzuch ani nic mnie nie bolało.

Kończysta o świcie i na Ganek super, grań bez chwili zawahania, mimo olbrzymiego już zmęczenia.

Burza z piorunami, gradem i 1,5 godziny ulewnego deszczu dopadła mnie na przejściu z Ganka na Wysoką.

Gdyby ta burza (której nie było w żadnej prognozie) przyszła wcześniej, to nie ma opcji, żebym w dwie strony przeszła grań na Ganek, skała na deszczu, pokryta lekkim porostem, robi się mega śliska. Musiałabym przeczekać deszcz i aż skała wyschnie.

Podejście i zejście z Wysokiej mokrym i śliskim żlebem, gdzie płynął wodospad (doceniłam klamry pod szczytem!) w deszczu z trzęsiawką. Szczękałam zębami, ale nawet przez chwilę nie pomyślałam o wycofie.

Wielka Korona Tatr. Rysy

Na Rysach czułam się świetnie, dzwonię do Błażeja i opowiadam w euforii, że mimo tego gubienia się, spokojnie złamię 38 godzin, że po tym całym rzęchu, teraz już gładkie szlaki.

No i przyszedł… kryzys, jakiego jeszcze nigdy nie przeżyłam. Od Szczyrbskiego Jeziora siłą woli przesuwałam się do przodu jak walking dead.

Byłam mega odwodniona (miałam ze sobą bardzo dużo izo, bo sama woda z potoków mega wysusza, ale zostawiłam gdzieś cały zapas i drugiego dnia piłam już czystą wodę z potoków, gdzie po każdym łyku jeszcze bardziej chce ci się pić).

W niemiłosiernym upale te 10 km i 1300 metrów na Krywań ciągneło się w nieskończoność! Leciała mi krew z nosa (zorientowałam się w domu wyciągając zaschnięte skrzepy krwi), miałam biegunkę, jak naszły zbawienne chmury myślałam, że grzmi, a to był tylko mój brzuch 😉

Wielka Korona Tatr. Krywań

Nie byłam w stanie zażegnać tego kryzysu, wiedziałam, że jak się na dłużej zatrzymam, to już nie ruszę.

Żeby sobie ulżyć, dopiero wtedy wysypałam cały parch, kamienie i żwir z butów i skarpetek, który nosiłam przez ponad 30 godzin.

Pod Krywaniem już po ciemku, na ciągnącej się grani miałam myśl, że nie dotrę tam do północy, 50 metrów pod szczytem zaczęłam ryczeć i kląć na tę górę, czemu jest tak wysoka i czemu muszę tam włazić, zostało tak niewiele, a ja ledwo stałam na nogach, poruszałam się ostatnimi resztkami siły woli.

O zbiegu nie było mowy, w dodatku na początku zejścia zgasła mi czołówka, musiałam ją doładować, a w tym czasie świeciłam sobie telefonem z 6% baterii.

Czyli schodzę granią ledwo utrzymując pion, w jednej ręce trzymam rozłożone kijki (nie miałam już siły ich składać), a w drugiej telefon!

Wielka Korona Tatr Trzy Studniczki

Czy mogło być coś gorszego? A przede mną 1400 metrów w dół. Zmuszałam się do biegu i myśląc, że zbiegam 7:00, człapałam po 12-14!

Kamil czekał już kilka godzin na dole w Trzech Studniczkach i podczas naszych dwóch rozmów – pod szczytem i później na zbiegu kilka razy proponował, że wybiegnie mi naprzeciw, ale ja chciałam dotrwać solo.

Dotarłam o 23:15, po 40 godzinach i 56 minutach!

Jak się zatrzymałam nagle wszystko zaczęło mnie boleć, kolana, palce u rąk (zdarte od skały), stopy, kości, głowa, plecy (chociaż plecy bolały mnie prawie cały czas od ciągłego zgięcia na stromych zejściach).

Ale poza obdrapanymi nogami, tylko jeden bąbel na jednym palcu, zero odcisków, otarć, odparzeń, stopy w super stanie, mimo że buty kompletnie zniszczone od parchu, a klika godzin miałam przemoczone.

Co mnie zaskoczyło?

Do Szczyrbskiego Jeziora nie miałam żadnego kryzysu. Mimo niemiłosiernego upału, burzy i znowu upału, sraczki, gubienia się po nocy w trudnym terenie, rozciętej nogi, miałam świetne samopoczucie, determinację i psychę na wszystkich wspinaczkowych fragmentach i po ciemku na eksponowanej grani. Mega mnie to zaskoczyło!

Spodziewałam się po 20 godzinach, w nocy, mega kryzysów i dzwonienia po Kamila. Tymczasem nawet przez chwilę nie chciało mi się spać, nie czułam potrzeby na rozsiadanie się i robienie przerw (dużo przerw było wymuszonych na nawadnianie i uzupełnianie flasków), pierwszy i jedyny raz usiadłam na 10 minut na Kończystej o 7 rano na kanapkę (poza tym jadłam tylko w ruchu). Czułam się znakomicie! Jestem z tego bardzo dumna i jednocześnie dowiedziałam się o sobie rzeczy, o których nie miałabym pojęcia, gdybym nie podjęła tej próby.

Wcześniej najdłużej na nogach byłam 16 godzin i zrobiłam na raz 5.500 m w pionie. Bardzo bałam się tego projektu, tej samotności przez wiele godzin i ekspozycji po ćmoku. Nadal do mnie nie dociera, że to zrobiłam!

Dzięki za trzymanie kciuków i ogromne podziękowania dla Kamila za odwiezienie mnie na start, koczowanie w nocy po słowackiej stronie i czekanie na mnie z rozłożonym dywanem na mecie! ❤

]]>
https://biegamwgorach.pl/fkt-na-wielkiej-koronie-tatr/feed/ 6
Moje przygotowania do Wielkiej Korony Tatr https://biegamwgorach.pl/moje-przygotowania-do-wielkiej-korony-tatr/ https://biegamwgorach.pl/moje-przygotowania-do-wielkiej-korony-tatr/#comments Sun, 08 Sep 2024 16:08:24 +0000 https://biegamwgorach.pl/?p=9220 I. Czym jest Wielka Korona Tatr

To 14 najwyższych tatrzańskich szczytów o wysokości powyżej 8000 stóp i wybitności co najmniej 100 metrów. Jest to nawiązanie do Korony Himalajów i Karakorum.

W skład WKT wchodzą: Gerlach (2655), Łomnica (2634), Lodowy Szczyt (2628), Durny Szczyt (2622), Wysoka (2559), Kieżmarski Szczyt (2557), Kończysta (2537), Baranie Rogi (2530), Rysy (2501), Krywań (2495), Staroleśny Szczyt (2489), Ganek (2465), Sławkowski Szczyt (2453) i Pośrednia Grań (2439).

Wejście na Łomnicę płytami ponad Wyżnią Miedzianą Przełączką i Miedzianym Murem, Grań Wideł

Tylko trzy z nich dostępne są znakowanymi szlakami (Rysy, Krywań i Sławkowski) i wszystkie leżą w Tatrach Słowackich (nie licząc polskiego, niższego wierzchołka Rysów).

Od niedawna niektórzy rozszerzają listę WKT o kolejny szczyt, leżący w głównej grani Tatr na granicy polsko-słowackiej – Mięguszowiecki Szczyt Wielki, który według najnowszych pomiarów ma 2439 m npm, co daje 8002 stóp (wcześniej – 2438 m).

Oddzielony jest od Cubryny Hińczową Przełęczą (2323 m), a od Mięguszowieckiego Szczytu Pośredniego – Mięguszowiecką Przełęczą Wyżnią (2323 m). Jest też drugim co do wysokości szczytem w polskich Tatrach. Bez dwóch zdań spełnia wymogi zaliczenia do WKT.

Moja wątpliwość co do koncepcji 15 WKT bierze się stąd, że pomysł powstał z nawiązania do 14 najwyższych szczytów Himalajów i Karakorum. 15 nijak do tego nie pasuje. Ale oczywiście projekt robi się ciekawszy, trudniejszy i z narodowym elementem.

II. Kiedy zrodził się u mnie pomysł zrobienia WKT ciągiem?

O WKT dowiedziałam się z jakiegoś wpisu Piotra Hercoga, miał projekt zrobienia Wielkiej Korony Tatr w jak najlepszym czasie, ale nie jednym ciągiem. Planował ustanowić rekordy na te szczyty, chyba w kilka dni, wchodząc na część z nich z przewodnikiem. To był może 2015-2016 rok. Nie wiem dlaczego, ale nie zrealizował tego projektu.

Grań na Ganek. Wielka Korona Tatr

Później o WKT zrobiło się głośno po rekordowym przejściu Alicji Paszczak w 2016. Pamiętam, że wywarło to na mnie olbrzymie wrażenie. Ale pozostało w sferze takich nierealnych marzeń. Alicja jest świetną wspinaczką, wspina się w Tatrach od ponad 30 lat. Wiedziałam, że dla niej pod względem technicznym i topograficznym to było coś naturalnego, choć nie twierdzę, że łatwego. Miała też ze sobą linę i jej użyła, co w moich oczach potęgowało trudność tego projektu.

Dla mnie na tamten moment to był kosmos i pod kątem technicznym, ogarnięcia trasy i samego wysiłku. Pamiętam jak czytałam wywiad z nią w Magazynie GÓRY (który przeprowadzał nie kto inny jak Andrzej Marcisz) i głowa mnie bolała od samych tych nazw przejść i jak można to logistycznie ogarnąć.

Ale chyba właśnie wtedy pomyślałam, żeby zacząć zdobywać te szczyty i podnosić swoje umiejętności. Zrobiłam wtedy kurs skałkowy i zaczęłam się nieco wspinać, głównie na ściance w COS’ie.

III. Moje pierwsze techniczne przejścia

Od przeprowadzki, czyli czerwiec 2014 roku poznałam w Tatrach Polskich i Słowackich niemal każdy szlak. Zawsze kochałam dziką przyrodę, adrenalinę i eksplorację. Uwielbiam czytać mapy i przewodniki. Lubię biegać w technicznym terenie. To było kwestią czasu, że ruszę na pozaszlaki i najwyższe szczyty Tatr.

Moją pierwszą dłuższą samotną wyrypką było 36 km i ponad 2700 metrów przewyższenia z wejściem na Lodową Kopę i Mały Lodowy Szczyt (tutaj relacja) – w 2015 roku, dwa tygodnie przed Biegiem Ultra Granią Tatr. Byłam zachwycona tym terenem i pustkami. To były lata, kiedy nie tylko poza szlakami ale też na niektórych szlakach na Słowacji nie spotykało się prawie nikogo.

Ciekawe, że na Orlą Perć odważyłam się dopiero w 2016 roku, ale zrobiłam ją od razu na czas (relacja). Od 2017 roku zaczęłam pierwsze wejścia na szczyty WKT, na początek w większej ekipie Kieżmarski Szczyt, później solo Łomnica (relacja), Gerlach z kolegą i Lodowy Szczyt też solo. Robiłam samotnie różne łatwiejsze granie – Liptowskie Mury (relacja), Koperszadzka Grań (relacja). Bardzo często byłam na grani Rohaczy i całej grani Tatr Zachodnich. Później znowu Gerlach, ale już Martinką.

Wysoka. Wielka Korona Tatr
Na Wysokiej z wyrypki: Kończysta – Ganek – Wysoka – Rysy

W tym czasie startowałam w zawodach Skyrunning Extreme: Trofeo KIMA (relacja), Tromso Skyrace (relacja), Glen Coe Skyline (relacja), Skymarathon Gran Paradiso) i te techniczne trasy w Tatrach traktowałam jako przygotowania do tych zawodów, ale nie myślałam jeszcze wtedy o zrobieniu WKT.

IV. Pierwsze przygotowania z myślą o Wielkiej Koronie Tatr

Na wycieczce na Kieżmarski Szczyt w 2017 roku (mój pierwszy szczyt WKT) poznałam Krzyśka Borgieła, bardzo dobrego wspinacza, w tym jaskiniowego, który znał Tatry lepiej niż ja.

Staroleśny Szczyt. Pawłowa Turnia. Wielka Korona Tatr

Zgadaliśmy się, że chcemy to zrobić wspólnie, ale nie ustaliliśmy żadnego terminu. To była raczej taka głośno wypowiedziana myśl. Dla mnie było niewyobrażalne, żeby zrobić WKT solo.

W wakacje zawsze miałam swoje starty i dopiero w 2019 (gdy z powodów zdrowotnych miałam przerwę od zawodów) zaczęliśmy robić pierwsze wspólne wyrypki, łącząc poszczególne szczyty i opracowując warianty przejść.

Pierwszy nasz rekon to była Pośrednia Grań w 2019 roku, zresztą nie drogą, którą ostatecznie poszłam. Robiliśmy też przejścia niezwiązane z WKT, np. Cubryna i Mięguszowiecki Szczyt Wielki też w 2019 roku, czy Koperszadzka Grań i Baranie Rogi w warunkach jesienno-zimowych.

Później już takie typowo łączone przejścia pod WKT jak: Kończysta – Ganek – Wysoka – Rysy w 2022 roku; czy w tym roku: Łomnica – Durny – Lodowy Szczyt – Gerlach i Sławkowski – Staroleśny – Gerlach.

V. Dlaczego zdecydowałam się zrobić to solo?

Robiliśmy te rekonesanse z myślą, że atakujemy tę Wielką Koronę razem. W tym roku przez jazdę w tandemach podporządkowałam cały sezon pod rower. Zrobiłam też kilka swoich startów na gravelu. Chciałam zakwalifikować się na Gravelowe Mistrzostwa Świata, co mi się zresztą udało w połowie lipca.

Po tym wyścigu zaplanowałam miesiąc odpoczynku od roweru i byłam spragniona Tatr, a MŚ miały być dopiero w październiku. Ustaliliśmy z Krzyśkiem, że zrobimy pod koniec lipca/na początku sierpnia ostatnie rekony i w połowie sierpnia lub później, jak będzie okienko, ruszamy na WKT.

Durny Szczyt. Wielka Korona Tatr
Durny Szczyt z wyrypki na Wielką Czwórkę: Łomnica, Durny Szczyt, Lodowy i Gerlach

Zrobiliśmy dwa dłuższe przejścia i na jednym z nich Krzysiek rzucił, że może pójdę WKT sama, bo nie che mnie ograniczać. Szybko podłapałam temat, w głębi duszy chciałam mieć czyste, kobiece przejście. No ale jak zrobić to solo? Nie wyobrażałam sobie siebie samej po nocy na jakiejś eksponowanej grani. Ja, której najdłuższy bieg ultra to 100 km i ok 12 godzin? Najdłużej na nogach byłam 15,5 godziny i zrobiłam ponad 5000 metrów przewyższenia na skiturowym Trawersie Tatr z Beatką Madej (Lassak).

Zejście ze Staroleśnego Szczytu Kwietnikowym Żlebem. Wielka Korona Tatr

Dodatkowo w tym roku mało robiłam treningu biegowego. Nie mówię, że nie miałam dobrej formy. Miałam, ale kolarską. Godziny treningu wytrzymałościowego, bardzo dużo długich jazd po górach, dużo krótkich i mocnych interwałów, tysiące metrów przewyższenia, sporo treningu siłowego. Ale biegać zaczęłam dopiero po ostatnim starcie kolarskim w połowie lipca.

Jak moje ciało zachowa się po 20 godzinach, czy będzie mi się chciało spać?

Czy dam radę ustać na nogach tak długo bez snu, w technicznym terenie?

Wydawało mi się to bardzo niebezpieczne. Od momentu, kiedy zaczęłam myśleć o przejściu WKT solo, miałam codziennie sny, jak idę gdzieś sama, po nocy, w rzęchowatych żlebach i po eksponowanych graniach. Nie pamiętam, kiedy tak bardzo czegoś się bałam, na samą myśl o robieniu tego.

W międzyczasie niesamowity rekord na WKT ustanowił Roman Ficek. Znowu odezwała się moja ambicja, żeby zrobić czysto kobiece przejście.

Czego się tak bałam? Zrobiłam przecież samotnie wiele przejść: Lodowy Szczyt, Gerlach, z Kieżmarskiego Szczytu przez Miedziane Ławki na Łomnicę; Pośrednia Grań – Sławkowski Szczyt Warzęchowym Przechodem – Staroleśny granią z Obłazowej Przełęczy i przez Zwodną Ławkę; Gerlach Próbą Tatarki – Kończysta Stwolskim Zawratem; Ganek – Wysoka – Rysy

Pomagała mi w tym książka Andrzeja Marcisza „Wielka Korona Tatr”. Nie chodziłam na moje samotne wyrypki z trackami, zawsze miałam w telefonie zdjęcia i opisy tras. Chciałam poznać różne wejścia na każdy szczyt, różne warianty, żeby w razie czego móc też na bieżąco zdecydować.

Gerlach. Wielka Korona Tatr

W sumie naliczyłam, że na Gerlachu byłam 8 razy, w tym 3 razy sama Próbą Tatarki (4 raz na WKT), Martinką z Polskiego Grzebienia, Wielicką Próbą, kilka razy Batyżowiecką Próbą, a także Walowym Żlebem w górę i w dół.

Na Łomnicy byłam od Łomnickiego Stawu i z Miedzianych Ławek, z Kieżmarskiego Szczytu schodziłam Filarem Grosza na północnej ścianie Małego Kieżmarskiego (relacja), żlebem z Huncowskiej Przełęczy w obie strony i z Kieżmarskiej Przełęczy na Miedziane Ławki.

Na Lodowy weszłam i przez Konia i od strony Lodowej Kopy przez Sobkowy Przechód, na Staroleśny Szczyt – Kwietnikowym Żlebem, Granacką Ławką, granią Tetmajera (z Obłazowej Przełęczy) i Zwodną Ławką.

Na Pośredniej Grani byłam Żlebem Stilla i Ławką Dubkego i dwa razy schodziłam tym strasznie długim żlebem do Staroleśnej Doliny. Na Sławkowskim Szczycie, poza kilkoma razami szlakiem – granią od Sławkowskiej Przełęczy, Warzęchowym Przechodem i Warzęchowym Żlebem i wariantem bez nazwy obok tego żlebu.

Znałam te szczyty od każdej strony. Chodziłam na nie sama, wyruszając o 3-4 nad ranem. A mimo to tak bardzo bałam się tego samotnego przejścia bez snu. Zadawałam sobie pytanie, dlaczego?

Decyzja jednak zapadła. A w pokonaniu lęku i stresu pomogła mi jedna osoba, o czym w kolejnym wpisie!

Lodowa Przełęcz. Wyrypka: Koperszadzka Grań, Jagnięcy Szczyt i Baranie Rogi
Lodowa Przełęcz z wyrypki: Koperszadzka Grań, Jagnięcy Szczyt i Baranie Rogi
]]>
https://biegamwgorach.pl/moje-przygotowania-do-wielkiej-korony-tatr/feed/ 1
3 WKT. Kieżmarski Łomnica i Durny https://biegamwgorach.pl/3-wkt-kiezmarski-lomnica-i-durny/ https://biegamwgorach.pl/3-wkt-kiezmarski-lomnica-i-durny/#comments Thu, 24 Aug 2023 17:42:35 +0000 https://biegamwgorach.pl/?p=9107 Jakiś czas temu odkryłam co najbardziej lubię robić w górach poza bieganiem. Niestety do tego trzeba trafić z pogodą, wolnym czasem i mieć zaufaną osobę, która lubi i umie robić to samo.

Niedawno trafił się jeden z tych pięknych dni, gdzie wszystko zagrało i wybraliśmy się z Kamilem #DevanReisen na przejście 3 szczytów Wielkiej Korony Tatr, czyli Kieżmarski Szczyt, Łomnicę i Durny (dla niewtajemniczonych WKT to 14 najwyższych i wybitnych tatrzańskich ośmiotysięczników, licząc w stopach). Kieżmarski Szczyt – 2558 m, Łomnica – 2634 m, Durny Szczyt – 2623 m.

Tatrzańska Łomnica – Huncowski Szczyt

Udaje nam się wyjechać z Zako o 5:30, co już jest dużym sukcesem, a z Tatrzańskiej Łomnicy po poszukiwaniach darmowego parkingu ruszamy o 6:26. Szybkim marszem, mijając kilka ekip wspinaczy z linami na wierzchu (dla Was też to obciach?) jestem przy Łomnickim Stawie i czekam ponad pół godziny na Kamila. W końcu doczłapuje i od razu rozsiada się z zamiarem picia i jedzenia. Dla mnie nie wróży to nic dobrego, bo już teraz wygląda słabo. Mówi, że miał infekcję i jest osłabiony.

Huncowska Przełęcz, w tle Łomnica

Po dłuższej przerwie ruszamy Magistralą w stronę Rakuskiej Przełęczy, ale nie idziemy długo szlakiem, uświadamiam sobie, że najszybsze wejście na Kieżmarski Szczyt prowadzi przez Huncowski Szczyt, a nie żlebem od wschodu. Kamil też kiedyś szedł przez Huncowski.

Ze szlaku schodzimy więc na głazy i ruszamy do góry na wprost w stronę Huncowskiego Szczytu (2352 m). Jestem tu pierwszy raz, ale kierunek jest dość oczywisty, a czasem nawet jakiś kopczyk albo nikła ścieżynka.

Co jakiś czas czekam na wlekącego się Kamila, aż w końcu postanawiam poczekać na niego dłużej na szczycie. Dociera po ponad pół godziny, a potem siedzimy jeszcze na Huncowskiej Przełęczy (2307 m). Od Huncowskiego Szczytu do końca naszego przejścia do Małej Durnej Przełęczy będziemy już cały czas na wysokości między 2200 m a ponad 2600.

Zdjęcie: Huncowska Przełęcz

Z Kieżmarskiego Szczytu w dół „Filarem Grosza”

Z przełęczy szybko docieramy na Kieżmarski Szczyt łatwym terenem, a potem na Mały Kieżmarski Szczyt (2513 m). Szłam kiedyś tędy na początku maja i śnieg na trawersach sprawiał, że droga wydawała się dość trudna. Teraz wygląda to zupełnie inaczej.

Z Małego Kieżmarskiego zaczyna się nasze zejście „Filarem Grosza” a właściwie północno-zachodnią granią Małego Kieżmarskiego Szczytu do przełęczy pod Uszatą Turnią (Złota Przełączka – 2230 m, galeria na dole). Nazwę Filar Grosza znalazłam dla tej drogi u Marcisza, ale WHP używa nazwy północno-zachodnia grań, podczas gdy Filar Grosza to nazwa drogi filarem na południowej ścianie Małego Kieżmarskiego.

Tak czy siak grań wygląda na mało chodzoną. Zarośnięte czarnymi porostami, chropowate skały, nie widać śladów działalności ludzkiej. Nie wygląda to na popularne przejście…

Zejście z Małego Kieżmarskiego Szczytu Filarem Grosza, w dole po lewej Miedziany Przechód, w tle Durny i Mały Durny Szczyt

Idziemy jak puszcza teren, a gdy grań rozwidla się na dwie odnogi, a filar po zachodniej stronie robi się coraz trudniejszy, przechodzimy przez depresję pomiędzy nimi i idziemy północno-zachodnim filarem, czyli właściwą drogą.

Tutaj znów robi się trudniej, filarek urywa się stromymi ściankami (II a miejscami może III), przechodzimy więc do żlebu i tam – cytując klasyka – systemem półeczek i rynien kluczymy w rzęchowatym terenie.

Kierujemy się na widoczną w dolę Uszatą Turnię i Złotą Przełączkę pod nią. Da się ją rozpoznać, chociaż jej dwa wierzchołki w kształcie psich uszu nakładają się stąd na siebie.

Na samym dole żlebu okazuje się, że jest on podcięty stromą kilkunastometrową ścianką.

Kombinujemy za długo alternatywne przejścia, łażąc po parchatych półeczkach góra-dół i lewo-prawo.

Zdjęcie: Zejście depresją między dwoma filarami północno-zachodniej grani Małego Kieżmarskiego Szczytu, w dole po lewej Miedziany Przechód, na górze – Durny Szczyt.

W tym momencie mam wszystkiego serdecznie dość. Przecież ten filar miał być łatwy, a mam wrażenie że kluczymy tu z dobrą godzinę. Poza tym ani śladu jakiegoś stanowiska do zjazdu. Chyba nikt przed nami tą wersją nie schodził.

W końcu zgadzam się na zjazd, który Kamil zaproponował jakiś czas temu, mówiąc, że znalazł niby dobry blok na stanowisko. Biorąc pod uwagę, że według mnie nikt tam wcześniej nie robił żadnego zjazdu, ani może nawet nie trzymał się tego bloku, mam poważne wątpliwości i jednocześnie brak innego wyjścia z tej sytuacji. Wracanie tym rzęchem do góry i szukanie innego przejścia nie bardzo mi się uśmiecha.

Dzięki 20-metrowej linie i repowi przedostajemy się na Złotą Przełączkę (2230 m) pod Uszatą Turnią (polska nazwa – Złota Turnia), a następnie półką o nazwie Niemiecka Ławka – na Miedziany Przechód (2285 m).

Widok z Miedzianego Przechodu na Mały Kieżmarski Szczyt i Filar Grosza

Mam wrażenie, że największe emocje tego dnia mam już za sobą.

Ale wiem też, że ambitny plan, żeby z Durnego przejść dalej granią na Baranią Przełęcz i Baranie Rogi, już na pewno oddalił się bezpowrotnie, wątpię też, czy uda nam się dotrzeć na Durny.

Dopiero z Miedzianego Przechodu widzę, że zachodnie żebro grani na samym dole wygląda na łatwe, w przeciwieństwie do północno-zachodniego filara, czy środkowej części, którą schodziliśmy.

Rozkminiając to przejście już w domu czytam u Marcisza, że większość osób wchodzi na Mały Kieżmarski Szczyt z Miedzianego Przechodu właśnie zachodnim filarem, a WHP określa ten filar jako bloki i doskonale uwarstwione stopnie skalne (I).

Północno-zachodni filar wyceniany jest na II (może III). Nie znalazłam opisu przejścia środkową częścią, gdzie mamy trójkową albo nawet trudniejszą ściankę.

Zdjęcie: widok z Miedzianego Przechodu na naszą drogę z Małego Kieżmarskiego Szczytu i Kamil robiący zjazd. Widać dwa filary i depresję między nimi.

Śmiałam się, że jak ktoś natknie się kiedyś na zostawioną tam przez nas pętle, to będzie się mocno zastanawiał, co u licha ona tam robi. Albo wręcz przeciwnie, uratuje mu ona zejście.

Przez Miedziane Ławki na Łomnicę

Z Miedzianego Przechodu przez Miedziane Ławki droga na Łomnicę wydaje się oczywista i łatwa orientacyjnie, ale jest to przejście po rzęchu.

Już z Miedzianego Przechodu do Miedzianego Ogródka przez zejście zwane Miedzianą Drabiną mamy stałe punkty asekuracyjne, bo może ktoś woli zjeżdżać, zamiast ześlizgiwać się po parchu. My mamy doświadczenie z niedawnych eksploracji w Prokletijach, gdzie taki parch i takie nastromienie to zwykłe turystyczne szlaki, więc wybieramy system kontrolowanych ślizgów po sypiących się piargach.

Kamil wyjaśnia mi pochodzenie występujących tu nazw: Miedziany Ogródek, Miedziane Ławki, Niemiecka Drabina, Niemiecka Ławka, Złota Przełączka, itp. „Miedziane” to od prac górniczych i wydobywania miedzi już od początków XVIII wieku, a „złote” – od poszukiwań złota.

Widok z Miedzianego Przechodu na Durny Szczyt i Poślednią Turnię

Miedziany Ogródek jest na wysokości ok 2195 m i jest to najniższy punkt naszego przejścia na odcinku Huncowski Szczyt – Mała Durna Przełęcz.

W Miedzianym Ogródku nabieramy wody ze strumyka i idziemy łatwo, choć po piargach Niżnią a potem Wyżnią Miedzianą Ławką.

Przejście z jednej na drugą oznaczone jest starą pomarańczową farbą i znajduje się w linii spadku Przełęczy w Widłach, gdzie Niżnia Ławka nieco się obniża.

Po lewej stronie mamy próg skalny, wspinamy się kilkanaście metrów w górę, gdzie są też spity do asekuracji i jesteśmy na Wyżniej Miedzianej Ławce

Zdjęcie: Widok z Miedzianego Przechodu na Niżnią i Wyżnią Miedzianą Ławkę. Wyżnią, która idzie jakby na wprost Pośledniej Turni można też dojść na Przełączkę pod Łomnicą i Drogą Jordana na Łomnicę.

My z Wyżniej Miedzianej Ławki skręcamy w lewo i w górę po skałach a później po skalnych płytach, obchodząc końcówkę Grani Wideł pod Miedzianym Murem. Mur ten kończy się na Wyżniej Miedzianej Przełączce – jest to punkt styku końca Grani Wideł z płytą szczytową na północnej ścianie Łomnicy.

Podejście płytami pod Miedzianym Murem i Wyżnia Miedziana Przełączka na zdjęciach poniżej.

Łomnica, w tle Durny Szczyt i Lodowy Szczyt

Na Łomnicę docieramy 5 minut przed 15. Kamil rozsiada się i wyciąga batony, widzę jak bardzo jest wykończony, wygląda jak Walking Dead, mimo, że tempo mamy bardzo, bardzo wolne.

Widzę w jego oczach rezygnację, on widzi, jak jestem zdeterminowana, żeby dokończyć dziś to przejście. Pewnie dlatego mi nie mówi, o czym wtedy myśli: że nie ma mowy, żeby wszedł dziś na kolejny szczyt.

Ja za to myślę, że fajnie byłoby o 16 być już na Durnym. Jak się potem okaże, jest to bardzo optymistyczne założenie.

Pogoda też się zmienia, jest już całkiem pochmurno. Podczas tej wycieczki obserwuję niesamowite zjawisko, jak małe chmury szybko tworzą się w dnie doliny, kumulują się i idą do góry, zasłaniając szczyty. Nisko zawieszone, lokalne chmury już nie raz pokrzyżowały mi plany…

Durną drogą na Durny Szczyt

Schodzimy Jordanką, czyli na Durny ma być już cały czas granią z niewielkimi obejściami. Na Jordance najgorsze są dla mnie łańcuchy. Kilka pionowych ścianek, gdzie trzeba się na nich zawiesić, a nogi na tarcie. Dla osób o mocnych nerwach. W wielu miejscach przeszkadzają, bo lepiej iść po skałach.

Dochodzimy do Przełączki pod Łomnicą, gdzie dochodzi Wyżnia Miedziana Ławka. Potem przez Małą Poślednią Turniczkę – droga idzie przez nią ściśle granią i schodzimy na Poślednią Przełączkę. Po dłuższym namyśle i zejściu za nisko obchodzimy po prawej stronie Poślednią Turnię, gdzie również są łańcuchy i jakieś klamry. Na parchatym i lufiastym trawersie pod turnią trzymam się na wszelki wypadek łańcucha. Staję na niby lity kamień, który w tym momencie rozpada się pod moją stopą i spada z wielkim hukiem kilkaset metrów do Miedzianej Kotliny. Ja na szczęście stoję, ale Kamilowi serce podchodzi do gardła.

Dochodzimy do Wyżniej Pośledniej Przełączki, gdzie Droga Jordana schodzi w dół żlebem do Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Na grań nachodzą chmury i zaczynają się nasze kłopoty. Kamil był tu trzy lata temu, ale szedł w przeciwnym kierunku. Twierdzi, że następną turnię – Zębatą – trzeba obejść z prawej strony, ale nie jest do końca pewny, czy z prawej, czy z lewej i czy tę turnię, czy może kolejną…

Początkowo idziemy trawersem, ale później schodzimy za nisko do kolejnego żlebu, jak się później okazało, górnej odnogi Klimkowego Żlebu.

Trawersujemy Zębatą Turnię pod granią wiodącą na Durny Szczyt

Na tym trawersie sporo błądzimy jak dzieci we mgle (dosłownie), jest dużo różnych wariantów i ścieżek, a my nie widząc grani schowanej w chmurach, kompletnie nie wiemy, gdzie jesteśmy.

Trawers Zębatej Turni i Durniej Turniczki w grani na Durny Szczyt. Zadnia Durna Baszta i Wyżni Durny Karb

W końcu, trawersując żleb, wychodzimy na szerokie siodło, a przed nami wyłania się zza chmur piękna ściana Durnego Szczytu, a na lewo Mały Durny Szczyt. Problem w tym, że dzielą nas podcięte pionowe skały i głęboki kocioł w dole. Ale przynajmniej wiemy, gdzie jesteśmy, za daleko.

Jak później rozkminiłam, zanim się zgubiliśmy, podeszliśmy pod samą Durnią Turniczkę, przez którą można było łatwo przejść (I) na Klimkową Przełęcz i dalej granią na Durny.

Jednak nie widząc grani poszliśmy za bardzo w dół i dalej trawersem przeszliśmy przez Klimkowy Żleb. Wyszliśmy na boczną, Durną Grań pod Zadnią Durną Basztą na Wyżni Durny Karb (o ile dobrze to rozkminiłam). Stamtąd po drugiej stronie grani na zachód widzieliśmy Durny i Mały Durny Szczyt, a na dole Spiski Kocioł.

Na zdjęciu po lewej widać nasz trawers i przed nami na lewo od ściany skalnej Wyżni Durny Karb, wg WHP jedna z najwybitniejszych przełączek Durnej Grani.

Kamil ma dość i chce wracać w dół żlebem do doliny i kończyć wycieczkę. Mnie nie podoba się pomysł wracania żlebem, którego nie znamy i błądzenia w chmurach. Później przeczytałam u Marcisza, że ten żleb latem jest bardzo skomplikowany i jeśli się go nie zna, przy braku widoczności bardzo łatwo się w nim pogubić.

W tym momencie nie wiemy dokładnie, gdzie jesteśmy, ale decydujemy po chwili dyskusji, że idziemy do góry. I to był strzał w dziesiątkę, bo wychodzimy na Klimkową Przełęcz, mamy w końcu widoczność, a Kamil rozpoznaje teren (szedł trzy lata temu tą drogą w przeciwną stronę).

Durny Szczyt (2623 m npm), Tatry Wysokie, Wielka Korna Tatr

Mamy jeszcze (lub aż) do przejścia grań na Durny i Mały Durny, a jest już grubo po 16. Jednak ta część okazuje się dla mnie najłatwiejsza, mimo, że technicznie jest najtrudniejsza.

Z Klimkowej Przełęczy idziemy już ściśle granią pod uskok Durnego na Wyżnie Durne Wrótka. Uskok wyceniany jest za II i właśnie dwóch wspinaczy robi nim zjazd na linie. Nie zastanawiając się długo idę na żywca tak, by nie zaczepić o ich linę.

Potem łatwo, aż do lufiastej małej turniczki – Durnej Czubki (wg Marcisza I-II) z kotwami do asekuracji, którą pokonujemy na żywca ściśle granią, wychodząc na ostre wcięcie – Durną Szczerbinkę. Stąd już łatwo na Durny Szczyt (2623 m), Durną Przełęcz i omijając Durną Igłę na Mały Durny Szczyt (2595 m).

Z Małego Durnego dalej łatwą granią schodzimy na Małą Durną Przełęcz a później parchatym żlebem do Doliny Pięciu Stawów Spiskich.

Żleb jest wyceniany na I i faktycznie kluczymy w nim schodząc różnymi skałkami i rynnami, kierując się niżej w lewo na wyraźną ścieżkę, żeby ominąć dolne urwiska tego żlebu (zdjęcia na dole).

Widok z Durnego Szczytu na północny zachód

Schodzimy i zbiegamy do Doliny Pięciu Stawów Spiskich w kierunku Terinki. Jest coraz później, nie wchodzimy nawet do środka, tylko zbiegamy doliną i potem długaśnym niebieskim szlakiem, już z czołówkami, do Tatrzańskiej Łomnicy. Około 22:45 jesteśmy przy samochodzie. Wyszło coś koło 29 km i 2200 metrów, choć myślę, że zegarek nie zliczył tych krótkich zejść i wejść w żlebach i na przełączkach.

Trasa tutaj.

]]>
https://biegamwgorach.pl/3-wkt-kiezmarski-lomnica-i-durny/feed/ 4
Na Kasprowy i Szpiglasowy Wierch z powrotem przez Kozią Przełęcz https://biegamwgorach.pl/na-kasprowy-i-szpiglasowy-wierch-z-powrotem-przez-kozia-przelecz/ https://biegamwgorach.pl/na-kasprowy-i-szpiglasowy-wierch-z-powrotem-przez-kozia-przelecz/#comments Mon, 22 Oct 2018 05:26:59 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8195 Tatry Wysokie, trasa biegowa w Tatrach

To chyba moja ostatnia jesienna wyrypka. Następna będzie już na nartach. Znowu zaczął padać śnieg. Chciałam wykorzystać pogodę i nie żałuję, choć po tej wycieczce mnie rozłożyło. Niech piękne słońce na zdjęciach Was nie zwodzi, pizgało mocno!

Ruszam o 11 z Zakopanego z niezłymi zakwasami po sobotnich przysiadach i wspinaniu. Na Kasprowy Wierch wbiegam przez Myślenickie Turnie, pierwszy raz tym szlakiem w górę. Nie jakoś mocno, ale bez przystanków, z Kuźnic zajmuje mi to 1:12. Na szczycie jestem ok. 12.30. Dość mnie na tym podbiegu wywiało, więc dłuższa przerwa w stacji kolejki na ubranie się i wygrzanie. Dalej w planie Gładka Przełęcz, najniżej położona, dostępna szlakiem przełęcz w Tatrach Wysokich, 1994 m. Z Kasprowego można się na nią dostać:

  • a. znakowanym szlakiem, zbiegając w głąb pięknej Doliny Cichej. Trzeba spaść aż na 1270 m, a następnie wbiec na Zawory (1876 m) i dopiero na Gładką. Jest to piękny szlak z widokami na dzikie i nieznane Tatry Zachodnie – Liptowskie Kopy, które oddzielają Dolinę Koprową od Cichej, czyli Tatry Wysokie od Zachodnich
  • b. granią na Liliowe i dawnym szlakiem z przełęczy. To techniczna i ciekawa ścieżka trawersująca zbocza Świnicy i Walentkowej (2156 m) przecina Dolinę Walentkową i boczny grzbiet Walentkowej

Nie spiesząc się, na Gładką docieram o 14. Dalej moim celem jest rekonesans najłatwiejszej i najniższej części głównej grani Tatr Wysokich, czyli Liptowskie Mury – 2 km z Gładkiej Przełęczy na Szpiglasowy Wierch. (Liptowskie Mury ciągną się jeszcze do Wrót Chałubińskiego).

Za Gładkim Wierchem (2066 m) zaczyna się grań Kotelnicy, a tam największa trudność na tym odcinku. Wyceniany na I, ale widziałam też II, lity kominek z przewieszką na końcu – na zejściu z Małej Kotelnicy (1985 m) na Niżnią Czarną Ławkę (1950 m). Idąc w stronę Szpiglasowego trzeba pokonać go w dół, w przeciwnym kierunku jest zdecydowanie łatwiej. Są tam zawieszone stare pętle. Takie I-II na grani bez asekuracji to według mnie najbardziej niebezpieczne momenty. Za granią Kotelnicy czekają jeszcze przyjemne granitowe szczyty Kosturów – Niżniego i Wyżniego (2083 m).

Wyżni Kostur, Liptowskie Mury, Tatry Wysokie

Wyżni Kostur, Liptowskie Mury

Na Szpiglasowym Wierchu (2172 m) jestem ok. 16, a to za sprawą cykania na każdym szczycie sweetfoci 😉 Pizga jeszcze bardziej, więc szybko zbiegam na Szpiglasową Przełęcz i już łatwym, skalnym chodnikiem do Doliny Pięciu Stawów. Dalej chciałam napierać na Zawrat, ale znam ten szlak doskonale, a nie wchodziłam jeszcze na Kozią Przełęcz!

Szybka zmiana planów i ucieczka przed zimnym cieniem rozlewającym się w dolinie. Biegnąc do słońca, które jeszcze ogrzewa grań, wychodzę technicznym szlakiem trochę powyżej przełęczy. Kusi mnie i to bardzo, żeby wdrapać się jeszcze na Kozi Wierch, ale czas jest nieubłagany, a nie mam czołówki. Jakieś pół godziny na jedzenie i fotki w ostatnich promieniach słońca i ok. 17 zaczynam zbieg w stronę Zakopanego. W Dolinie Jaworzynki łapie mnie już zmrok.

I w ten o to sposób w nogi weszło 32 km i 2600 m. Czekam już na ten zapowiadany śnieg, bo podobną turę chcę zrobić na nartach 🙂

Podobne trasy:

Orla Perć, Tatry Wysokie, Kozia Przełęcz, trasa biegowa w Tatrach

Na Orlej Perci powyżej Koziej Przełęczy

]]>
https://biegamwgorach.pl/na-kasprowy-i-szpiglasowy-wierch-z-powrotem-przez-kozia-przelecz/feed/ 4
Najdziksze Tatry Wysokie. Z Koprowego na Kasprowy https://biegamwgorach.pl/najdziksze-tatry-wysokie/ https://biegamwgorach.pl/najdziksze-tatry-wysokie/#comments Sun, 09 Sep 2018 09:36:36 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8043 W ciemnosmreczyńskich skał zwaliska,

Gdzie pawiookie drzemią stawy,

Krzak dzikiej róży pąs swój krwawy

Na plamy szarych złomów ciska.”

Jan Kasprowicz „Krzak dzikiej róży w Ciemnych Smreczynach”

Szczegóły trasy

39,5 km, +2920/-3360 m link do mapy

Szczyrbskie Jezioro (1350 m) – Koprowy Wierch (2363 m) – Ciemnosmreczyński Staw Niżni (1677 m) – Zawory (1876 m) – Gładka Przełęcz (1994 m) – Kasprowy Wierch (1987 m) – Zakopane (900 m)

Macie jeszcze czas na tę wycieczkę, szlaki na tej trasie zamykane są od 1 listopada do 15 czerwca.

Podobną trasę zrobiłam w zeszłym roku, ale nie będę podawać jej dokładnego przebiegu. Ta wycieczka jest równie piękna i w pełni zgodna z przepisami parkowymi 😉

Jest to wyrypa po mało znanej części słowackich Tatr Wysokich. Dzika i piękna Dolina Hlińska i Koprowa, niedoceniana przez bliskość szlaku na Rysy. Dolina Kobyla i Cicha, ktoś w ogólne zna te nazwy? Przecież nikt nie wchodzi na Kasprowy Wierch od słowackiej strony. Właśnie dla tej dzikości, pustych szlaków i oryginalności polecam tę trasę. Ale jest to wyzwanie dla wytrwałych koneserów, bo trzeba pokonać prawie 40 km z przewyższeniem +3000/-3400 metrów!

  • Pozostałe trasy biegowe znajdziecie tutaj

Grań Koprowego Wierchu, Tatry Wysokie, trasa biegowa

Na grani Koprowego Wierchu. W dole Wielki Staw Hińczowy

Logistyka

Jeśli stacjonujecie w Zakopanem, nie macie zbyt dużego wyboru. Albo ktoś podwiezie was do Szczyrbskiego Jeziora, albo musicie udać się komunikacją miejską z przesiadką. Z Zakopanego do Starego Smokowca dojeżdżacie busem (ok 1,5 godziny), tam przesiadka się w elektryczkę do Szczyrbskiego Jeziora. Drugi wariant, dużo wygodniejszy, to po prostu pojechać swoim samochodem. Potem tylko trzeba po niego wrócić 😉 Ja pojechałam następnego dnia rowerem (75 km i 1200 m+), ale można też zrobić sobie wycieczkę z Palenicy przez Rysy. Tak na dobicie zakwasów.

Na Koprowy Wierch

Ruszamy ze Szczyrbskiego Jeziora w kierunku Popradzkiego Stawu. Polecam wariant magistralą (czyli czerwonym szlakiem). Może być tutaj tłoczno, ale za to z niesamowitymi widokami na ściany Osterwy i Wysokiej. Momentami dość techniczną ścieżką dobiegamy do skrzyżowania szlaków nad Popradzkim Stawem (1520 m) i kierujemy się w lewo za niebieskimi znakami. Ścieżka biegnie tutaj łagodnie pod górę i w zupełności da się biec. Jest to piękny odcinek Doliny Mięguszowieckiej, wiodący przez niezniszczony, stary świerkowy las. Po kilkunastu minutach, wybiegając z gęstego lasu przecinamy mostkiem Żabi Potok. Docieramy do kolejnego skrzyżowania (1620 m). Czerwone znaki w prawo kierują na Rysy, a my biegniemy w lewo za niebieskimi.

Koprowy Wierch, Tatry Wysokie, trasa biegowa

Koprowy Wierch

Jesteśmy już ponad granicą lasu, po lewej stronie góruje nad nami mur grani Baszt, a z prawej stoki Kopy Popradzkiej. Ścieżka prowadzi coraz stromiej zakosami do góry na skalny próg Doliny Hińczowej, skąd widać granie nad Doliną Mięguszowieckiej, w tym Rysy. Wybiegamy na wypłaszczenie z małymi stawkami, po lewej mijamy Mały Staw Hińczowy i wybiegamy na wprost Wielkiego Stawu Hińczowego (1946 m). Znad tego stawu grań Mięguszowieckich Szczytów wygląda dużo skromniej, niż znad Morskiego Oka.

Znad stawu ścieżka prowadzi stromymi, piarżystymi zakosami na Koprową Przełęcz Wyżnią (2180 m). Pojawiają się nowe widoki – na Tatry Zachodnie i mur Hrubego. Z przełęczy robimy szybki skok na Koprowy Wierch (2363 m), najpierw stromym trawiastym stokiem, gdzie na początku czerwca może występować śnieg, a następnie piękną granitową granią. Na północy w dole przykuwają uwagę Ciemnosmreczyńskie Stawy, Wyżni i Niżni – jeden z gwoździ dzisiejszego programu. Znad grani Hrubego na zachodzie wyłania się sam czubek Krywania, na północy Mięguszowieckie Szczyty, a na wschodzie można dostrzec Rysy i Wysoką. Gdy już się nasycimy widokami, zbiegamy z powrotem na przełęcz. Tutaj zaczyna się najdziksza część dzisiejszej wyrypki.

Koprowy Wierch, Tatry Wysokie, trasa biegowa

Koprowy Wierch i grań Hrubego

Ciemnosmreczyńskie Stawy

Z Wyżniej Koprowej Przełęczy zbiegamy stromą ścieżką znakowaną na niebiesko do Doliny Hlińskiej, górnego odgałęzienia Doliny Koprowej. Od razu widzimy, że mało kto tędy chodzi. Kozice uciekają przed nami już z daleka, a kamienna, wąska ścieżka porośnięta jest trawą. Wczesnym latem płynie nią woda z topniejących śniegów. Po pokonaniu stromszego zbiegu wątła ścieżka prowadzi łagodnie w dół wzdłuż Hlińskiego Potoku. Z lewej strony przytłacza nas monumentalny mur Hrubego, a z prawej wznosi się odwiedzony przed chwilą Koprowy Wierch wraz z granią Pośredniego Wierszyka. Ścieżka prowadzi nas do dzikiego świerkowego lasu, w którym prędzej można spotkać niedźwiedzia, niż człowieka.

Dobiegamy do rozstaju w Ciemnych Smreczynach na wysokości 1415 m. Zbiegliśmy więc prawie 1000 metrów w dół, by znowu napierać pod górę. Szeroką, łagodną ścieżką podbiegamy do kolejnego rozstaju na wysokości 1490 m, skąd wyłania się widok na Liptowskie Mury.

W lewo prowadzi ścieżka na Zawory, nasz docelowy kierunek wycieczki, a my robimy skok w bok (czerwone znaki w prawo) do Ciemnosmreczyńskich Stawów. Będzie nas to kosztowało dodatkowe 2 km i 200 metrów w górę, ale warto odwiedzić tę mekkę malarzy i poetów.

Teren jest tutaj podmokły, na szlaku miejscami ułożone są drewniane kładki. Biegniemy kamienną ścieżką wzdłuż potoku, a następnie stromiej, wśród kosodrzewin na próg doliny. Otacza nas piękna przyroda, uwieczniana na obrazach i w poezji, między innymi w wierszu Jana Kasprowicza (zacytowanym na końcu).

Znaki kończą się przy Ciemnosmreczyńskim Stawie Niżnim (1677 m). Dawny szlak prowadził w górę północnym brzegiem jeziorka nad Ciemnosmreczyński Staw Wyżni (1725 m), a następnie stromo po piargach na Wrota Chałubińskiego, skąd można było dostać się do Polski. Nam pozostaje zbiec tą samą drogą do rozstaju Ciemnych Smreczyn.

Dolina Kobyla, Tatry Wysokie, trasa biegowa

Dolina Kobyla

Z Zaworów na Kasprowy Wierch

Wracamy na zielony szlak, w który skręcamy w prawo. Biegniemy przez górnoreglowy las, a następnie stromą, krętą ścieżką na próg Doliny Kobylej. Po prawej mijamy Kobyli Stawek. Przez trawiaste wypłaszczenie dostajemy się na górny taras doliny, a z niego zakosami na przełęcz Zawory (1876 m). Przed nami pojawiają się Tatry Zachodnie. W prawo czerwonym szlakiem wbiegamy w kilka minut na Gładką Przełęcz (1994 m), by zobaczyć Dolinę Pięciu Stawów Polskich z innej perspektywy. Dawniej prowadził tutaj w dół znakowany szlak. My musimy wrócić na Zawory.

Znów kusi, żeby skrócić trasę dawnym szlakiem wprost na Liliowe, trawersując zbocza Walentkowej i Świnicy. Ale by pozostać w zgodzie z przepisami TANAP, musimy wybrać znacznie dłuższą drogę i zbiec czerwonym szlakiem do Doliny Cichej aż na 1270 m. Na rozdrożu pod Kasprowym idziemy stromo pod górę przez łączki i kosówki (żółte znaki), a następnie zakosami na Suchą Przełęcz (1950). Z przełęczy zaliczamy na dobicie Kasprowy Wierch (1987 m) i zbiegamy naszą swojską trasą (żółtym szlakiem) do Murowańca i niebieskim przez Boczań do Kuźnic. Ledwo żywi wpadamy do Zakopanego.

 

Lęki! wzdychania! rozżalenia,

Przenikające nieświadomy

Bezmiar powietrza!… Hen! na złomy,

Na blaski turnie, na ich cienia.

 

Stado się kozic rozprzestrzenia;

Nadziemskich lotów ptak łakomy

Rozwija skrzydeł swych ogromy,

Świstak gdzieś świszcze spod kamienia.”

(…)

Słońce w niebieskim lśni krysztale,

Światłością stały się granity,

Ciemnosmreczyński las spowity

W bladobłękitne, wiewne fale.

 

Szumna siklawa mknie po skale,

Pas rozwijając srebrnolity,

A przez mgły idą, przez błękity,

Jakby wzdychania, jakby żale.”

(…)

O rozżalenia! o wzdychania!

O tajemnicze, dziwne lęki!…

Ziół zapachniały świeże pęki

Od niw liptowskich, od Krywania.

 

W dali echowe słychać grania:

Jakby nie z tego świata dźwięki

Płyną po rosie, co hal miękki

Aksamit w wilgną biel osłania.”

Dolina Gąsienicowa, trasa biegowa

Dolina Gąsienicowa

]]>
https://biegamwgorach.pl/najdziksze-tatry-wysokie/feed/ 2
Dotknięcie Martinki. Bez kakakasku https://biegamwgorach.pl/dotkniecie-martinki/ https://biegamwgorach.pl/dotkniecie-martinki/#comments Sun, 26 Aug 2018 11:35:53 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=7993
Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach, Droga Martina

Pobudka 5.30 z nadzieją, że tym razem uda się wyruszyć z Wyżnich Hagów wcześniej niż ostatnio. Na początku czerwca z Mariuszem i Kamilem wystartowaliśmy po godzinie 11. Wtedy weszliśmy tylko na szczyt, a opóźniał nas dodatkowo śnieg. Martinka pozostała nietknięta.

Bez kakakasku?

Tym razem tylko z Kamilem, zamykamy drzwi samochodu o 9.30. Masz kask? – zagaduje Kamil. To teraz mnie pytasz? Dobra, idę bez – odburkuję od niechcenia. Mam zły dzień i nie widzę tego naszego przejścia. Kamil czytał opisy wejścia Walowym Żlebem na Przełęcz Tetmajera i ktoś szukał wylotu żlebu przez 2 godziny. W Wyżnich Hagach zgodnie z prognozą słońce, ale szczyty schowane są w gęstych chmurach, nie mam kasku, nie znamy drogi. Same wymówki, żeby już na wstępie uznać, że się nam nie uda.

W dolnej, leśnej części doliny jest gorąc nie do wytrzymania. Dobrze, że jednak wzięłam krótkie gacie! Na szczęście powyżej linii lasu przyjemny chłodzik. Niestety zaczynamy wchodzić w chmury, a ja marudzić. Marudzę tak całą drogę do Batyżowieckiego Stawu. Że nic nie widać, że nie trafimy w żleb, że Kamil miał obczaić szczegółowo wejście, a pewnie tego nie zrobił, że to ja powinnam zająć się sprawdzaniem wejścia i w ogóle to trzeba było wybrać się na lajtową wycieczkę z Forkiem. Jak on ze mną wytrzymuje? Mnie samej czasem ciężko znieść moje własne marudzenie. Tajemnicą Kamila jest to, że ma cierpliwość jak wagon buddyjskich mnichów i zapewne to pozwala mu wytrzymać te wszystkie wycieczki ze mną.

Żeby uciąć moje zrzędzenie, postanawiamy, że dojdziemy na górne piętro doliny, pod żleby, zobaczymy, czy coś widać i jak nie znajdziemy wejścia, to wracamy.

Dolina Batyżowiecka, Tatry Wysokie

Dolina Batyżowiecka, pod ścianami Gerlachu

Idziecie na biwak?

Nad Batyżowieckim Stawem chmury schodzą coraz niżej i widoczność pogarsza się do tego stopnia, że gubimy ścieżkę wokół jeziorka. Po głazach dochodzimy do właściwej perci w głąb doliny i tam tradycyjnie spotykamy schodzące z gór grupy. Przywykłam już do tego, że gdy wyruszam w góry, wszyscy już schodzą. W tym momencie pytam jednak Kamila, czy ma czołówkę, bo ja oczywiście nie wzięłam. Kamil zawsze ma wszystko, czego ja zapominam, albo chciałam zapomnieć. I kask, i czołówkę, i folię NRC, i nawet kostki do asekuracji chciał zabrać, ale wybiłam mu to z głowy.

Podchodzimy przez kolejne progi doliny, a ja wreszcie przestaję marudzić. Dostrzegam pozytyw w tych schodzących w dół chmurach. Jest nadzieja, że na górze będzie lampa! I ta myśl, że wyjdziemy ponad chmury, tak mnie ożywia, że z zupełnego pesymizmu, zapalam się na to wejście. Mijamy kolejnych, schodzących wspinaczy. Jeden pyta, czy idziemy na biwak. W sensie, że tak późno? Jakie późno, jest dopiero 11! Zdążymy wejść, przebiec grań i zbiec przed 17. Mówi, że będzie „bourka”. Burka? – patrzę pytająco na Kamila. Wyjaśnia, że chodzi o burzę. Burza? Nie, z takich chmur na pewno nie będzie burzy – mówię z takim przekonaniem, jakbym specjalizowała się w meteorologii górskiej. Jestem już tak pozytywnie nastawiona, że nic nie jest w stanie mnie zniechęcić. Uwielbiam ten mój optymistyczny stan umysłu, gdy wszystko jest możliwe.

Walowy Żleb, pod Przełęczą Tetmajera, Tatry Wysokie

Walowy Żleb, pod Przełęczą Tetmajera

Wbić się w Walowy Żleb

Podchodzimy stromymi piargami na ostatnie pięterko doliny, pod Batyżowiecki Żleb i wtedy dzieje się to, co wiedziałam, że nastąpi. Przejaśnia się. Ale jak! Z zupełnej dupy nagle widzimy grań i ściany jak na dłoni! Krzyczę do Kamila, żeby wrzucił wyższy bieg i że szybko musimy wbić się we właściwy żleb. Aura w górach jest dynamiczna i zaraz znowu może się zdupić. Idziemy dalej piargami i kamieniami do góry wzdłuż ściany. Pamiętałam z mapy, że trzeba minąć te skały i gdzieś tam będzie nasz Walowy Żleb.

W ścianie wspina się dwóch Słowaków, przechodzę pod nimi, dalej w górę i dostrzegam coś na kształt żlebu, który przypomina opis przedstawiony przez Kamila. Dochodzi Kamil i rozkminiamy. Podchodzimy wyżej i dalej szukamy, czy wbijamy się tutaj? – pytam zniecierpliwiona. Wyciągam telefon, odpalam z netu jakieś zdjęcia i drogi w ścianie. Podchodzimy jeszcze kawałek i analizujemy, jakie szczyty widać na grani i gdzie dokładnie może leżeć nasz żleb. Standardowo denerwuję się na Kamila, że miał to ogarnąć, a teraz nie wie, gdzie iść. Kamil leci pod ścianę do Słowaków i po kilku bezskutecznych krzykach uzyskuje od nich ostateczną informację. Tutaj jest żleb prowadzący na Przełęcz Tetmajera. Dla jasności, znajduje się on zaraz za skałami, które oddzielają go od Batyżowieckiego Żlebu.

Wchodzimy. Ja bez kasku idę pierwsza. Początkowy, podcięty próg skalny oceniany jest na I-II, dalej są podobno jedynkowe trudności. Taki trudniejszy scrambling. Dla mnie to wejście jest podobne do ostatniej sztajchy na Aladaglar Sky Trail. Jakieś strome skałki, trochę piargu, wyżej więcej luźnych kamieni. Czuję się w takim terenie świetnie. Nawet przez myśl nam nie przechodzi, żeby się tu asekurować. Choć mijamy jakieś stanowiska i taśmy – pewnie do zjazdów.

Granią na Zadni Gerlach, Tatry Wysokie

Granią na Zadni Gerlach

Na Zadni Gerlach

Gdy widzę już przełęcz, dostrzegam dwie wyraźne ścieżki w piargu, na prawo i w lewo. Idę tą w lewo, gdzie widać szczątki rosyjskiego samolotu, który rozbił się tutaj w czasach II wojny. Jest i Zadni Gerlach! Zapominam o wejściu na przełęcz i idę wprost na szczyt. Teren robi się trudniejszy, kończy się piarg, a przede mną wyrastają porośnięte mchem pionowe skały. Dochodzi do mnie Kamil. Co robimy? – pytam. Schodzimy i wracamy do ścieżki, czy na skróty w górę po tych skałach? Gdy to mówię, dostrzegam nade mną innych wspinaczy. Jesteśmy około 10 metrów w pionie pod granią. Idę do góry. Szukam dobrych chwytów w śliskich skałach i stopni tak, żeby uniknąć stawania na mchu. Parę ruchów i wyłażę na grań, na której siadam okrakiem, żeby zrobić Kamilowi miejsce. Zdaniem Kamila to był trójkowy odcinek. Okazał się być najtrudniejszym fragmentem dzisiejszej wyrypki.

Nawet nie zauważyłam, że znowu grań spowiły chmury i będzie tak już do końca. Poniżej grani jest wyraźna, łatwa ścieżka, ale my idziemy ściśle granią. Kamil bawiąc się tym doskonale, trzyma się samego jej ostrza. Widzę, jaką sprawia mu to radość. Prawdziwy z niego graniowiec! Ostatni kawałek na szczyt jest niemal biegowy, wbiegam więc pod górę i wpadam na wierzchołek – kupę skał. Ale nie byle jaką! Ta kupa głazów była przed rozbiorami, a potem w latach 1938–1939 najwyższym szczytem Polski! 2638 m n.p.m.

Chwila odpoczynku, kanapki. Za Przełęczą Tetmajera, w chmurach rysuje się ostra grań Gerlachu. Widzimy a na niej ludzi, których spotkaliśmy wcześniej. Idą z lotną asekuracją. Dyskutujemy trochę o tym. Kamil wyjaśnia mi wątpliwości co do skuteczności tej asekuracji i że czasem bezpieczniej jest bez. Ale oczywiście, jeśli będę chciała, to się zwiążemy. Grań z przełęczy na Gerlach wygląda z daleka na trudną. Lufa, stromo i nie da się tego licha obejść.

Zadni Gerach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Zadni Gerlach, w tle grań Gerlachu

Z Przełęczy Tetmajera na Gerlach ściśle granią

Szybko docieramy na przełęcz i ruszam żwawo pierwsza. Zaraz orientuję się, że to licho nie takie trudne, na jakie wyglądało. Wielkie głazy, jest gdzie stanąć, za co złapać. Lufiasto, mroczno, trzeba czasem kombinować i gdzieś się podciągnąć, ale do przejścia! Idziemy bardzo sprawnie. Cykam samojebki na najciekawszym odcinku – niemal pionowej ściance z półeczką i dużą ilością powietrza pode mną. Dalej jest już łatwiej i szerzej. Jeszcze jakiś uskok, pionowe podejście, gdzie mogę wykorzystać swoje rozciągnięcie i sama się dziwię, skąd u mnie takie umiejętności wspinaczkowe. Na chwilę przez chmury przebija słońce. Kolejne fotki. Kamil śmieje się ze mnie, a ja z niego, że z uporem maniaka idzie samym ostrzem grani.

Granią na Gerlach, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach

Najlepszy jest ostatni odcinek przed Gerlachem. Na dole wyraźna ścieżka, widać, że często robione obejście, a przed nami trudniejszy fragment z lufą, gdzie muszę trochę pogłówkować, jak zejść z większego głazu. Gdy pokonuję tę przeszkodę, wyłania się bulderowa skałka w kształcie paszczy rekina, z lufą po lewej stronie i stromym stokiem po prawej, ostatnia skała przed szczytem. Gdy pod nią stoję, nie ma już możliwości łatwego zejścia na ścieżkę – na ten wariant trzeba było zdecydować się dużo wcześniej. Kamil zachęca mnie do spróbowania. Chyba zwariowałam, myślę sobie, przecież nigdy nie wspinałam się po takich skałach! Kilka przymierzeń, łapię chwyty na górze, stopy na tarcie i wyciągam się na rękach. Jestem na górze, trzy kroki na kolejny głaz i stoję już na Gerlachu! Kamil trzy sekundy za mną. Dopiero teraz uświadamiam sobie, że ani razu nie wyciągnęliśmy liny, a ja zupełnie o niej zapomniałam. To co, zostajemy na biwak? – śmieję się do Kamila.

Droga Martina, grań Gerlachu

Ostatnia skałka pod Gerlachem

Zejście Batyżowieckim Żlebem

Patrzymy w dół, ekipa która szła z asekuracją jest dopiero w górnych partiach żlebu. Dogonimy ich pewnie na dole w dolince – mówię do Kamila. Na górze spędzamy dobre pół godziny, robiąc foty i ciesząc się przejściem. Zejście Batyżowieckim Żlebem to formalność. Schodzę nim trzeci raz, znam tu prawie każdy kamień i ścieżkę, więc poruszamy się szybko i sprawnie. Dowiedziałam się w górach czegoś nowego o sobie. Mam niezłą pamięć do topografii i orientację w skalnym terenie. Lepiej niż Kamil, jakby nie było stary, doświadczony łojant, orientuję się w wyszukaniu drogi czy przejścia. Dostrzegam i zapamiętuję każdy szczegół. Cenna cecha w górach.

Gerlach, Droga Martina

Gerlach, Droga Martina

Doganiamy naszych słowackich wspinaczy przed Batyżowiecką Próbą. To kolejny trudniejszy fragment dzisiejszego programu, ale ubezpieczony klamrami. Niektórzy tutaj dodatkowo się asekurują. I ja też, wchodząc na Gerlach pierwszy raz z Mariuszem, w tym miejscu na podejściu wolałam iść na stałej asekuracji. Teraz schodzę bardzo sprawnie. Mijamy sześciu wspinaczy poniżej próby. Jeszcze trochę łańcuchów i klamer na pionowej ściance, która przypomina mi fragmenty trasy na KIMA i jesteśmy w dolince. Jest godzina 17. Na grani znowu świeci słońce! Byliśmy tam godzinę za wcześnie 😉

Szybko schodzimy najpierw piargami do stawu, a potem szlakiem. Nie chce nam się zbiegać. Idziemy żwawo i gadamy. Snujemy kolejne projekty i plany. Chcę zrobić całą Martinkę i jeszcze parę innych ciekawych grani. Grzeje nas zachodzące pomarańczowe słońce. Nie wieje. Jest ciepło. Jest pięknie!

Szczegóły przejścia: Wyżnie Hagi – Batyżowiecki Staw – Walowy Żleb – Zadni Gerlach, 2638 m (ściśle granią) – Przełęcz Tetmajera, 2593 m – Gerlach, 2654 m (ściśle granią) – Batyżowiecki Żleb – Wyżnie Hagi. 17 km i +1700 m.

Według wyceny całej Drogi Martina, odcinek z Przełęczy Tetmajera na Gerlach jest najtrudniejszy, o skali II IUAA.

Przebieg Drogi Martina

A teraz wyjaśnienie, skąd wziął się tytuł.

I jeszcze trochę fotek

Walowy Żleb, pod Przełęczą Tetmajera.

Walowy Żleb, pod Przełęczą Tetmajera, Tatry Wysokie

Walowy Żleb, pod Przełęczą Tetmajera

Zadni Gerlach, w tle grań prowadząca na Gerlach.

Zadni Gerlach, Tatry Wysokie

Zadni Gerlach, w tle grań na Gerlach

Kamil na grani.

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Kamil na Grani Martina

Grań Gerlachu.

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach, Droga Martina

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach, Droga Martina

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach, Droga Martina

Granią na Gerlach, Droga Martina, Tatry Wysokie

Granią na Gerlach, Droga Martina

Ostatnia skałka pod szczytem, idziemy ściśle granią.

Droga Martina, grań Gerlachu

Ostatnia skałka przed Gerlachem

Stąd przyszliśmy 🙂

Gerlach, Droga Martina

Gerlach, Droga Martina

Zdjęcia: Kamil Weinberg, Olga Łyjak.

]]>
https://biegamwgorach.pl/dotkniecie-martinki/feed/ 1
Skyrunning: Bystra od strony słowackiej z przygodami! https://biegamwgorach.pl/skyrunning-na-bystra/ https://biegamwgorach.pl/skyrunning-na-bystra/#comments Mon, 16 Jul 2018 06:36:46 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=7768
Bystra, Tatry Zachodnie, bieganie po górach, skyrunning

Na Bystrej dwa dni wcześniej

Zabieram Was dzisiaj w Tatry Zachodnie na trasę, którą zrobiliśmy tydzień temu z Forkiem. Mimo dobrej prognozy, trafiliśmy jednak na dupówę i nie udało się zrobić planowanej wycieczki 35 km i +2500 m. Wyszło inaczej, ale też ciekawie i z przygodami!

Z Zakopanego jedziemy (w stronę Łysej Polany) do miejscowości Hrdovo. W poniedziałek, gdy nie ma ruchu, to tylko 1,5 godziny jazdy. Zważywszy że to najbardziej oddalone od Zakopanego miejsce po drugiej stronie Tatr, to jest naprawdę dobry czas. Zostawiam auto na bezpłatnym parkingu (przystanku autobusowym), na którym jest tylko jeden samochód – dobrze się zaczyna! To tuż przy początku szlaku na wysokości 850 m. Od razu zachwyca mnie piękny świerkowy las, nie zniszczony przez halne, a w nim domki letniskowe przy samym szlaku. W Tatrach Zachodnich na Słowacji to normalne, bo kiedyś nie było tu parku narodowego.

Dzika Dolina Bystra

Żółtym szlakiem, szeroką szutrową ścieżką biegniemy lekko pod górę przez około 2 km do krzyżówki szlaków – Magistrali i naszego szlaku na Bystrą (żółty). Przez ten las ciężko przebiec na początku lata bez zatrzymywania się – to jest istny malinowy i jagodowy raj! Buszowanie po krzakach w poszukiwaniu pyszności lepiej jednak zostawić na koniec wycieczki, gdy ze zmęczenia legniemy na zielonej trawce pod krzakiem malinowym!

Za krzyżówką szlaków lecimy do góry, najpierw wąską ścieżką, potem szeroką drogą, rozjechaną przez samochody, które wywożą drzewo. (Ten szlak otwarty jest od 16 czerwca do 31 października). To najmniej atrakcyjny odcinek wycieczki. Wybiegamy z lasu do spustoszonej przez halne doliny, biegniemy szeroką drogą, przez którą płynie potok Bystra. Ale już po ok. 2 km znów wbiegamy do pięknego lasu i biegniemy równolegle do potoku, który mamy po naszej prawej stronie. Ścieżka prowadzi zboczem, zwęża się, przedzieramy się przez wysokie trawy i krzaki. Od razu widać, że to mało popularny szlak. Sama dolina i ta wąska, zarośnięta ścieżka bardzo przypomina mi inną mało znaną dolinę – Parzychwost (którą można wejść na Banówkę, najwyższy szczyt Głównej Grani w Tatrach Zachodnich).

Miejscami, mimo, że jest prawie płasko nie da się biec, bo ścieżka przetkana jest nierównymi skałkami i kamieniami. Gdy wybiegamy ponad linię lasu, dolina rozszerza się i wyłaniają się grzbiety i szczyty. Po ok 5,5 km przekraczamy potok i biegniemy po jego wschodniej stronie. W tym miejscu możemy już rozpoznać otaczające dolinę granie. Na zachodzie (po naszej lewej) widać zbocza Małej i Niżnej Bystrej – to południowo-zachodnia grań Bystrej. Mała Bystra to trzy niewybitne szczyty o wysokości 2165, 2120 i 2108 m, a jej słowacka nazwa to Grúň. Niżnia Bystra – 2162 m to po polsku Zadnia Kopa. Jak czytam w Wikipedii – przez Zadnią Kopę nie prowadzi żaden szlak turystyczny, istnieje jednak nieznakowane przejście, będące jedną z ciekawszych graniówek Tatr Zachodnich. Już wcześniej wiedziałam, że tam jest jakieś wejście i na tej wycieczce wyszukiwałam ścieżki z Doliny Bystrej, ale nic nie znalazłam. Od strony Doliny Bystrej zbocza Niżnej Bystrej są bardzo strome i wydają się niedostępne. Ale sama grań Niżnej i Małej Bystrej wygląda bardzo ciekawie i nie jest to wcale łatwa ścieżka, lecz bardziej przejście scramblingowe. Raczej na pewno chcę się tu wybrać!

Poniżej grani Małej Bystrej widać Bystre Stawy. Na zachodzie (po naszej prawej) wznosi się grzbiet Kobyły (1974 m) w południowo-wschodniej grani Bystrej, a za Kobyłą grzbiet Szerokiej (1985 m). Ta grań oddziela Dolinę Bystrą od Kamienistej. Doliną Kamienistą też można wejść na Bystrą (startując w Podbańskim), idziemy wtedy przez Pyszniańską Przełęcz (1788) i Błyszcz (2159). Przez grzbiet Kobyły i Szerokiej prowadzi nieznakowana, łatwa ścieżka.

Bystra, Tatry Zachodnie, bieganie po górach

Bystra, Tatry Zachodnie

Grzbietem Kobyły na Bystrą

Jesteśmy w samym sercu doliny na szerokim wypłaszczeniu, gdzie wątła ścieżka niemal gubi się w trawach i zwłaszcza we mgle trzeba uważać, żeby jej nie zgubić. To właśnie tutaj łapie nas deszcz. Nie mam foli NRC, więc zakładam lekką wiatrówkę i ciśniemy dalej. Forek leci do przodu jak szalony, uwielbia takie warunki! Ja nie bardzo. Temperatura spada do ok. 10 stopni, wieje. Za mną grupa turystów zatrzymuje się pod kosówkami, zakłada foliowe płachty i najwyraźniej ma zamiar przeczekać deszcz.

Przy Niżnym Bystrym Stawie (1843) szlak skręca w prawo w stronę zbocza Kobyły. Pniemy się pod górę, stromymi zakosami, na grzbiet Kobyły. Forek jak zwykle pierwszy, ja parę metrów dalej. Szlak omija szczyt Kobyły, ale wchodzimy na sam grzbiet na wysokości 2005 m i dalej na Bystrą podążamy już trawiastą granią.

Gdyby nie te szare chmury to widzielibyśmy stąd w dole Dolinę Kamienistą, a przed nami granie Tatr Wysokich z górującą Świnicą. Ten 1 kilometr na grani jest najtrudniejszy. Temperatura spada do około 5 stopni, zacinający deszcz i wiatr. Jestem już totalnie przemoknięta, prawie nie mam czucia w rękach. Forek leci do przodu nic nie robiąc sobie z tych dupiastych warunków. Próbuję iść trochę poniżej grani po zachodniej stronie zbocza, żeby osłonić się od wiatru. W końcu docieramy na Bystrą, 2248 m. Mam w nogach 9 km i 1400 metrów.

Chowam się na zboczu za szczytem i próbuję rozgrzać dłonie, żeby zrobić jakieś zdjęcie. Forek kładzie się jak zwykle na szczycie, na najlepszym punkcie widokowym, zwinięty w kłębek obserwuje sytuację, ma przy tym minę jak dumny pan na włościach 😉 W końcu przestaje padać. Na szczyt dociera grupa międzynarodowych turystów w foliach. Zdejmuję przemoczoną kurtkę i zakładam jedyną suchą bluzkę.

Początkowy plan trasy to granią na Starorobociański, Kończysty i Jarząbczy Wierch i powrót granią Ostredoka, zwaną też Otrhance (Otargańce), czyli jeszcze jakieś 1000 metrów w pionie. Deszcz jakby ustaje, ale jestem zbyt przemarznięta i postanawiam wracać. Zbiegamy na Bystry Karb (1946), gdzie mniej wieje i mogę wreszcie zrobić dłuższą przerwę na kanapki. Czucie w dłoniach wraca. Deszcz ustaje, ale nadal jesteśmy w chmurach. Prawie nic nie widać, nie zanosi się na przejaśnienie. Biegniemy jeszcze kawałek granią na Liliowy Karb (1959) i stamtąd zbiegamy zielonym szlakiem do Doliny Gaborowej, górnego piętra Doliny Raczkowej.

Dolina Raczkowa, Tatry Zachodnie, bieganie po górach

Dolina Raczkowa, Tatry Zachodnie

Wycof Doliną Raczkową

Ta dolina mnie zauroczyła! Dość wąska, wciśnięta pomiędzy grań Małej Bystrej na wschodzie i grań Ostredoka na zachodzie. Tutaj Forek ma istny raj, mokre trawy, strumyki, świstaki na skałach patrzące na nas czujnie. Niby nic się nie dzieje, nie wyłazi żaden niedźwiedź z kosówki, ale Forek jest czujny i obserwuje dolinę zaciekawiony.

Podobnie jak w Dolinie Bystrej szlak prowadzi wąską, porośniętą trawami ścieżką, utkaną kamieniami, którą ciężko się zbiega. Po kilkunastu minutach dobiegamy do skrzyżowania szlaków i szałasu na wysokości 1440 m. Stąd można iść w górę (żółtym szlakiem) na Kończysty Wierch Zadnią Doliną Raczkową. Biegniemy dalej w dół (żółtym szlakiem) wzdłuż Gaborowego Potoku, coraz szerszą i łatwiejszą technicznie ścieżką. Wypogadza się, a ja żałuję, że nie wyruszyłam dwie godziny później! Nie zmoczyłoby mnie i zrobiłabym planowaną trasę. Im niżej zbiegamy, tym bardziej się wypogadza i nieśmiało zaczyna przebijać się słońce. W dolnych partiach doliny spotykam wesołą grupkę Polaków z kilkoma fajnymi psiakami. Mniejsze pieski wskakują na Forka, co niekoniecznie mu się podoba. Biegniemy dalej.

Dobiegamy do kolejnego skrzyżowania szlaków. To tutaj byśmy wybiegli, gdybyśmy robili grań Ostredoka. Przed nami kolejne dwa kilometry w dół (niebieskim szlakiem) szeroką drogą i następna krzyżówka. Biegnąc dalej w dół asfaltem, dotarlibyśmy do Przybyliny. Nie jestem pewna, czy można tutaj dojechać samochodem, ale na mapie jest tu zaznaczony parking. Można stąd zrobić świetną trasę na Baraniec, Płaczliwy i Ostry Rohacz, Wołowiec, Jarząbczy i granią Ostredoka w dół (tę trasę na pewno chcę zrobić!).

Tatry Zachodnie, bieganie po górach

Malinowa Magistrala

Na tym skrzyżowaniu jestem trochę zdezorientowana, ale wiem, że trzeba biec Magistralą (czerwony szlak) na wschód w stronę Podbańskiego. Wydaje mi się, że to będzie najnudniejszy odcinek trasy. Około 7 km przez łąki i reglowy las łatwą ścieżką. Wychodzi słońce i zaczyna mocno grzać. Forek co kilka minut musi mieć przerwę, a ja w tym czasie zajadałam się malinami. Słabe oznaczenia szlaku kosztują nas dodatkowe 3 km, ale w taką pogodę nawet mnie to cieszy, nie chcę jeszcze kończyć tej wycieczki. Magistralą dobiegamy do naszej pierwszej krzyżówki z początku trasy, gdzie jest ten piękny malinowy las w miejscowości Hrdovo. Znowu buszowanie w malinach!

I tak z przygodami robimy 30 km i +1800 m, zamiast planowanych 35 km i 2500 m 😉 – link na stravie, mapa-turystyczna.pl.

Jak będziecie mieć więcej czasu, polecam tę oryginalną trasę, której nam nie udało się zrobić – link tutaj.

Tatry Zachodnie, Hrdovo, bieganie po górach

Tatry Zachodnie, Hrdovo

]]>
https://biegamwgorach.pl/skyrunning-na-bystra/feed/ 1
Parzychwost, Banówka, Pachoł, Spalona… czyli granią Tatr Zachodnich https://biegamwgorach.pl/parzychwost-gran-tatr-zachodnich/ https://biegamwgorach.pl/parzychwost-gran-tatr-zachodnich/#comments Tue, 24 Oct 2017 14:55:37 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=7019
Parzychwost, Banówka, Pachoł, Spalona... czyli granią Tatr Zachodnich

Banówka, główna grań Tatr

Kiedy pierwszy raz byłam na słowackiej grani Tatr Zachodnich, patrzyłam z góry na słoneczne doliny po południowej stronie jak na odległą, dziką krainę. Wiedziałam, że tam muszą być jakieś szlaki, ale ja przecież nie znałam naszych, rodzimych Tatr. Myślałam, że może kiedyś, ale wtedy każdy tatrzański szlak był dla mnie nowy i pociągający.

Minęły trzy lata od mojej pierwszej wycieczki na grań Tatr Zachodnich – z Doliny Chochołowskiej przez Wołowiec, Rohacze do Banówki, Dolinę Rohacką, Rakoń… Zmieniło się tyle, że teraz bywam tutaj właśnie od słowackiej, tej dzikiej, mało znanej strony. I choć w Tatrach z roku na rok turystów przybywa a nie ubywa, to są nadal takie miejsca (na Słowacji), gdzie spotkanie człowieka jest czymś wielce wyjątkowym.

Cudna Jałowiecka

Znam tę dolinę już bardzo dobrze, choć to prawie najbardziej oddalony od Zakopanego zakątek Tatr. Dolina Jałowiecka, najpiękniejsza i najdziksza tatrzańska dolina, w jakiej do tej pory byłam, a byłam już prawie we wszystkich – dostępnych szlakami.

Jeszcze żywe są moje przeżycia (i zmęczenie) z wycieczki Doliną Furkotną na Hruby Wierch, ale nie mogę się powstrzymać. To jest jak narkotyk. I to twardy narkotyk. Czujesz jakiś wewnętrzny przymus i musisz to zrobić, bo inaczej wychodzisz z siebie. Góry uzależniają, nawet bardziej niż bieganie i te słynne endorfiny.

Jestem sama, biegnę raz w górę, raz w dół, raz dnem doliny przy samym potoku, raz jej zboczem wąską ścieżką, wzdłuż olbrzymich świerków. Kilka razy przekraczam strumienie, ślizgam się na mokrych skałach. Po 4 km jestem już na rozstaju szlaków, zaraz za mostkiem. Tutaj Dolina Jałowiecka rozgałęzia się na kolejne dolinki, Bobrowiecką do przełęczy Palenica i Parzychwost, która zaprowadzi mnie na Przełęcz Banikowską. To tutaj właśnie wisi tabliczka, żeby uważać, bo to rejon niedźwiedzi.

Sztajcha przez Parzychwost

Robi się stromo i przechodzę do marszu. Skały, mchy, powalone drzewa, buja roślinność i mroczny las. Jest tak dziko, że nie mogę uwierzyć, że są jeszcze takie miejsca w Tatrach, gdzie prędzej można spotkać dzikie zwierzę niż człowieka. Dobiegam do zniszczonej przez rwący potok kładki. W zeszłym roku przebiegłam tutaj bez problemu, ale teraz nie ma szans, żeby przejść suchą stopą. Spędzam trochę czasu na przedzieranie się przez chaszcze, po skałach, mchach i w gąszczu gałęzi, żeby znaleźć wąskie przejście przez strumień. Ale nic z tego. W końcu zdejmuję buty, skarpetki i przechodzę boso, po kolana w lodowatej i rwącej wodzie. Przede mną drugi strumień, więc idę boso po mokrych mchach, liściach i gałęziach. W końcu siadam na wilgotnym i zimnym kamieniu, żeby założyć buty.

Jest dość chłodno, w tej chwili może jakieś 10 stopni. Ale czuję gorąco w stopach. Co za przyjemne uczucie. Uczucie dotknięcia natury.

Idę do góry przez ciemny las. Boję się, że zaraz na mojej drodze stanie niedźwiedź. Pocieszam się, że jeszcze kawałek i ujrzę jasną przestrzeń wielkiej doliny. Na ścieżce dostrzegam ślady, czy to zwierzę, czy może szedł tędy człowiek? W końcu wychodzę ponad granicę lasu, jak jasno! Przede mną czerwono-zielono-żółte zbocza. Piękne kolory jesieni. Ścieżka jest tak wąska i nikła, że nie wiem, czy jeszcze idę znakowanym szlakiem czy już niedźwiedzim. Bujna roślinność zasłania wszystko, wchodzi na szlak, przeszkadza. Nie pamiętam już, ile to razy musiałam przekraczać potok i przechodzić przez pozrywane mostki lub przez wodę. Parę dni temu spadło w Tatrach sporo śniegu i teraz, gdy się ociepliło, topnieje. Tak sobie to tłumaczę.

Niby już nie jestem w lesie, ale w tej gęstej roślinności, w tych chaszczach i kosówkach też przecież mogą kryć się niedźwiedzie. Znowu się boję. Szlak prowadzi stromo niekończącymi się zakosami. Z każdym jednak krokiem i oddechem roślinności jest coraz mniej, coraz więcej przestrzeni, pojawiają się skały. I ludzie! Jacyś turyści schodzą w dół. Widmo spotkania niedźwiedzia znika. Oddycham z ulgą.

To nie jest jeden z tych słonecznych i ciepłych dni, który nie pozwala ci zostać w domu. Jest pochmurno, a im wyżej tym zimniej, na grani może nawet 5 stopni, słońce ledwie przebija się przez szare chmury, a skalną ścieżkę pokrywa śnieg, który potęguje poczucie chłodu.

Wdrapuję się na przełęcz, a na niej całkiem sporo ludzi. Bo kilka(naście) osób to w tych rejonach sporo. Weszli od popularnej Doliny Rohackiej. Mam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą. Co sobie myślą, gdy widzą dziewczynę, samą, ubraną w cienkie ciuchy, pojawiającą się ni stąd ni zowąd od tej nieznanej, bezludnej strony? Nazwa Parzychwost w świadomości większości turystów nie istnieje, tak jak trzy lata temu nie istniała w mojej.

Banówka, Pachoł, Spalona czyli grań Tatr Zachodnich

Na przełęczy jest cieplej i prawie nie wieje. Już nieraz spotkałam się z takim zjawiskiem w Tatrach, że na grani jest cieplej i mniej wietrznie niż w dolinie. Spocona wymagającym podejściem (900 metrów na 3 km od rozstaju szlaków) przebieram się w suche ubrania i wspinam po śniegu, skałach i czarnej ziemi na Banówkę (2178 m).

trasy biegowe, Banówka, grań Tatr Zachodnich

Banówka, grań Tatr Zachodnich

Na szczycie błoga cisza. Gdy wszyscy już znikają w swoich kierunkach, robię zdjęcia. Zza gęstych chmur przebijają się promienie słońca. Uwielbiam tę grę światła. Chmury przesuwają się przez grań, a to osłaniając a to zasłaniając szczyty. Zaraz będę tam biegła, po tej grani schowanej w chmurach. Strach i ekscytacja miesza się w jednym.

Zbiegam z powrotem na przełęcz i wdrapuję stromym stokiem na Pachoła (2167 m). Tutaj grań załamuje się i zmienia kierunek na północny wschód. Przede mną trudne zejście po śliskich skałach z łańcuchami i skalista grań. Bardzo lubię ten szlak. Nie ma zbyt dużej ekspozycji a można poczuć się jak w wysokogórskim terenie, skacząc ze skały na skałę na skalnym grzbiecie. Ze Spalonej Przełęczy (2055)  po kolei przebiegam przez kolejne szczyty – Spaloną (2083), Gankową Kopę (1980) i Salatyńską Kopę (1925). Biegnę a to łatwą, wydeptaną ścieżką, wiodącą łagodnym grzbietem, a to pokonuję skaliste odcinki z ekspozycją i łańcuchami.

Plan A zakłada dobiegnięcie do Małego Salatyna (2047) i zbieg Doliną Głęboką. Ambitniejszy plan B – bieg dalej granią do Brestowej i przełęczy Palenica. Gdy docieram do Małego Salatyna jest już prawie 17 – uroki wyruszania w góry po południu. Salatyn i Brestowa schowane w gęstych chmurach, nie widzę grani. Jest cicho, bezwietrznie i nadzwyczaj ciepło. Od zejścia z Pachoła nie spotkałam ani jednego człowieka, dalej pewnie też nikogo nie spotkam. Bo kto o tej porze wybiera się grań, z perspektywą powrotu po ciemnościach?

trasy biegowe, grań Tatr Zachodnich

Grań Tatr Zachodnich

Będę biegła w chmurach, może nawet spotka mnie zmrok, ale ta przygoda wciąga mnie coraz bardziej. Patrzę w dół na dolinę – szlak ginie gdzie w skałach, patrzę przed siebie – widzę tylko gęste chmury i ledwie zarysy górskiego grzbietu.

Biegnę dalej. Zbieg i strome podejście na Salatyn (2048) mija szybko i sprawnie, kolejny zbieg, znowu strome podejście i już jestem na Brestowej (1903). Chmury w międzyczasie się rozstępują, a za Siwym Wierchem słońce powoli chowa się za grzbietami Gór Choczańskich. Na tę chwilę czekałam. Po to tutaj jestem. Tylko cisza, spokój, przestrzeń i pomarańczowe niebo nad górami.

Za Brestową jeszcze kilka podbiegów – Mała Brestowa (1903), Zuberski Wierch (1753) i już tylko zbieg wąską ścieżką przez gęste kosówki na Palenicę (1570). O jak bardzo chciałabym biec dalej tym grzbietem, na Siwy Wierch i Babki. Ale wiem, że za moment będzie już zupełnie ciemno. Na Palenicy jestem o 18. Za godzinę będzie mrok, a przede mną ponad 10 km zbiegu w trudnym terenie.

Brestowa, grań Tatr Zachodnich

Brestowa

Dolina Bobrowiecka po ciemnicy

Gdy zbiegam do Doliny Bobrowieckiej przez podmokłą łąkę już zmierzcha. Gubię szlak, który zanika w trawach. Znowu powraca strach. Przecież tej doliny prawie nikt nie zna, znikoma ścieżka zdradza, jak rzadko chodzi tędy człowiek. Znowu boję się, że wypłoszę schowanego gdzieś w chaszczach niedźwiedzia. Zaraz wbiegnę w ciemny las. Już, już jestem w lesie, biegnę w dół, ale nie mogę przyspieszyć, wydaje mi się, że człapię, potykam się o kamienie, ślizgam na mokrej ziemi, biegnę strumieniem, który płynie przez środek ścieżki, nadziewam się na gałąź, która zagradza szlak, prawie nic już nie widzę, moment nieuwagi i lecę do przodu, lądując na rękach. Tu jest przecudnie w ciągu dnia, ale po zmroku to zdecydowanie nie jest najlepsze miejsce do biegania. Włączam latarkę w telefonie, ale niewiele pomaga. Czekam tylko na moment, kiedy zobaczę przed sobą świecące, dzikie oczy, choć to spotkanie najmniej mi się teraz marzy. Marzę o tym, żeby już znaleźć się w innym miejscu.

Wreszcie dobiegam do skrzyżowania szlaków Doliny Bobrowieckiej 1V0-603 z Jałowiecką. Oddycham z ulgą, bo Dolina Jałowiecka jest mi bardziej znajoma. Ale ta świadomość nic nie daje, jak nie widzisz, co masz pod nogami. Biegnę na oślep przez korzenie, skały, strumienie i czarny las. Szum strumienia zagłusza wszystkie dźwięki. Nie słyszę własnych kroków. Nie słyszę dźwięków lasu. Nic nie widzę, nic nie szłyszę, a to tylko podcysa moją wyobraźnię. Wyobrażam sobie, że tuż obok czają się dzikie zwierzęta, że pewnie chcą zejść do strumienia w poszukiwaniu wody i jedzenia. Jeszcze dwa kilometry i wbiegnę na szeroką ścieżkę a potem szutrową drogę. Odliczam minuty, byle szybciej do szerokiej, ludzkiej drogi.

Już jestem w komfortowym terenie, jeśli tak można nazwać znajdowanie się samej w ciemnym lesie u podnóża Tatr. Zaraz zobaczę światła domków letniskowych. Po dwóch kilometrach 1Z0-804 przyjemnego biegu, po godzinie 19, otoczona ciemną nocą docieram do samochodu na parkingu w Jałowcu. Przebiegłam 26 km i 2000 m w pionie, w tym 8 km granią.

A tak było tydzień później, przy nieco innej pogodzie 😉

Grań Tatr Zachodnich, Pachoł z Banówki

Pachoł ze szczytu Banówki. Foto. Jacek Frąckowiak

Grań Tatr Zachodnich i Salatyn

Grań wiodąca na Salatyn. Foto. Jacek Frąckowiak


Polecam również

]]>
https://biegamwgorach.pl/parzychwost-gran-tatr-zachodnich/feed/ 10
Memoriał Józefa Psotki – lubię się nie ścigać https://biegamwgorach.pl/memorial-jozefa-psotki/ https://biegamwgorach.pl/memorial-jozefa-psotki/#respond Fri, 20 Oct 2017 12:00:42 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6986
XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Rohatka

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Rohatka

Dlaczego tak bardzo mi się spodobało? Bo piękne, jesienne i zarazem ośnieżone Tatry? Serdeczna atmosfera i przemili ludzie? Bo było fajnie ściganie? Bo właściwie nie było ścigania?

Było ściganie i nieściganie. Lubię się ścigać. Ale jeszcze bardziej lubię się nie ścigać, po prostu być w górach. Kocham przygody, lubię się bać i czuć się odważna, pokonywać wyzwania i trudności. Uwielbiam przestrzeń. Nieskończenie piękną przestrzeń. Przestrzeń, w której mogę iść szybko albo wolno, mogę dawać z siebie wszystko albo spokojnie pokonywać skalne trudności, w której jestem zupełnie sama i boję się dzikich zwierząt, albo jestem z ludźmi, takimi jak ja.

Dlatego pokochałam te zawody.

Zapisałam się po tygodniowym przeziębieniu. Przez dwa tygodnie zrobiłam dwa treningi. Tydzień przed – krótki mocny cross i dwa dni przed – 6 km i przebieżki. To nie było mądre, ale nie mogłam nie wystartować. Od trzech lat chciałam tutaj pobiec, ale zawsze coś wypadało. A takiej pogody w Tatrach dawno nie było w październiku.

Jak wiadomo bieganie pod górę nie jest moją specjalnością, a w tym roku mój trening w ogóle jest słaby. A na tych zawodach czas liczy się tylko pod górę. W sumie 20 km i 2000 m w pionie. Są dwie czasówki wliczane do wyników: z Tatrzańskiej Łomnicy na Polski Grzebień (16 km i 1700 m) i ze Zbójnickiej Chaty na Czerwoną Ławkę (3 km i 350 m). Cała trasa ma 36 km i ok 2500 m przewyższenia i trzeba się zmieścić w limicie 8 godzin i 15 minut. To dużo. Bardzo dużo. Ale biorąc pod uwagę odpoczynki między czasówkami, trudne warunki na zejściach z przełęczy, jak się okazało, wcale nie wracałam z drugiej mety spacerkiem.

Start o godzinie 9 z Tatrzańskiej Łomnicy. Warto wiedzieć, że „prezentacja” to nie nasza odprawa, czy inne spotkanie organizacyjne ale wydawanie numerów! Prezentacja zaczynała się o 7 i chwała Bogu, że odpuściłam. Byłam w Łomnicy jakoś po 8. W ogóle super miejsce na organizację zawodów. Biuro zawodów mieści się w pensjonacie Tenis Centrum z wielką halą tenisową i świetnym zapleczem hotelowym. Zostałam na noc po biegu.

Rano jest dość zimno, ok 7 stopni, a w ciągu dnia ma grzać słońce. Decyduję się jednak pobiec w długich legginsach i bluzce z długim rękawem. Do plecaka zabieram wymaganą wiatrówkę, raczki, rękawiczki i dodatkową opaskę na głowę. Jedzenie, ile wziąć żeli? Zabieram 4 – tylko na pierwszą czasówkę (nie wiem jakim cudem wzięłam jednak 3…) Grzebię się strasznie z tym szykowaniem, przypinaniem numeru, dziwnego chipa zakładanego na palec (nie wiem, co z nim zrobić) i w efekcie nie robię porządnej rozgrzewki, tylko 500 m, żadnych rytmów.

Start

Lecę jakbym biegła szybką, płaską piątkę, a nie 16 km pod górę. Wiem, że będę mieć czas w granicach 2:15. Biegłam w sierpniu mocno na Rysy, a tu jest ciut dłużej i więcej przewyższenia. To po jaką cholerę cisnę tak mocno? Tętno progowe jak nic! Zakwaszam się. I czuję się jakoś słabo. Gdy robi się bardzo stromo przechodzę do marszu, żeby uspokoić tętno. Po ok. 1 km wyprzedzają mnie jedna po drugiej dwie dziewczyny. Biegną tak lekko! Po jakimś czasie wyprzedza mnie jeszcze jedna skialpinistka, ale mam ją długo w zasięgu wzroku.

Bo wiecie, w tym biegu startują mocni słowaccy skialpiniści. Latem trenują pod sezon zimowy i zasuwają pod górę jak rakiety. A ja czuję na stromych podejściach jakąś dziwną niemoc. Na lekkich podbiegach i nielicznych płaskich odcinkach biegnie mi się za to super. Dziwne, bo przecież nie trenowałam prawie wcale szybkości, ale nie trenowałam też dynamicznych podbiegów. Szybko do mnie dociera, jestem zaczłapana tymi długimi wyrypami, nie mam dynamiki na podejściach.

Za Rainerową Chatą

jest wypłaszczenie, potem podbieg i kawałek zbiegu do Śląskiego Domu. Odcina mnie. Teren jest trudny, niby w dół, ale pod nogami nierówne głazy, z boku przeszkadza kłująca kosówka, kręta ścieżka, nie mogę złapać rytmu. Zaczyna mnie mdlić i kręci mi się w głowie. Muszę przejść co marszu. Na zbiegu! Kończą mi się żele. Wzięłam tylko 3 żele na ponad 2 godziny biegu. Może na punkcie pod Śląskim Domem coś będzie? Ale nic z tego. Doczłapałam jakoś, a tam tylko herbata. Tylko i aż. Słodka herbata! Zatrzymuję się na jakieś 2 minuty. Nie mogę oderwać się od tej herbaty, piję i piję, kubek za kubkiem. Napełniam flask i pokrzepiona biegnę dalej.

Jeszcze ok 3 km i 550 m przewyższenia. Siły po tej herbacie trochę mi wrócają i lecę na maksa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle dałam z siebie na zawodach. Nogi już się pode mną uginają, a ja nie chcę się poddać. Dostrzegam przed sobą różową postać z białym plecakiem. Chcę ją dogonić, choć wiem, że to niemożliwe. Ale przynajmniej zniweluję do minimum stratę, żeby mieć szansę na trzecie miejsce po drugiej czasówce. Ten odcinek trasy znam dobrze, byłam tu w czerwcu z Forkiem. Dość wygodny, kamienny chodnik pod górę, im wyżej tym stromiej. A wyżej sporo śniegu. Już nie ma mowy o podbieganiu. Łapię się rękami śniegu i skał, dyszę jak lokomotywa. Na szczęście meta jest wcześniej, poniżej przełęczy.

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie

Meta 1 czasówki pod Polskim Grzebieniem

Polski Grzebień

Dobiegam i rzucam się na jedzenie! O niczym innym teraz nie marzę! Do wyboru chleb z nutellą, chleb ze smalcem, batony i herbata. Piję dużo herbaty. Odpoczywam tutaj grubo powyżej 15 minut. Ale robi mi się zimno, trzeba ruszać dalej. Zabieram dwa batony na drogę i wkładam raczki – obowiązkowe na tym odcinku.

Jest cudnie! Teraz mam czas napawać się widokami, które przecież doskonale znam. Ale za każdym razem jest inaczej. Inaczej pada słońce na szare skały, są inne chmury, jest spokojnie albo szaleje wiatr, słonecznie albo ponuro, mniej lub więcej śniegu. Są inni ludzie. Dolina Białej Wody wygląda przepięknie, szlak na Polski Grzebień od północnej strony w ogóle nieprzedeptany. Marzy mi się, żeby go przedeptać, może za tydzień? Zejście z Polskiego Grzebienia śliskie i niebezpieczne, ubezpieczone na czas zawodów dodatkową liną. Oj, ciężko by tu było bez raczków! A ja się krzywiłam, że każą nam je zabrać.

Zupełnie zapominam, że po przejściu przez Rohatkę do Zbójnickiej Chaty znowu trzeba będzie dać z siebie wszystko i maksymalnie się wysilić. To trudne zawody. Ale właśnie dlatego są tak ekscytujące!

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Dolina Białej Wody

Z Polskiego Grzebienia na Rohatkę – Dolina Białej Wody

Szlak na Rohatkę

jest za to dobrze przedeptany. Fajnie się wchodzi po śniegu. Dużo łatwiej niż latem po klamrach i skale. Na przełęczy wesoła ekipa gości z Horskiej Służby, którzy zabezpieczają trasę. Jeden z nich częstuje mnie „dopingiem” i wciska do ręki piersiówkę. Serdeczna atmosfera, biegacze wyluzowani, przecież tutaj się nie ścigamy.

Na zejściu znowu przydają się raczki i lina też jest tutaj na miejscu. Północna, chłodna strona Doliny Staroleśnej. Pamiętam, gdy byłam tu kiedyś pod koniec sierpnia i też było zimno. Dopiero gdy wyszłam na przełęcz ogrzały mnie promienie słońca. Zbiegam w raczkach prawie do samej Zbójnickiej Chaty, tyle lodu na szlaku. Tutaj jedni szykują się na kolejny start, inni leżą i odpoczywają, rozmawiają. Widać, że sporo osób świetnie się zna.

Można wystartować o dowolnym czasie, byle zdążyć przed 13:45. Znowu ciepła, słodka herbata. Nigdy herbata nie smakuje tak dobrze jak w górach! Odpoczywam ponad pół godziny, ale nie dłużej. Dłużej nie ma już sensu. Czuję, że słabnę i się wychładzam. Czas na kolejny wycisk! Ruszam.

Na Czerwoną Ławkę

Daję z siebie absolutnego maksa, choć ciężko mówić o jakiejś zawrotnej szybkości. Na szlaku sporo śniegu, miejscami stromo. I po prostu nie mam już sił, ale chcę nadrobić stratę z pierwszej czasówki. Tylko to teraz się liczy, czas, jak najszybciej do celu. Wyprzedzam dwóch biegaczy, którzy wystartowali przede mną, ktoś inny mnie dogania. Dziwnie się biegnie, gdy nie widzę zawodniczek, z którymi się ścigam. Walczę z nimi wirtualnie. A w zasadzie to nie z nimi, tylko z sobą, dystansem i czasem. Daję z siebie wszystko i jeszcze więcej. Już nie mogę, opadam z sił. Szlak miejscami zanika w niekończącej się przestrzeni szarych skał i śniegu, ciężko się zorientować, którędy biec. Jest, widzę metę, czerwone chorągiewki! Znowu trochę poniżej przełęczy. Co za ulga! Dobiegam, upadam na śniegu. Stopuję zegarek, po niecałych 35 minutach. Czas znowu się zatrzymuje. Łapię oddech, jak ryba wyciągnięta z wody. Ale jestem u siebie. W przecudnym miejscu. Oślepia mnie słońce. Widzę piękną, biało-szarą dolinę i ostre, czarne krawędzie szczytów, jakby wycięte na niebieskim niebie.

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Dolina Staroleśna

Meta 2 czasówki, pod Czerwoną Ławką, Dolina Staroleśna

Tutaj znowu świetna atmosfera, nie chce się stąd ruszać. Ale coś mi podpowiada, żeby już iść. Dobra decyzja, bo zejście z Czerwonej Ławki jest o wiele trudniejsze niż w moich najśmielszych wyobrażeniach. Stromo, oblodzone skały. Lodowane łańcuchy, przez które już prawie nie czuję dłoni. Przydałaby się uprząż i raki. Naprawdę to mówię – zwolenniczka stylu light and fast. Boję się, że puszczę łańcucha i sturlam się w dół po skałach i śniegu. Naprawdę się boję. Gdyby nie ci wszyscy ludzie, biegacze, którzy schodzą razem ze mną, spanikowałabym. Nie pamiętam, ile trwa to zejście, może pół godziny? Nie mogę uwierzyć, że latem zajmuje ono kilka minut. Wreszcie koniec łańcuchów, co za ulga, udało się, jestem szczęśliwa! Jest tu jeszcze dodatkowa poręczówka, ale już można zbiegać. Naprawdę super zabezpieczone zawody.

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Czerwona Ławka

Czerwona Ławka

Jeszcze tylko zbieg po śniegu do Chaty Téryho, a potem 12 km i 1300 metrów w dół do Tatrzańskiej Łomnicy. Fajnie się biegnie, już bez żadnej spiny. Ludzie biegną C2150-508 grupkami, towarzysko. Nikt już nie myśli o ściganiu.

Dopiero przed dekoracją dowiaduję się, że jestem czwarta. Nie udało się nadrobić czasu na drugiej czasówce, choć strata była niewielka.

Ale jakie to ma w ogóle znaczenie, czy byłam pierwsza, czwarta, czy dziesiąta? Czy przed śmiercią ktoś będzie mnie rozliczał z zajętych miejsc i uzyskanych czasów? Czy będę raczej wspominać to, gdzie byłam i co przeżyłam? Bo czy bycie pierwszą jest bardziej wartościowe od bycia ostatnią? Lubię się ścigać, ale jeszcze bardziej lubię się nie-ścigać. I takie były te zawody. Kolejny, cudowny dzień w górach! To co kocham najbardziej! 

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, pod Polskim Grzebieniem, Foto. Martin Bartoň XXXIII Memoriał Józefa Psotki, pod Polskim Grzebieniem XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Rohatka XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Dolina Staroleśna XXXIII Memoriał Józefa Psotki, pod Polskim Grzebieniem, Foto.

Przeczytaj również

]]>
https://biegamwgorach.pl/memorial-jozefa-psotki/feed/ 0
Ekstremalne zawody w Tatrach. XXXIII Memoriał Józefa Psotki https://biegamwgorach.pl/ekstremalne-zawody-w-tatrach-xxxiii-memorial-jozefa-psotki/ https://biegamwgorach.pl/ekstremalne-zawody-w-tatrach-xxxiii-memorial-jozefa-psotki/#respond Thu, 12 Oct 2017 11:38:01 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6924
Ekstremalne zawody w Tatrach. XXXIII Memoriał Józefa Psotki

Rohatka, Tatry Wysokie

Poluję na te zawody od trzech lat. W 2014 wyjechałam w Alpy, w 2015 była dupówa i trasa została skrócona, w 2016 też była dupówa i wyjechałam na wspinanie do cieplejszych miejsc. Teraz wreszcie jest piękna, słoneczna pogoda. Weekend zapowiada się ciepły, 15 stopni w Tatrzańskiej Łomnicy, 8 na wysokości 2000 m. W wyższych partiach śnieg. Zawody odbędą się na pełnej trasie. Będzie zabawa!

Dlatego spontaniczna zmiana planów. Nie taplam się w błocie na Łemkowynie, tylko walczę ze śniegiem w Tatrach!

Memoriał Józefa Psotki to zawody ekstremalne, w Tatrach Wysokich i trudnych warunkach. Rozgrywane są zawsze w połowie października, kiedy w Tatrach z reguły jest już śnieg, od 33 lat. Do wyboru są dwie trasy, Extreme i Basic.

Trasa wersji Extreme

Tatrzańska Łomnica – Rainerowa Chata – Hrebienok – Śląski Dom (1665 m) – Polski Grzebień (2200 m) – Rohatka (2228 m) – Zbójnicka Chata (1960 m) – Czerwona Ławka (2352 m) – Chata Téryego (2015 m) – Chata Zamkowskiego (1475 m) – Rainerowa Chata – Tatrzańska Łomnica.

Trasa nie będzie oznakowana (takie są zasady na terenie TANAP’u).

Nasz Bieg Marduły to przy tym bułka z masłem, a nawet mały skrawek śniegu na Przełęczy Świnickiej skłania organizatorów do rokrocznej zmiany trasy.

Formuła biegu jest nietypowa

Czas liczony jest tylko na dwóch odcinkach pod górę:

  • Tatrzańska Łomnica – Polski Grzebień – 16 km, +1700/-350 m
  • Zbójnicka Chata – Czerwona Ławka – 3 km, +460 m

Trzeba się też zmieścić w limitach: 3 godziny na Polskim Grzebieniu, 4 godziny i 45 minut przy Zbójnickiej Chacie (start drugiej czasówki), a całość – 8 godzin i 15 minut. Co oznacza, że na drugi odcinek 17 km, +650/-1750 m – jest 3 i pół godziny. Trzeba więc biec, a nie iść spokojnie do mety.

W obowiązkowym wyposażeniu są m.in. raczki o długości kolców minimum 10 mm.

Można też wybrać wersję Basic – 19 km i ok 900 m przewyższania z Tatrzańskiej Łomnicy na Hrebienok.

W zawodach swój akcent zostawiają nasi najlepsi górale. Bieg w wersji Extreme w 2015 roku wygrał Paweł Krawczyk, w 2014 trzeci był Marcin Świerc. Anna Figura wygrywała dwa razy (2014 i 2010), w 2012 była czwarta wśród kobiet. Jacek Żebracki wygrał w 2010, a w 2012 był drugi, Szymon Sawicki w 2012 zajął ósme miejsce. Niestety nie mogę znaleźć wyników z poprzednich 20 edycji.

W tym roku oprócz mnie, na liście jest Szymon Sawicki.

Józef Psotka

był jednym z najwybitniejszych himalaistów Słowackich. Dokonał pierwszych czechosłowackich wejść bez użycia tlenu na Kanczendzongę i Mount Everest. Zginął 16 października 1984 roku podczas schodzenia z Everestu.

Polski Grzebień, Tatry Wysokie, Słowacja, trening w Tatrach

Polski Grzebień, Tatry Wysokie. Fot. Jacek Frąckowiak

]]>
https://biegamwgorach.pl/ekstremalne-zawody-w-tatrach-xxxiii-memorial-jozefa-psotki/feed/ 0