biegi górskie – BIEGAM W GÓRACH https://biegamwgorach.pl treningi w Tatrach, bieganie w górach i w terenie, biegi górskie, obozy biegowe w górach, Sun, 29 Sep 2019 17:04:17 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.6.4 Altra LONE PEAK 4.0 – recenzja https://biegamwgorach.pl/altra-lone-peak-4-0-recenzja/ https://biegamwgorach.pl/altra-lone-peak-4-0-recenzja/#comments Sat, 28 Sep 2019 14:23:20 +0000 https://biegamwgorach.pl/?p=8456 Te buty bardzo mnie zaskoczyły. Wygoda od pierwszego włożenia, miękka podeszwa, lekka i dobrze dopasowana cholewka, dobre trzymanie stopy. Jeśli chodzi o tę ostatnią cechę, duża poprawa na plus w porównaniu do poprzedniego modelu Lone Peak 3.5.

Testowałam je w naprawdę trudnych, tatrzańskich warunkach – błoto, śnieg, lód, śliskie i mokre skały, techniczny teren – i w zasadzie nie mogę się do niczego przyczepić.

Altra Lone Peak 4.0 damskie
Altra Lone Peak 4.0 damskie

Wygoda

Podobnie jak poprzedni model Lone Peak 3.5 są to buty bardzo wygodne. Miękkie i szerokie w przedniej części stopy, co sprawia, że nic nas nie uciska. To duży plus dla osób z szerszymi stopami, halluxami czy po prostu, jeśli nie lubimy ścisku w palcach.

Różnica w stosunku do Lone Peak 3.5 to zdecydowanie lepsze dopasowanie w śródstopiu, co zapewnia świetną stabilizację. But ma budowę dedykowaną do anatomii damskiej stopy (technologia Fit4Her). Wkładka jest lekka i bardzo wygodna, dopasowana do kształtu stopy.

Cholewka w środku jest miękka i przyjemna w dotyku, nie obciera, nie uciska, doskonale dopasowuje się do stopy, co sprawia, że po włożeniu buta prawie się go nie czuje.

Gruba (25 mm) i miękka podeszwa daje uczucie dodatkowej wygody i lekkości każdego kroku.

Altra Lone Peak 4.0 damskie - recenzja

Podeszwa i drop

Główną cechą wyróżniającą Altra Lone Peak to gruba podeszwa – 25 mm. Zapewnia to świetną amortyzację i wygodę. Doskonale biega się po drobnych, ostrych kamieniach i nierównych skałach. Z drugiej strony podeszwa wykonana jest z miękkiej, ale trwałej gumy, dzięki czemu doskonale czuć podłoże. Dzięki swojej miękkości podeszwa dopasowuje się do podłoża, co zapewnia naprawdę dobrą przyczepność. Biegałam po mokrych skałach i ani razu w tym bucie się nie pośliznęłam w jakiś niebezpieczny sposób.

Drugą główną cechą tych butów do zerowy drop, co wymusza bieganie na śródstopiu lub całej stopie zamiast na pięcie. W górach to dla mnie ważna właściwość. Stając na pięcie łatwiej stracić równowagę podczas zbiegu w technicznym terenie. Prawidłowa technika w takim terenie, to właśnie zbieganie na śródstopiu, a ten but taką technikę wymusza.

Altra Lone Peak 4.0 damskie

Bieżnik

Bieżnik w nowej wersji Lone Peak został zmieniony w stosunku do modelu 3.5. Ma większe i szerzej rozstawione kosteczki. Większa powierzchnia kosteczek sprawia, że but ma bardzo dobrą przyczepność na skale.

Na chropowatej (mokrej lub suchej) i gładkiej (wyślizganej) suchej skale but trzyma bardzo dobrze. Gorzej jest na mokrej, gładkiej skale, ale tutaj chyba jeszcze nie wymyślono odpowiedniej podeszwy. Z reguły będziemy się na takiej skale ślizgać. Przed upadkiem ratuje dobra technika – drobimy małe kroczki na przedniej części stopy lub wręcz na palcach i balansujemy ramionami. Umożliwia to szybką reakcję ciała w razie poślizgnięcia i koordynację chroniącą przed upadkiem.

Wracając do bieżnika, szerzej rozstawiony, bardziej agresywny bieżnik zapewnia również bardzo dobre trzymanie na błocie, drobnych kamyczkach, piargach, żwirze czy śniegu.

Podsumowując, bieżnik (kosteczki w systemie TrailClaw) w połączeniu z grubą, miękką podeszwą (wytrzymała guma MaxTrac) daje naprawdę doskonałą przyczepność w trudnym, technicznym terenie. Jak już pisałam wcześniej, w tych butach doskonale biega mi się po Tatrach, zarówno w suchych jak i mokrych warunkach.

Altra Lone Peak 4.0 damskie - recenzja

Cholewka

Cholewka również została ulepszona w stosunku do Lone Peak 3.5. Jest przewiewna i lekka, ale równocześnie wytrzymała. Zewnętrzna warstwa wykonana jest z lekkiej tkaniny balistycznej, odpornej na uszkodzenia, przetarcia czy przebicia. Ma dodatkowe wzmocnienia po bokach i z przodu stopy, co zapewnia dodatkową trwałość w technicznym terenie. Z drugiej strony jest przewiewna, oddycha i posiada system odprowadzania wody.

But nie jest tak rozciągliwy jak w modelu 3.5 i jak już wspominałam – jest bardzo dobrze dopasowany do stopy i dobrze ją stabilizuje w środkowej części. Dzięki temu nadaje się na trudny, techniczny teren, gdzie stopa pracuje w różnych kierunkach i konieczna jest precyzja ruchów. Boczne wzmocnienia w cholewce dodatkowo stabilizują stopę.

Nie zauważyłam tego, co w modelu Lone Peak 3.5., że podczas zbiegania stopa przemieszczała się i jakby spadała z podeszwy. Zarówno podczas technicznych zbiegów jak i podejść w technicznym terenie, stopa jest bardzo dobrze ustabilizowana, co zapewnia pewność każdego kroku.

Altra Lone Peak 4.0 damskie

Dodatkowo cholewka posiada zintegrowany język, który nie przemieszcza się w biegu i zapobiega wpadaniu żwiru czy drobnych kamyczków do środka.

Waga, rozmiar i kolor

Altra Lone Peak 4.0 są bardzo lekkie, jak na swoją wszechstronność i wytrzymałość.

Waga rozmiaru 40 (EU) to tylko 258 gram.

But ma zaniżoną rozmiarówkę. Przy mojej długości stopy 25,5 – 26 cm wybrałam rozmiar 40 (EU). Z reguły noszę 41 lub nawet większe – 41 1/2 (3/4).

Wersja damska dostępna jest w kolorze szaro-różowym i szaro-turkusowym. Męskie modle mają kolory: niebieski, czarno-czerwony, szaro-pomarańczowy i szaro-żółty.

Altra Lone Peak 4.0 damskie - recenzja

Podsumowanie i cena

Altra Lone Peak 4.0 to lekkie, wygodne buty, których prawie nie czyje się po założeniu.

Są bardzo wszechstronne: świetnie sprawdzają się w błotnistym terenie, leśnych ścieżkach i górskich, bardzo technicznych szlakach. Sprawdzają się w warunkach suchych i mokrych. Mają świetną przyczepność na technicznym podłożu (dobry bieżnik i miękka podeszwa). Nadają się zarówno na długie biegi ultra (wygoda, przewiewność i trwałość cholewki) jak i krótkie, szybkie treningi (lekkość i dopasowanie do stopy). Dzięki grubej, miękkiej podeszwie i dobrej stabilizacji stopy świetnie zbiega się w nich na górskich szlakach.

Zerowy drop wymusza lądowanie na śródstopiu, co sprawdza się w górskim terenie.

Muszę przyznać, że to jedne z najwygodniejszych butów, w których biegałam. To buty, które mogę z czystym sumieniem polecić na biegi trailowe i górskie dla osób, które cenią sobie wygodę i dobrą amortyzację przy zerowym dropie.

Tak naprawdę posiadają jeden minus, jakim jest cena – trzeba na nie wydać 599 zł. Ale mam nadzieję, że wydatek zwróci się w zadowoleniu z biegania 🙂

Altra Lone Peak 4.0 damskie - recenzja
]]>
https://biegamwgorach.pl/altra-lone-peak-4-0-recenzja/feed/ 3
Sława przeminie, a góry zostaną! https://biegamwgorach.pl/slawa-przeminie-a-gory-zostana/ https://biegamwgorach.pl/slawa-przeminie-a-gory-zostana/#comments Wed, 24 Oct 2018 09:24:36 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8220 czyste Tatry, czyste góry

Ostatnio w internetach zawrzało po kontrowersyjnej decyzji organizatorów Łemkowyna, którzy odebrali Edycie Lewandowskiej tytuł Mistrzyni Polski w biegu górskim na dystansie ultra za… śmiecenie na trasie.

Z zaciekawieniem czytałam tłumaczenie i oświadczenia Edyty na FB i komentarze do nich. Większość zgodzi się ze mną. Nie lubimy śmieci w górach i nie powinniśmy ich tam zostawiać. Wielu jednak krytykowało decyzję o dyskwalifikacji, w tym sama zawodniczka. Że zbyt surowa kara, że nie ma odwołania, że powinna być kara czasowa, finansowa, albo w ogóle żadna – bo śmiecenie nie ma wpływu na wynik, bo wiele innych osób śmieciło, a nie zostało ukaranych.

Subiektywnie, gdybym była w takiej sytuacji, czyli najlepsza, wolałabym zostać zdyskwalifikowana niż spaść na 3 czy 4 miejsce, do czego sprowadzałaby się kara czasowa. Chciałabym schować się pod ziemię ze wstydu, zniknąć z wyników zawodów.

Czytam regulaminy biegów górskich w Polsce i zagranicą, w których biorę udział i prawie wszędzie za śmiecenie grozi dyskwalifikacja (z reguły obligatoryjna) i jest jasno napisane, gdzie można zostawić opakowania po żelach i batonach.

Udział w biegach nie jest obowiązkowy. Dobrowolnie zapisujemy się i dobrowolnie akceptujemy zasady ustalone przez organizatora. Jeśli przeszkadza mi, że za śmiecenie jest dyskwalifikacja, to nie muszę biec w takiej imprezie. Mogę wybrać biegi, gdzie śmiecenie nie jest zabronione lub tak surowo karane. A jeśli zaakceptowałam jakieś reguły, to muszę przyjąć z pokorą konsekwencje naruszenia ich. Trochę śmieszyły mnie też opinie, że to były tylko dwa opakowania, albo nie miało to wpływu na wynik. Jeśli wyrzucanie opakowań po żelach nie ma wpływu na wynik, to jaki jest problem, żeby dodźwigać je do mety? Widocznie ważą zbyt wiele.

Serio? Co ma piernik do wiatraka. Za brak folii NRC, gwizdka czy innego wyposażenia też na większości biegów górskich jest dyskwalifikacja, a nie ma to żadnego związku z wynikiem. Jeden nasz biegacz został zdyskwalifikowany w biegu zagranicznym za brak dowodu. Stracił drugie miejsce. Przecież taka a nie inna kara jest wyrazem tego, jaką wagę do problemu przywiązuje organizator (lub park narodowy, w którym jest bieg).

No to słuszna była ta dyskwalifikacja czy nie?

To jasny przekaz. Śmieceniu w górach i lasach mówimy stanowcze NIE. Nie ma miejsca w górach dla ludzi, którzy mają problem ze schowaniem opakowania po żelu do kieszeni. I tym bardziej dyskwalifikacja dla elity. Bo gdyby chodziło o 357 biegacza, to nikt by nawet nie dowiedział się o takiej sytuacji. Zgadzam się z Dominiką Stelmach, że Edyta została trochę kozłem ofiarnym. Ale zaraz. Patrzymy na najlepszych, w jakich biegają butach, zegarkach, jakie jedzą żele. Elita chcąc czy nie chcąc jest przykładem dla innych.

Współczuję Edycie i nie zazdroszczę tej sytuacji, a szczególnie hejtu, który się na nią wylał. Ale… wstydzę się za ludzi, którzy śmiecą w górach. Gdy widzę papierki po batonach, puszki, butelki, zasmarkane chusteczki czy podpaski przy szlaku to wstyd mi za tych, którzy je tam zostawili. I biję się w piersi, że widząc cudze śmieci, nie zawsze chce mi się je podnieść. Wstydzę się, że nie podniosłam śmieci na zawodach, które biegacze zostawiali przede mną. Niech ta dyskwalifikacja nas wszystkich czegoś nauczy. Bo cholerka, tych śmieci w górach jest za dużo!

Szacun dla organizatorów Łemko. Wreszcie zostało powiedziane głośno i dobitnie: NIE dla śmiecenia na trasie. Bez tłumaczeń i bez odwołania! Są ważniejsze wartości niż tytuły, wyniki, medale i walka o najwyższe sportowe cele. O naszych wynikach zapomną, sława przeminie, a góry zostaną!

czyste Zakopane, czyste Tatry, biegaczka, nie śmiecimy

]]>
https://biegamwgorach.pl/slawa-przeminie-a-gory-zostana/feed/ 4
Aladağlar Sky Trail – górale z nizin na wysokościach https://biegamwgorach.pl/aladaglar-sky-trail/ https://biegamwgorach.pl/aladaglar-sky-trail/#respond Fri, 27 Jul 2018 09:18:20 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=7820 Aladaglar Sky Trail to 46 km, prawie 4000 m przewyższania, połowa biegu na wysokości 3000-3700 m, na sam początek ponad dwa tysiące metrów podejścia na najwyższy punkt trasy 3723 m, gorąco, skaliste podejścia, piarżyste zbiegi w tureckich górach Antytaurus (turecka nazwa Aladağlar). Punkty w skali „mountain level” według ITRA – 14! Nasz najtrudniejszy bieg – Ultra Granią Tatr ma dla porównania 8 punktów. Jedna kompletna niewiadoma, jak będzie wyglądać trasa i jak mój organizm zareaguje na wysiłek na takiej wysokości.

Bardziej od wysokości boję się jednak czego innego. Po moich ostatnich doświadczeniach wiem, że źle znoszę bieganie w upałach. W Demirkazik, tam gdzie będziemy mieć bazę i start biegu na wysokości 1600 m jest obecnie ok 30 stopni i lampa. Start biegu jest o 4:30 i będzie tylko wyżej. Ale na najwyższym punkcie trasy 3700 jest obecnie 16-17 stopni! Czyli na 3000 m jakieś 20. Chłodno na tym biegu nie będzie.

Aladağlar Sky Trail 2016

Fot. Arzu & Derya Duman, Aladağlar Sky Trail 2016

Zawody to nie wszystko

Jak to ja, nie lubię tak po prostu lecieć na drugi koniec świata na zawody. Postanowiliśmy z Kamilem (bo z nim jadę) poznać trochę okolicę i przy okazji, zaaklimatyzować się – i do wysokości i do upałów. W poniedziałek lądujemy w Kayseri w 35-stopniowym upale! Na wysokości ponad 1000 metrów.

Zanim dotrzemy do naszej docelowej miejscowości Demirkazik, położonej na wysokości 1600 metrów wioski u podnóża gór Antytaurus, wchodzimy o nieczynny wulkan Erciyes Daği, 3917 m. Nie będzie to zwykła biegowa wycieczka, bo po pierwsze nie znamy terenu, a tam nie ma żadnego szlaku turystycznego, po drugie końcówka podejścia jest raczej wspinaczkowa i zabieramy linę, uprzęże, karabinki i pętle. Ostatnie kilkanaście metrów podejścia to trudności wspinaczkowe III-IV UIAA.

Jak już się pobawimy we wspinaczkę, jedziemy busami do Demirkazik. Ale nie lądujemy w hotelu czy nawet w pensjonacie! Bierzemy plecaki, namioty, butle z gazem, zapasy jedzenia i ruszamy w góry! Gdzie dokładnie, jeszcze nie wiemy, ale gdzieś wyżej na ok. 2000 m jest dzikie pole namiotowe z dostępem do wody. To będzie nasza baza wypadowa do kolejnych wycieczek. Chcemy uderzyć na:

  • Demirkazık, 3756 m – najwyższy a według nowszych pomiarów drugi szczyt pasma Aladağlar, wejdziemy tam trasą zawodów, w kopule szczytowej trudności ok. III UIAA, zabieramy więc sprzęt wspinaczkowy
  • Kızılkaya, 3771 m – według nowszych pomiarów najwyższy szczyt pasma. Idziemy najpierw robiąc rekonesans trasy biegu w kierunku przełęczy Çelikbuyduran (3362 m), stamtąd bieg prowadzi na Emler (3723 m) – trzeci szczyt pasma, a my po skałach wejdziemy na Kızılkaya, trudności ok. III UIAA
  • Jak starczy nam czasu może wejdziemy jeszcze na Emler 3723 m.

Przed biegiem wracamy na „niziny”, czyli do bazy zawodów w Demirkazik. Sam bieg to będzie tylko wisienka na torcie całego wyjazdu i wszystkich przygód, jakie czekają na nas w tych dzikich i obcych górach.

Bądźcie czujni, bo przed biegiem wrzucam na mojego fanpage’a konkurs! Start 11 sierpnia.

Aladağlar Sky Trail 2016

Fot. Aladağlar Sky Trail 2016

Co zabieram na dwa tygodnie górskich przygód

Może jesteście ciekawi, co spakowałam na dwa tygodnie łażenia po górach, biwakowania i zawody do 55-litrowego plecaka!

  • na biwak: namiot, mata do spania, śpiwór, składany kubek, ręcznik
  • w góry: uprząż, kijki składane karbonowe, kask, czołówka (linę i karabinki bierze Kamil)
  • buty: Adidas Terrex Agravic, Agravic Speed, sandały Merrel
  • kurtki: lekka puchówka, kurtka z membraną 10 tys (wymagana na zawody), wiatrówka
  • spodnie: lekkie spodnie przeciwwiatrowe, 2 pary długich legginsów
  • bluzy: jedna ciepła bluza
  • bluzki: z długim rękawem (2), z krótkim (5), bokserki (4), rękawki
  • spodenki: krótkie spodenki (2), spódniczka biegowa
  • opaski na głowę, buffy, czapeczka, rękawiczki, opaski kompresyjne
  • kamizelka biegowa CamelBak Ultra Pro Vest i Nano Vest, flaski (3)
  • pas biodrowy ATTIQ
  • Garmin
  • Gopro Hero 6
  • telefon, laptop 😉
  • powerbanki (2)
  • okulary (2)
  • żele na zawody, suplementy: białko z węglowodanami, BCAA, wit. C, probiotyki
  • ketonal, aspiryna, bandaż, folia NRC
  • krem z filtrem 30!
  • paszport

Na koniec chciałam krótko podziękować za wsparcie moim sponsorom:

Dzięki Kasia za pożyczenie plecaka!

Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016 Aladağlar Sky Trail 2016

Zdjęcia: Aladağlar Sky Trail 2016, Arzu & Derya Duman Photography

]]>
https://biegamwgorach.pl/aladaglar-sky-trail/feed/ 0
W wulkanicznym pyle nad chmurami – Tenerife Bluetrail i Teide https://biegamwgorach.pl/tenerife-bluetrail-teide/ https://biegamwgorach.pl/tenerife-bluetrail-teide/#respond Fri, 15 Jun 2018 10:36:39 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=7459 Miałam głównie odpocząć, wejść na Teide, zobaczyć, jak mi się biega na takiej wysokości i sprawdzić formę na zawodach. Wiem, to się wyklucza, ale już tak mam, że nie potrafię jechać na urlop i leżeć na plaży. Chociaż z perspektywy czasu widzę, że powinnam. Bo wyjechałam bardzo zmęczona ilością spraw, jakie biorę na siebie, a wróciłam chora, ale to już inna historia… Tak więc i pobiegałam na Teide i na zawodach.

Dlaczego nie Bieg Marduły?

Byłam w tym samym terminie zapisana na Bieg Marduły i mimo tylko 1,5 miesiąca treningu biegowego chciałam powalczyć. Niestety 3 tygodnie przed zawodami musiałam brać leki, które bardzo mnie osłabiały i nie zdołałam już zrobić żadnego treningu szybkości ani podbiegów. Byłam zmęczona i osłabiona. Nie chciałam w takim stanie biec Mistrzostw Polski. A już wcześniej planowałam wyjazd na Teneryfę. Kamil jechał na setkę Bluetrail (102 km +6700 m), więc postanowiłam do niego przyłączyć. Udało się wbić w ostatniej chwili na półmaraton. To była dobra okazja, żeby pobiec treningowo i zobaczyć na czym stoję.

Bluetrail 20 km

Trasa zapowiadała się ciekawie, 19,5 km +1200/-1400 m według tego, co podawali organizatorzy. Większość przewyższenia skumulowana na pierwszych 5 km, co oznaczało bardzo strome podejście i zbieg. Druga część bardziej płaska i szybka. Prognoza na sobotę pokazywała zachmurzenie, co mnie cieszyło, bo nie byłam zaadaptowana do wyższych temperatur. Na piątkowym wieczornym treningu przez 5 km umierałam z gorąca i nie mogłam normalnie oddychać. Dlatego pogorszenie pogody na sobotę bardzo mnie cieszyło.

O 6 rano w dniu startu nie tylko się zachmurzyło, ale porządnie się rozpadało. A to oznaczało błoto na trasie. Buty miałam raczej na skałę, szutry i asfalt niż błoto – lekkie Adidasy Terrex Agravic Speed z bardzo płytkim bieżnikiem. Zapowiadało się naprawdę ciekawie.

Sztajcha w górę i zabawa na zbiegu

Do tego startu podeszłam na luzie, nie czułam stresu ani ciśnienia na wynik. Po prostu byłam ciekawa trasy i tego, jak mi się będzie biegło. Chciałam pobiec mocno, ale bez żadnej spiny. Zaczęliśmy od razu stromo pod górę asfaltem. Kilka dziewczyn ruszyło bardzo szybko. Ja zaczęłam jak na mocnym treningu, ale nie na maksa. Mimo to łydki od razu spięły się tak bardzo, że nawet jakbym chciała, nie mogłam przyspieszyć. Od razu zaczęłam analizować, że to efekt braku treningu dynamicznych podbiegów. Miałam takie w planie, ale nie zdążyłam ich zrobić.

Mimo to, po około 3 km na wąskiej, leśnej ścieżce wyprzedziłam chyba 3 dziewczyny i zaczęłam wyprzedzać facetów. Podejście zrobiło się bardzo strome, skaliste, wysokie stopnie, przypominające trochę szlak na Giewont. Skały przeplatały się z błotnistymi fragmentami, buty ślizgały się. Szłam za zawodniczką z Niemiec, która była wtedy trzecia (jak się później okazało). Łydki ciągle miałam spięte i nie byłam w stanie przyspieszyć. Starałam się podchodzić na całej stopie, żeby odciążyć łydki i zaangażować pośladki. Wreszcie na ok 4 km łydki zaadaptowały się do wysiłku i puściły. Od razu poczułam dawkę mocy, wyprzedziłam Niemkę i uciekłam jej na zakosach. Nadal padał deszcz, była mgła i widoczność na 20 metrów. Strome podejście w gęstym lesie i krzakach. Gdyby był upał, nie miałabym tutaj czym oddychać.

Na 5 km zaczął się zbieg, a dla niektórych zejście. Momentami było nawet 37% nachylenia na błotnistej ścieżce. Nie mogłam puścić się na maksa, bo buty ślizgały się. Starałam się zbiegać na całej stopie, żeby mieć lepszą przyczepność. Co chwilę ktoś obok mnie leżał w błocie, ja też raz zaliczyłam glebę a raz zjechałam na butach jak na śniegu. Tutaj udało mi się wyprzedzić kolejną kobietę i przesunęłam się na drugie miejsce. Gdy błoto skończyło się, trasa zamieniła się wąską, krętą ścieżkę po nierównych i mokrych skałach, pokrytych dodatkowo mokrymi trawami. Zbieg hardcorowy, ale biegło mi się świetnie. Bawiłam się tym zbiegiem. Wyprzedzałam kolejnych zawodników wbiegając w chaszcze na bokach. Od tego po biegu miałam podrapane ręce 😉 Buty naprawdę rewelacyjnie trzymały na tych śliskich skałach, aż sama byłam zdumiona, że jeszcze się nie wywaliłam. Pierwszy raz biegłam w nich na mokrych skałach, ale wiedziałam z innych modeli, że podeszwa Continental świetnie trzyma.

Zderzenie z asfaltem

Niestety ten zbieg musiał się skończyć. Po 4 km zabawy nastąpiło brutalne i bolesne zderzenie z asfaltem. Od razu zaczęły mnie boleć mięśnie piszczelowe. Ból był nie do wytrzymania. Starałam się biec tempem w okolicach 4:00 ale i tak goście, których tak sprawnie wyprzedziłam na ścieżce teraz mnie dogonili. Wreszcie zobaczyłam wyczekiwany punkt odżywczy (10,5 km) a przed nim kolejną dziewczynę. Z tego co krzyczeli do mnie na punkcie, pierwszą. Nie zatrzymała się, ktoś pobiegł i podał jej wodę. No dobra, to ja też się nie zatrzymałam. Miałam tylko jednego flaska, który już był pusty, ale nie chciało mi się pić. Chyba zadziałało dobre nawodnienie dzień przed startem i rano. Przed biegiem wypiłam jakieś 2 litry wody!

Biegliśmy głównie w dół, asfaltem, betonowymi płytami, wąskimi ścieżkami przez jakieś krzaki, zbiegi przeplatane były stromymi podbiegami lub podejściami. Pomyślałam, skoro ją dogoniłam, to może ona zaczęła słabnąć i postanowiłam ją wyprzedzić. To był zły pomysł. Trzeba było trzymać się jej do końca i zaatakować przed metą. Nie udało mi się jej urwać. Trzymała się dzielnie, a ja dwa razy musiałam się zatrzymać i rozglądać, gdzie dalej biec. Trasa wiła się jakimiś dziwnymi zakrętasami. Z drogi nagle wbiegaliśmy w wąską kamienistą ścieżkę, potem znowu na drogę, a potem znowu na ścieżkę w górę w lewo albo w prawo. Pobiegłam w złą stronę i wtedy Hiszpanka wyprzedziła mnie. Byłam zrezygnowana. Zwolniłam i pozwoliłam jej uciec. Te pomyłki wytrąciły mnie z rytmu. Odpuściłam ściganie i biegłam dalej przez te kręte ścieżki, raz w górę raz dół, z widokiem na ocean. Dogoniło mnie dwóch gości, z którymi mijałam się na zbiegu a potem na asfalcie.

Na około 4 km do mety, już w Puerto de la Cruz, znowu zobaczyłam Hiszpankę. Była ok 300 metrów przede mną. Pomyślałam, dobra, daję z siebie wszystko. Chociaż nie miałam w ogóle szybkości i biegło mi się ciężko, postanowiłam ją gonić. I znowu coś poszło nie tak. Trasa zbiegała z drogi na deptak wzdłuż wybrzeża, a ona pobiegła prosto. Pobiegłam tak jak oznaczenia, deptakiem. Nie sądzę, żeby celowo pomyliła trasę, pewnie wiele osób nie zobaczyło oznaczeń i pobiegło prosto. Deptak zakręcał, najpierw był zbieg, podbieg i znowu wbiegliśmy na drogę. Ktoś musiał długo myśleć nad takim przebiegiem trasy. Gdy wybiegłam na ulicę, już nie widziałam Hiszpanki. Odbiegła dużo ponad minutę albo i więcej. A potem jeszcze 1 km przed metą wolontariusz krzyczał do mnie „w lewo” i zbiegłam znowu na deptak, a on miał na myśli lewą stronę drogi. Zawodnik biegnący za mną, zawrócił mnie na trasę.

Przez te pomyłki straciłam jakieś dwie minuty, ale nie mam do siebie żalu. Wgranie tracka nic by nie dało, bo tempo było zbyt szybkie, a ścieżki tak kręte, że GPS sam by się pogubił. Starałam się walczyć do końca. Ale prawda jest taka, wyszły braki w treningu szybkościowym.

Tenerife Bluetrail 2018

Puerto de la Cruz

Sprawdzian formy

Pod tym względem jestem bardzo zadowolona. To był mój pierwszy mocny bieg od dłuższego czasu. Ostatnio startowałam w październiku i nogi nie były zaadaptowane do mocnego biegania. Miałam półtora miesiąca treningu biegowego, z czego robiłam głównie długie wycieczki w Tatrach. Odczułam to mięśniowo. Łydki bolały mnie w trakcie biegu tak, że nie byłam w stanie przyspieszyć. Na pewno brakuje mi też siły biegowej. Wiem, dziwnie to brzmi patrząc na moją stravę i 20 tys. metrów miesięcznie, ale uwierzcie, łagodne podbiegi i podchodzenie na długich wycieczkach czy skiturach to nie jest to samo co szybki bieg pod górę. Na mocnym podbiegu mięśnie jednak inaczej pracują i trzeba takie szybkie i krótkie podbiegi po prostu trenować. Trzeba też trenować zbiegi i to bardzo mocne zbiegi. Po tym 4-kilometrowym bardzo szybkim zbiegu byłam tak zakwaszona, że ciężko było wykrzesać z siebie siły i przycisnąć na płaskim.

Jeśli chodzi o całą imprezę to mimo niedociągnięć z oznaczeniem trasy, była świetnie zorganizowana. Rewelacyjna atmosfera, mnóstwo kibiców, koncert bębnów na mecie od pierwszych zawodników półmaratonu do północy, kiedy przybiegali ostatni setkowicze. Wolontariusze bardzo uprzejmi, każdym zawodnikiem zajmowali się z taką samą uwagą. Siedziałam długo na mecie, czekając na Kamila i oglądałam biegaczy z różnych dystansów. Kamil, który przybiegł przed 23 został tak samo powitany jak pierwszy zawodnik, przy akompaniamencie bębnów, udzielił jeszcze krótkiego wywiadu. Tutaj naprawdę każdy był zwycięzcą.

W ramach całej imprezy poza półmaratonem odbyły się biegi na 102 km, +6700 m, 67 km (+3250 m, -4630 m), 43 km (+2340 m, -3520 m). Kamil opisał całą imprezę tutaj. Zazdrościłam mu tej setki z wbiegiem pod sam Teide, ale nie jestem jeszcze gotowa na takie wyrypy.

Bieganie na Teide, Teneryfa

Bieg na Teide

W wulkanicznym pyle nad chmurami

Musiałam zobaczyć jak tam jest! Dlatego w poniedziałek, mimo zmęczenia i osłabienia (Kamil wystartował już lekko przeziębiony, mnie zaczęło rozkładać po zawodach, a obydwoje złapaliśmy coś w samolocie) poszliśmy na Teide. W Puerto było zachmurzenie i do ok 1800 m jechaliśmy w chmurach, ale Kamil zapewniał mnie, że na Teide zawsze jest lampa (choć prognozy pokazywały co innego). I nagle z chmur wjechaliśmy jak na inną planetę, kosmiczny krajobraz, pełne słońce!

Wycieczkę zaczęliśmy z parkingu na wysokości 2350 m, szlakiem prowadzącym do schroniska. Na Teide jest stąd około 9 km. Ja trochę próbowałam podbiegać, Kamil sunął pod górę z kijkami. Słońce grzało, nie było wiatru, a w powietrzu unosił się wulkaniczny pył. Stożek Teide majaczył przed nami i wydawało się, że jest bardzo daleko. Przez pierwsze 5 km jest szeroka szutrowa droga, która świetnie nadaje się do szybkiego treningu. Od 2700 m npm zaczyna się wąski szlak, zakosy, skałki i techniczny teren. Po drodze na 3200 m jest schronisko.

Na Teide byliśmy godzinę przed zachodem słońca, nad oceanem i morzem chmur! Było ciepło i nie wiało, a z wulkanu wydobywały się ciepłe gazy. Zbiegaliśmy (a raczej próbowaliśmy) już po zmroku i w całkowitej ciemności. Chciałam zobaczyć, jak mój organizm reaguje przy wysiłku powyżej 3500 m, bo w sierpniu będę biegła w zawodach na takiej wysokości. Na szczęście nie mam jakiś bólów głowy, czy niemocy, ale przy mocniejszym podbiegu trochę skraca mi się oddech i brakuje powietrza. Na Teneryfę na pewno wrócę, są tu świetne tereny do biegania na wysokości!

Bieganie na Teide, Teneryfa

Bieganie na Teide, Teneryfa

Sprzęt

Na koniec jeszcze garść informacji w czym biegłam i co jadłam na zawodach.

Biegłam w lekkich startówkach trailowych Adidas Terrex Agravic Speed. Świetnie trzymają na skale suchej czy mokrej, o czym przekonałam się na tym biegu. Mają dość łagodny bieżnik, dlatego ślizgają się na błocie, ale za to są świetne na szutry i asfalt. Ważą 215 gramów (rozmiar 41) i mają zintegrowany z cholewką język, przez co mniej kamyków wpada do środka.

Na sobie miałam koszulkę bez rękawków i biegową spódniczkę ATTIQ – lekka przewiewna, z wbudowanymi majtkami (bez spodenek!), co jest dla mnie dużym plusem, bo nic nie obciera i nie jest za gorąco. Ostatecznie pobiegłam bez kamizelki biegowej. Wymagany sprzęt: folia NRC, telefon, gwizdek, flask (kubek) i żele upchałam do paska na numer startowy i kieszonki w spódniczce. Zjadłam 3 żele i wypiłam pół litra wody. Tyle wody nie wystarczyłoby, gdybym przed startem nie wypiła dwóch litrów, a dzień przed zawodami około 6 (był upał!).

Bieganie na Teide, Teneryfa

Teide, Teneryfa

Bieganie na Teide, Teneryfa

Zachód słońca na Teide

Filmik z Teide

Zdjęcia: Kamil Weinberg

]]>
https://biegamwgorach.pl/tenerife-bluetrail-teide/feed/ 0
Czy (z)bieganie po górach jest bezpieczne? https://biegamwgorach.pl/zbieganie-po-gorach/ https://biegamwgorach.pl/zbieganie-po-gorach/#comments Sun, 03 Jun 2018 16:30:58 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=7398
Szpiglasowa Przełęcz, Tatry Wysokie, biegane po górach, zbiegi

Szpiglasowa Przełęcz, Tatry Wysokie

Już dawno miałam opublikować tekst o zbiegach, ale gównoburza na Tatromaniakach pod moim filmikiem uświadomiła mi, jak duża jest niewiedza w Polsce na temat biegania po górach, jak bardzo stereotypowo ludzie myślą, jak daleko jesteśmy za zachodnimi krajami, gdzie biegi górskie miały już swój boom i rozkwit, gdzie kibicuje się i wspiera biegaczy górskich. I jaką krzywdę robią przewodnicy, którzy wmawiają swoim klientom, że w górach to można chodzić tylko w ciężkich butach za kostkę i że broń boże nie wolno zbiegać, bo można zabić siebie i innych.

Dlatego oprócz techniki i treningów niezbędnych do nauczenia się dobrego zbiegania, odpowiem na część komentarzy i pytań między innymi odnośnie „machania rękami”, bezpieczeństwa na szlaku, wpływu zbiegania na stawy i kolana, biegania po technicznych szlakach z ekspozycją, zagrożenia dla zdrowia i życia swojego i innych.

Turysto patrz, co dzieje się obok ciebie na szlaku

bo jak będziesz patrzył tylko pod nogi albo w góry, to możesz na kogoś wejść.

Niestety nieporozumienie odnośnie szybkiego biegania po górach wynika z niewiedzy i błędnych, utartych przekonań. Pewnie też z tego, że faktycznie zdarzają się wypadki wpadnięcia biegacza na turystę. Ale czy to wina biegacza? Czy może to pieszy nie patrzy przed siebie, tylko pod nogi, albo trzyma głowę w chmurach albo w telefonie, zamiast być uważnym na to, co dzieje się obok niego na szlaku. A na szlaku można chodzić i można też biegać. Turysta, który nie patrzy przed siebie może nie zauważyć, że ktoś szybko idzie lub biegnie z naprzeciwka i może po prostu nagle stanąć mu na drodze i tym samym spowodować wypadek.

Problem w tym, że Polsce jeszcze mało osób biega po górach i dla turystów to nowość, że ktoś biegnie. Nie mają nawyku ustępowania czy w ogóle nie myślą o tym, że zajmując cały szlak, robiąc sobie piknik na środku szlaku, mogą przeszkadzać innym, szczególnie tym, którzy poruszają się szybszym tempem. Nie mają nawyku obserwowania co się dzieje obok nich na szlaku, bo skupieni się na kontemplowaniu przyrody, robieniu zdjęć lub na rozmowach. Często zeskakuję ze szlaku, biegnę bokiem po skałach i krzakach tylko dlatego, że piesi mimo moich krzyków „przepraszam!”, „lewa wolna!”, po prostu nie ustępują. To naturalne, że jeśli ktoś porusza się szybciej, czy szybko idzie, czy biegnie, to ten wolniejszy ustępuje, żeny nie zagradzać przejścia i nie tworzyć zatoru. Wielokrotnie miałam takie sytuacje, gdy to ja poruszałam się wolniej w trudnym terenie i bez problemu przepuszczałam innych, szybszych i sprawniejszych. I na odwrót. Gdy mnie ktoś przepuszcza, ustępuję i zawsze mówię dziękuję! Gdy chcę przejść czy przebiec, mówię „przepraszam”, a potem „dziękuję”.

Na szerokiej ścieżce jest zasada poruszania się prawą stroną, której niestety mało kto przestrzega. Ci którzy idą przede mną z reguły idą całą szerokością ścieżki, a ci co idą z naprzeciwka nie patrzą przed siebie i muszę myśleć za nich, jak ich ominąć, żeby nie było kolizji.

W przeciwieństwie do części turystów podczas zbiegu jestem w 100% skoncentrowana na szlaku przede mną, patrzę ciągle przed siebie, widzę turystów już z daleka i wiem, jak ich ominąć i którędy przebiec, żeby na nikogo nie wpaść. Jeśli ktoś nagle, idąc z naprzeciwka zastąpi mi drogę, to znaczy, że nie patrzy przed siebie. Nie wbiegam specjalnie na ludzi, staram się ich omijać bezpiecznie, a jak jest tłok to się zatrzymuję, przechodzę obok, a jak się nie da, bo ludzie idą całą szerokością szlaku, to przeciskam, jak w tłocznym autobusie. Jeśli mimo to, że 20 metrów przed sobą, widzę grupę turystów zajmującą cały szlak i krzyczę głośno z daleko „przepraszam”, „lewa wola” nikt nie reaguje, to nie ja jestem powodem niebezpiecznej sytuacji. Jeśli ktoś siedzi na środku szlaku i je kanapki albo gapi się w telefon, a ja krzyczę, żeby zszedł lub przeskakuję obok, to nie ja stwarzam zagrożenie dla tej osoby.

W trakcie mojego 7-letniego biegania po górach, w tym 4 lata prawie codziennie po Tatrach na nikogo nie wpadłam, nikomu na szlaku nie zrobiłam krzywdy, na nikogo nie zrzuciłam kamienia, nikt mi nie zwrócił uwagi, że mu zagrażam lub że coś jest nie tak. Ale eksperci z kanap, których nigdy nie spotkałam na szlaku, wiedzą lepiej. Może dla niektórych moje zbieganie wygląda niebezpiecznie i wskazuje na brak kontroli, ale tak nie jest. Jestem maksymalnie skoncentrowana na biegu, na tym, co jest przede mną, obok mnie i pode mną. Niestety, nie można tego powiedzieć o wszystkich turystach.

Odpowiadając na komentarz, że zbiegając tak szybko zagrażam życiu i zdrowiu innych ludzi. No nie zagrażam. Jak już to piesi sobie sami zagrażają okupowaniem całego szlaku.

Góry są też dla biegaczy

We włoskich Alpach, tam gdzie organizowany jest ekstremalny bieg Trofeo KIMA, przebiegający na szlaku miejscami podobnym do Orlej Perci, umieszczane są tabiczki informujące, jak długo zajmie pokonanie danego odcinka pieszemu turyście, rodzinie z dziećmi, biegaczowi i wyczynowemu biegaczowi. Poniżej tablica informacyjna dojścia do schroniska Ponti na wysokości 2559 m n.p.m. Rodzina z dziećmi potrzebuje na przejście 2 i pół godziny, biegacz 55 minut, a wyczonowy biegacz 35.

Val Masino, Alpy, bieganie po górach

Tablica informacyjna w Val Masino we włoskich Alpachon

W Polsce zbyt mała jest kultura biegania po górach, a biegacze wciąż postrzegani są w kategoriach dziwadła, które niszczy sobie stawy. Panuje powszechne przekonanie, również w mojej rodzinie, że góry są do kontemplowania i podziwiania widoków, a do tego trzeba poruszać się wolno, spokojnie i robić dużo przystanków. Wynika to po części ze słabej kondycji większości turystów i nie zrozumienia, że dzięki treningowi da się poruszać szybciej. Ludzie wciąż nie rozumieją, że góry służą również do uprawiania sportów ekstremalnych takich jak wspinanie, przejścia graniowe, base jumping, jazda rowerem, czy wbieganie i zbieganie z trudnych szczytów na czas. Ludzie nie rozumieją, że bieganie po górach nie wyklucza kontemplacji, spokoju ducha i podziwiania widoków. Ja osobiście uwielbiam bieganie za to, że mogę w ciągu jednego dnia zrobić trasę, na którą przeciętny turysta potrzebuje kilku dni. Dzięki temu przez 4 lata mieszkania w Zakopanem poznałam całe Tatry – Polskie i Słowackie. Przebiegłam je kilka razy wzdłuż i wszerz.

Często zatrzymuję się na dłużej w dolince, gdzie prędzej można spotkać niedźwiedzia niż człowieka i siedzę tam godzinę. Nie kolekcjonuję szczytów i nie mam ciśnienia, żeby zdobyć jakąś górę za wszelką cenę, mimo na przykład załamania pogody. Wiem, że ta góra nie zniknie. Nie ryzykuję. Mocne treningi na czas, gdzie przez 30-60 minut nie zatrzymuję się, robię w pasmach reglowych, na łatwiejszych i szerokich szlakach. Podczas długich, całodniowych wycieczek nie mam problemu z zatrzymaniem się na ścieżce, jeśli jest tłok lub zator i poczekania pół godziny. Naprawdę nie rozumiem, jakie myślenie kryje się za przekonaniem, że góry są tylko dla piechurów i nie można poruszać się po nich szybko i sprawnie. Może ktoś, kto tak uważa, wyjaśni mi to?

Tatry Bielskie, bieganie po górach, zbiegi

Tatry Bielskie

Bieganie po górach jest bezpieczne

Bieganie po górach, bicie rekordów wbiegu na Rysy czy przebiegnięcia Orlej Perci nie zagraża zdrowiu i życiu. A nawet jeśli, to jest to indywidualna sprawa tej osoby. Bezpiecznego biegania i zbiegania można się nauczyć! Mimo, że moje filmiki wyglądają niebezpiecznie, jakbym biegła tylko siłą grawitacji i nie miała nad tym kontroli, to jest wręcz odwrotnie. Mam większą kontrolę nad swoim ciałem i każdym krokiem niż niejeden turysta. Niedawno byłam świadkiem sytuacji, gdy młoda, szczupła dziewczyna, bała się przejść po prawie płaskim fragmencie śniegu, szła na czworaka, a potem szła bokiem po mokrych skałach. Ja w tym terenie zbiegam z uśmiechem na twarzy. Nie piszę tego, żeby się przechwalać, tylko po to, żeby uświadomić, że to jest kwestia treningu, silnych mięśni głębokich, sprawnego ciała, kondycji, dobrej propriocepcji (czucia głębokiego, o czym napiszę w kolejnej części). Jeśli ktoś ma te wszystkie mięśnie słabe, nie ma siły w nogach i nie kontroluje własnego ciała, to tak, jakby mu kazać wspinać się po pionowej tatrzańskiej ścianie i dziwić się, że nie daje rady. A ludzie się wspinają! Bo są do tego wytrenowani. Tak samo ludzie zbiegają po skałach z lekkością i swobodą i nie potykają się o każdy kamień, bo są wytrenowani!

Zbiegając kontroluję każdy krok. Nie stawiam nóg gdzie popadnie, tylko szybko i instynktownie wybieram, gdzie najlepiej postawić nogę. Tak jak wspinacz wybiera każdy chwyt, tylko w wolniejszym tempie. Chociaż jest też wspinanie na czas, czyli bieganie po pionowej ścianie. Czy da się biegać w tempie 3-4 min/km i kontrolować każdy krok? Da się! To jest właśnie wytrenowanie. Czy zdarzają mi się potknięcia i poślizgnięcia? Zdarzają! Ale nie wywalam się, bo mam mocne mięśnie głębokie i wyćwiczone czucie głębokie, dzięki czemu moje ciało błyskawicznie reaguje na każdą utratę równowagi i instynktownie dostosowuje kolejny krok.

Wypadki w górach w większości występują się nie u biegaczy, tylko turystów, którzy źle dobrali trasę i długość wycieczki do swoich możliwości i po prostu opadają z sił. Mają słabe nogi i ramiona. Gdy się poślizgną, ich ciało nie zareaguje błyskawicznie, by utrzymać równowagę i lecą na twarz lub w przepaść. Gdy zacznie padać deszcz ich ciężkie i z kiepską podeszwą buty zaczynają ślizgać się na skałach. Wypadki zdarzają się, bo ludzie przyjeżdżają w góry raz na rok i za wszelką cenę, mimo załamania pogody lub złych warunków pogodowych już od rana, chcą zdobyć Grzesia, Kasprowy czy Rysy. Góry stoją i będą stały jeszcze tysiące lat. Ale niektórzy tego nie rozumieją.

Dlaczego mimo biegania codziennie po Tatrach nie miałam żadnego wypadku ani większego urazu? Bo jestem wytrenowana, mam doświadczenie, dobieram trasy pod swoje możliwości, idę w góry tylko wtedy, gdy jest pewna pogoda, a gdy się nagle załamie, szybko zbiegam. Często zdarzało mi się wycofywać, gdy nachodziła burza. Zbiegnięcie z Giewontu czy Kasprowego zajmuje mi 30 minut. I ku mojemu zdziwieniu mijałam turystów idących mozolnie, w foliowych pelerynach pod górę! Czasami mówię, żeby lepiej schodzili, czasami już nawet szkoda mi słów na taki widok. Dlatego w górach jest tak dużo wypadków i giną ludzie. Z głupoty, a nie od biegania po nich.

Szpiglasowy Wierch Tatry Wysokie, biegane po górach, zbiegi

Szpiglasowy Wierch Tatry Wysokie

Na szlakach takich jak Orla Perć organizowane są zawody

Orlą Perć da się przebiec w godzinę i 16 minut (rekord Piotra Łobodzińskiego), bez narażania siebie na utratę zdrowia i życia, bez ryzykowania! Sam Piotr Łobodziński powiedział publicznie, że dałoby się szybciej, ale trzeba by ryzykować. Ja również przebiegłam bez momentu, w którym poczułabym, że ryzykuję. Mimo, że Piotrek nie spadł z choinki, jest multimedalistą i wielokrotnym Mistrzem Świata w bieganiu po schodach, to podziwiam go za ten czas na Orlej Perci (ma też rekord w biegu na Rysy), bo on prawie w ogóle nie biega po górach. Jego wyczyn był jednak możliwy, bo poza świetną wydolność (życiówka na 10 km to ok 32 minut), jest ogólnie bardzo sprawny, ma niesamowitą zwinność i technikę, o czym sam mówił w wywiadach. Zresztą świetnie sobie radzi w biegach przeszkodowych. To pokazuje, że człowiek z wydolnością i ogólnie sprawny fizycznie, może się szybko poruszać po górach bez zagrożenia dla swojego życia.

Wracając do Orlej Perci, na świecie są biegi górskie, gdzie biegnie się 2,5 kilometrową granią podobną do Orlej tyle, że bez żadnych sztucznych zabezpieczeń. Brałam udział w kilku takich zawodach.

Tromso Skyrace w północnej Norwegii, gdzie jest taka właśnie trasa, należy do Pucharu Świata w Skyrunningu i nikt się temu nie dziwi. Biegają tam najlepsi na świecie biegacze, dla których moje tempo zbiegu jest tempem spacerowym! Rekord trasy Tromso Skyrace, która ma 58 km i 4800 metrów podjeść z techniczną granią, to 6 godzin i 45 minut! Należy do Toma Owensa z Wielkiej Brytanii. Anglia słynie z tradycji w biegach górskich po bardzo technicznych trasach, często na przełaj przez góry, bez żadnej ścieżki ani szlaku.

U nas to nierealne, żeby zrobić zawody na Orlej Perci, ale gdyby ten szlak był w Hiszpanii albo we Włoszech, to już dawno odbywałby się na nim bieg górski. Trofeo Kima (52 km i +4200 m) w Val Masino we włoskich Alpach przebiega po pionowych ścianach i wąskich na 10 cm trawersach z dużą ekspozycją. Rekord trasy należy do Kiliana Jorneta i wynosi 6 godzin i 10 minut. Bieg ten organizowany jest od ponad 20 lat. Nikt nie zginął na tych zawodach, ani na innych, podobnych. Ale żeby tam wystartować trzeba mieć doświadczenie górskie, wspinaczkowe i ukończony trudny maraton w górach oraz zmieścić się w wymaganym limicie czasu 11 godzin i limitach pośrednich. Nie dobiegniesz w 5 i pół godziny do schroniska w połowie trasy, musisz się wycofać, bo to oznacza, że jesteś zbyt słaby, żeby ukończyć te zawody przed zmrokiem i zbyt słaby na pokonanie technicznych trudności, które czekają cię na trasie.

Orla Perć kobiecy rekord przejścia

Orla Perć biegiem

Inne tego typu zawody to Els 2900 w andorskich Pirenejach – 70 km i 6700 m podejść, gdzie do pokonania jest grań Cresta dels Malhivers o stopniu trudności II-III UIAA. To już nie jest nawet scrambling jak na Orlej Perci, tylko wspinanie. W Tatrach z trudniejszych zawodów do Ultrajanosik, trasa biegnie m.in. przez Rohatkę oraz Memoriał Józefa Psotki z trasą prowadzącą przez Polski Grzebień, Rohatkę i Czerwoną Ławkę. Dodatkowo te zawody odbywają się w połowie października, kiedy w górach zalega już śnieg. Mogłabym te przykłady wymieniać bez końca.

Dlatego cieszę się, że w Tatrach są trudniejsze szlaki, gdzie mogę trenować do takich właśnie zawodów. Raczej unikam Orlej Perci, przeszłam ją tylko dwa razy i zawsze po południu, żeby unikać tłumów. Ale za to często jestem na grani Rohaczy, gdzie miejscami jest podobnie jak na Orlej a dużo bardziej kameralnie.

Ktoś napisał, że tak szybko jak to widać na moim filmiku nie biega się na zawodach w Tatrach. Biega się i to dużo szybciej! Żeby przebiec Bieg ultra Granią Tatr (72 km i +5000 m) w 9 godzin, a Bieg Marduły (32 km i +2200 m) w 2 godziny i 55 minut (rekord trasy Bartka Przedwojewskiego) to trzeba momentami zasuwać w dół po 3-3 i pół minuty na kilometr! I to na tłocznym szlaku, bo nikt nie zamyka szlaków dla turystów podczas zawodów. Jeśli mi nie wierzycie, to zapytajcie Marcina Świerca, Przemka Sobczyka, Bartosza Gorczycę, Bartka Przedwojewskiego, Magdę Łączak czy Ewę Majer. To co widzieliście na filmiku, to nie jest najszybsze zbieganie. Na zawodach biegam szybciej, jest adrenalina, gonią cię inny i się ciśnie na maksa.

Dlaczego ludzie w Polsce giną na Orlej Perci? Bo na niej biegają? Nie, bo chcą przejść ten szlak mimo braku przygotowania kondycyjnego i technicznego. Bo chcą przejść ten szlak za wszelką cenę, mimo, że czują się słabo, psuje się pogoda i robi się ciemno. Bo nie mają wyczucia i orientacji, kiedy zacząć schodzić, żeby dostać się bezpiecznie, przed zmrokiem do dolinki. Słowem, bo nie mają doświadczenia i umiejętności niezbędnego do bezpiecznego pokonania tego szlaku. Góry nie zabijają, nie zabija przypadek czy pech, zabija brak przygotowania i zła ocena sytuacji.

Spodobały mi się słowa Adama Bieleckiego, że Twoje życie i zdrowie w Himalajach zależy od koncentracji na setkach drobiazgów. Jeśli zaniebbasz czery z nich to może się odmrozisz, a jeśli zaniedbasz dziesięć, to możesz zgninąć. Oczywiście, nie można tego przełożyć wprost na bieganie po górach, ale od Twojej koncentracji, uwagi i doświadczenia zależy Twoje bezpieczeństwo.

Ślęża, bieganie po górach, zbiegi

Zbieg ze Ślęży

Zbieganie nie niszczy kolan i stawów

a przynajmniej nie u każdego. Oczywiście są osoby, które mają problemy ze stawami, genetycznie słabe i podatne na uszkodzenia. Takie osoby raczej nie powinny biegać po górach. Ale stawy, tak samo jak mięśnie – dzięki treningowi – wzmacniają się! Jeśli masz mocne mięśnie czworogłowe ud to one osłaniają, chronią i odpowiednio trzymają kolano, które dzięki temu nie przeciąża się. Problem większości biegaczy górskich jest taki, że to są biegacze z nizin, którzy trenują na nizinach, a startują w górach. Owszem trenują podbiegi, ale nie trenują zbiegów. Dopiero rodzi się świadomość, że aby dobrze i szybko biegać po górach, trzeba też ćwiczyć szybkie, mocne zbiegi. I to zarówno w łatwym i szybkim jak i technicznym terenie. Nie wszystko da się wyćwiczyć w domu na Bosu i berecie.

Taki nizinny biegacz, który kilka razy w roku jedzie na zawody w góry, ma po pierwszym dłuższym zbiegu tak zajechane czwórki, że nie ma siły nawet na podbiegi. Kolana i mięśnie czworogłowe bolą go i regenerują się jeszcze tydzień po zawodach. Powstają mikrouszkodzenia i stany zapalne, niszczą się rzepki i chrząstki stawowe. To efekt słabych ud, niewyćwiczonych w dynamicznym ruchu ekscentrycznym.

Moje pierwsze obozy biegowe w górach – Tatrach i Karkonoszach zawsze kończyły się bólem mięśni czworogłowych. Kiedy pierwszy raz naprawdę dużo biegałam po Karkonoszach, zrobiłam 500 km w miesiąc, kolana bolały mnie przez trzy miesiące! Ale nie zrezygnowałam z tego powodu z biegania po górach, ani nie wpadłam w panikę, że niszczę sobie kolana. To był efekt przeciążenia mięśni czworogłowych, które były za słabe na taką dawkę ciągłego treningu. Odkąd zaczęłam regularnie jeździć w góry, a potem przeprowadziłam się do Zakopanego, ten problem już się nie pojawił. Nie bolą mnie ani mięśnie, ani kolana czy inne stawy, nawet po 35-cio kilometrowych wycieczkach w Tatrach czy po górskich zawodach. Czwórki są po prostu tak silne i wytrenowane, że taki wysiłek nie powoduje ich przeciążenia i przeciążenia kolan.

Tatry Bielskie, bieganie po górach, zbiegi

Tatry Bielskie

Skręcenia kostek nie są niebezpieczne

Zdarzają mi się czasami, ale nie powodują dużego bólu, dyskomfortu i nie wymagają leczenia. Staw skokowy tak samo jak kolana adaptuje się do specyficznego ruchu i wysiłku. Stopa podczas biegania po nierównym, niestabilnym terenie wykręca się na wszystkie możliwe strony i w ten sposób wzmacnia się. Stawy są mocne a zarazem elastyczne, dzięki temu lekkie skręcenie nie powoduje urazu. Przed poważniejszymi skręceniami chronią silne mięśnie głębokie, które podczas zbiegu trzymają w równowadze całe ciało i sprawiają, że nie wykręcam kostek w niebezpieczny sposób, mimo zbiegania na nierównych kamieniach. Śmieję się, że jak tylko jakiś znajomy biegacz z nizin przyjeżdża pobiegać ze mną w Tatrach, to wraca ze skręconą kostką. Nie, nie przynoszę pecha. Po prostu zbiegamy razem bardzo szybko i moje stawy i mięśnie to wytrzymują, a stawy biegacza nizinnego nie dają rady.

Mówienie, że biegnie po górach jest niezdrowe dla stawów, to kolejny stereotyp wynikający po prostu z niewiedzy. Tak samo stereotypem jest przekonanie, że tylko buty za kostkę ochronią stopę na górskim szlaku.

Załóż odpowiednie buty

i niekoniecznie za kostkę! Mój jedyny poważny wypadek w trakcie 7-letniego biegania po górach miał miejsce w 2014 roku podczas maratonu na Gran Canarii. Zbiegałam jako pierwsza kobieta w tempie ok 3.30 po skałach pokrytych wulkanicznym piaskiem. Wtedy jeszcze nie biegałam latem po Tatrach i nie miałam idealnie dobranego obuwia do skalistych ścieżek. Fotograf robił zdjęcie, zagapiłam się i w tym momencie z całym impetem poleciałam do przodu, lądując na lewym kolanie i zahaczając o skałę lewym policzkiem. Poleciałam na ręce, które jakoś utrzymały wypadek. Biegłam dalej, byle do punktu, by tam zaopatrzyć ranę i zablokować upływ krwi. Krew lała mi się strumieniem po nodze i policzku. Na punkcie posadzili mnie, opatrzyli i zdjęli z trasy, zawieźli prosto do szpitala na szycie kolana.

Ten wypadek nauczył mnie jednego. Stuprocentowej koncentracji i solidnego przetestowania butów, zanim ruszę w nich na zawody. Czy ktoś z Was pieszych turystów testuje buty w łatwiejszym terenie zanim pójdzie w nich na trudny, tatrzański szlak? Sprawdza, czy nie ślizgają się na mokrej, suchej skale, na śniegu, czy nie obcierają, czy w ogóle są wygodne?

Biegałam po skalistych szlakach w butach trailowych marek New Balance, Nike, Saucony, The North Face, Salomon, Adidas, Altra, Reebok. Najlepsze trzymanie na skale, zarówno suchej jak i mokrej i śliskiej, a zarazem na błocie i śniegu mają moim zdaniem buty marki Adidas. Biegałam w Terrex Boost, ich lżejszym następcy Terrex Agravic i Terrex Agravic Speed, Adizero XT (z wbudowanym stuptutem) oraz Terrex Solo (wspinaczkowo-biegowych). Wszystkie te modele mają jedną wspólną cechę – podeszwę z gumy Continental. Jeśli chodzi o Terrex Boost (nie ma ich już w produkcji) i Agravic to niestety cholewka już po 400 km jest bardzo przetarta, za to wersja z goretexem jest niezniszczalna. Moje Terrex Boost z goretexem mają już ponad 700 km i cholewka jest nienaruszona. Można narzekać na trwałość tych butów, ale jedno Adidasowi się udało, podeszwa, która rewelacyjnie trzyma na skale. Biegając w tych butach nie mam żadnego zawahania, gdy stąpam po suchej, mokrej, czy wyślizganej skale.

Żeby nie wyglądało to na reklamę i koloryzowanie, chociaż Adidas nie jest już moim sponsorem i możecie mieć pewność co do mojego obiektywizmu, to słyszałam od biegaczy, że dobrze trzymają na skale też buty na podeszwie Vibram – Dynafity czy Salmingi. Nie biegałam w nich, więc nie mam swojego zdania. Biegam natomiast w butach The North Face Ultra Winter (z membraną i stuptutem), które mają podeszwę Vibram. Biegam w nich głównie zimą po śniegu, ale też wiosną, gdy na dole jest już skała, a na górze leży jeszcze śnieg i niestety na mokrej skale się ślizgają.

Szpiglasowa Przełęcz, Tatry Wysokie, bieganie po górach, zbieganie

Szpiglasowa Przełęcz, Tatry Wysokie

Czemu tak dziwnie machasz rękami

Nie macham sobie dla zabawy, tylko balansuję ciałem. Wyobraź sobie człowieka chodzącego po linie (popularny na zachodzie slacklining), który trzyma ręce w kieszeni. Nie przeszedłby ani kroku. Dlatego trzyma ramiona szeroko, równolegle do ziemi i balansuje nimi tak, żeby utrzymać równowagę. Przebiegnij się po płaskim terenie z rękoma w kieszeni albo trzymając je sztywno blisko ciała i spróbuj się maksymalnie rozpędzić. Ramiona naturalnie będą dążyły do ruchu. Gdy biegniesz po płaskim, ramiona pracują równolegle przy ciele, bo praca nóg jest jednostajna, taki sam krok, równy rytm. Ramiona pomagają utrzymać rytm, dynamikę, równowagę. A teraz spróbuj przeskoczyć przez strumień lub kałużę i zaobserwuj, jak zachowają się Twoja ramiona. Nie myśl, co masz z nimi zrobić, tylko obserwuj. Co się stało? Ramiona naturalnie uniosłeś na boki. A teraz wejdź na większy kamień lub murek o wysokości jednego metra i zeskocz z niego. Co się stało z ramionami? Uniosłeś je automatycznie wysoko w górę.

Tak właśnie zachowują się ręce podczas zbiegania w technicznym terenie, gdzie ciągle przeskakuje się z kamienia na kamień, skacze przez głazy, stopa za każdym razem ląduje pod innym kątem. Ramiona same poruszają się na boki i w górę, im trudniejszy teren i im szybciej biegniesz, tym są dalej od ciała i bardziej musisz nimi wymachiwać, żeby utrzymać równowagę. Dlatego tak a nie inaczej wygląda zbieganie po górach, nie wygląda to pięknie, ale jest poprawne techniczne.

Val Masino, Alpy, bieganie po górach

Val Masino, Alpy

Odpowiadając na pytanie zadane w tytule tego posta, tak, zbieganie jest bezpiecznie. Ale tylko pod warunkiem, że jesteś odpowiednio wytrenowany i masz doświadczenie, i do tego doświadczenia dobierasz tempo biegu i teren. Nie wypowiem się w imieniu innych biegaczy (ciekawa by była ankieta na ten temat), ale jeśli chodzi o moje (z)bieganie, to jest ono w 100% bezpieczne.

W kolejnych wpisach podzielę się moją wiedzą i doświadczeniem na temat techniki i treningu zbiegów w górskim terenie.

Jeśli interesują Was jeszcze jakieś tematy związane ze zbieganiem czy bieganiem po górach, piszcie w komentarzach. Jeśli sami biegacie, podzielcie się swoim doświadczeniem, bo przecież nie jestem nieomylna.

Na koniec filmiki

Obejrzyjcie sobie filmik z maratonu Zegama, 42 km +2800 m, w którym Bartek Przedwojewski zajął 3 miejsce w mocnej, międzynarodowej obsadzie, z czasem 3:58:18. Czy widział ktoś takie kibicowanie na jakimś polskim biegu?

Kilian Jornet na Tromso Skyrace

Fragment trasy Palenica – Morskie Oko – Szpiglasowy Wierch – Zawrat – Orla Perć – Zakopane

Bieg na Orlej Perci

Zdjęcia: Błażej Łyjak, Łukasz Smogorowski, Jacek Frąckowiak.

]]>
https://biegamwgorach.pl/zbieganie-po-gorach/feed/ 18
Nie prześpij zimy. Wszystko o budowaniu bazy biegowej https://biegamwgorach.pl/budowanie-bazy-zima/ https://biegamwgorach.pl/budowanie-bazy-zima/#respond Sat, 06 Jan 2018 17:37:01 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=7188
wycieczka biegowa, Białe Stawy, Tatry Słowackie

Dolina Białych Stawów, Tatry Słowackie

Co warto wiedzieć o budowaniu bazy zimą

Przyjęło się, że zima to czas na budowanie bazy tlenowej oraz siły całego organizmu. Wynika to z tradycyjnego podziału roku na dwa sezony startowe – wiosenny i jesienny, późnej jesieni jako okresu na roztrenowanie, a zimy na budowanie bazy. Jednak u wielu biegaczy, nie tylko amatorów, sezon startowy trwa cały rok. Jest moda na starty treningowe, nawet na dystansach 100 km i ten klasyczny podział mocno się zaciera. Zawodnicy często trenują mocno cały rok. Ja skłaniam się do koncepcji, żeby jednak zimę przeznaczyć na trening ogólnorozwojowy i budowanie bazy tlenowej. Zwłaszcza, gdy masz za sobą mocny sezon startowy na dystansach ultra. Wtedy trzeba dać organizmowi odpocząć. Oczywiście to nie oznacza człapania przez całą zimę. Niżej przedstawiam przykładowy trening.

W okresie zimowy powinieneś kontynuować trening ogólnorozwojowy, który wdrożyłeś w okresie roztrenowania – wzmacnianie poprzez ćwiczenia siłowe, trening funkcjonalny czy crossfit. Taki trening warto wykonywać dwa razy w tygodniu. Jeśli jesteś biegaczem zaawansowanym możesz w jednym dniu wykonać trening wzmacniający i bieganie. Biegacze początkujący i średniozaawansowani powinni robić trening uzupełniający w dni, w które nie biegają.

Dodatkowo warto wykonywać trening uzupełniający – rower, pływanie, skitury czy biegówki, jako zastąpienie biegania w strefie tlenowej. Jak to wszystko wpleść w trening biegowy, napiszę niżej.

Trening biegowy

Trening biegowy w okresie budowania bazy to przede wszystkim długie wybiegania w pierwszym zakresie intensywności. Budują one ogólną wydolność tlenową. Dzięki takiemu treningowi rozbudowujemy sieć naczyń krwionośnych, wzmacniamy mięśnie, uczymy organizmu gromadzenia glikogenu i spalania tłuszczu. To pozwala biegać bardziej ekonomicznie, czyli zużywać mniej tlenu, a to oznacza, że będziesz męczył się mniej, przy określonej prędkości.

Długie wolne wybiegania powinny być wykonywanie w strefie niskiej intensywności, czyli tlenowej. Jak ją rozpoznać? Jeśli nie robiłeś badań wydolnościowych, które dadzą ci odpowiedź na pytanie, w jakim tempie i tętnie robić ten trening, musisz wsłuchać się w swój organizm. To bieg wolny, podczas którego z łatwością możesz rozmawiać i czujesz, że mógłbyś biec w takim tempie bardzo długo.

Wycieczki biegowe powinny standardowo trwać od półtorej do dwóch godzin. Dlaczego nie dłużej? Bieg powyżej dwóch godzin znacznie uszczupla zapasy glikogenu w mięśniach i w efekcie osłabia organizm. Po kilkugodzinnym wysiłku organizm regeneruje się w pełni nawet kilka dni. Jeśli jedziesz na wypad w góry i planujesz cało czy pół-dniowe wycieczki górskie, to pamiętaj o odpowiedniej regeneracji po bieganiu i stałym odżywianiu i nawadnianiu podczas wycieczki. Po takim wypadzie w góry trzeba parę dni poluzować z treningiem. Podczas długich wybiegań warto wplatać krótkie, szybkie przebieżki dla pobudzenia mięśni, np. po 7 km zrobić 5 przebieżek po 30 sekund na dowolnej przerwie.

wycieczka biegowa, Zielony Staw Kieżmarski

Zielony Staw Kieżmarski, Tatry Słowackie

Biegi ciągłe w drugim zakresie

Drugi zakres intensywności treningowej (według polskiej szkoły) to strefa przemian tlenowo-beztlenowych. Organizm zaczyna się powoli zakwaszać, ale jest w stanie ten kwas utylizować i utrzymać równowagę kwasowo-zasadową przez dłuższy czas (zależny od wytrenowania). To szybszy bieg niż w pierwszej strefie, sprawiający większą trudność, ale to tempo, przy którym czujesz, że możesz biec nim godzinę czy dłużej. Utrzymanie tego tempa nie powinno być trudne i męczące jak np. przy zawodach na 10 km, ale nie jest to trucht. To takie mocniejsze wybieganie. Dla mniej zaawansowanych biegaczy to tempo maratonu czy nawet trochę wolniej.

W tej strefie wykonujemy długie biegi ciągłe. Zaczynamy przykładowo od 8 km w danym tygodniu i co tydzień zwiększamy dystans o 2 km aż dojdziemy do 16 km.

Jeśli przygotowujesz się do biegów górskich, w drugim zakresie biegaj crossy, czyli biegi w zróżnicowanym, pagórkowatym terenie. W mieście może to być park, w którym są schody czy mniejsze górki. Świetnym terenem do takich treningów są podmiejskie lasy czy laski w mieście. A najlepiej górski teren, czyli taki, jak na zawodach.

Biegi ciągłe w drugim zakresie to już dość mocny trening i według mnie powinno się je wdrożyć po co najmniej jednym mięsiącu spokojnych rozbiegań.

Długie wybiegania, biegi ciągłe w drugim zakresie oraz wzmacnianie całego ciała to podstawowe jednostki treningowe podczas budowania bazy tlenowej i wydolnościowej.

Biegi regeneracyjne i przebieżki

Dodatkowo warto robić krótkie rozbiegania regeneracyjne (spokojny trucht) następnego dnia po długich wybieganiach i biegach ciągłych. Dzięki tym biegom dotleniasz mięśnie i szybciej się regenerujesz. Z kolei dla pobudzenia mięśni i przygotowania ich do pracy szybkościowej, która czeka cię w późniejszym okresie – wykonuj przebieżki. To krótkie odcinki, np. 60-100 m biegane żwawo, ale nie na maksymalnych obrotach z dbałością o technikę biegu.

Jak długo?

Okres budowania bazy może trwać miesiąc czy nawet trzy miesiące, a wszystko zależy od tego, kiedy planujesz pierwsze starty w sezonie i jak długo chcesz odpoczywać po poprzednim sezonie. Według mnie im dłużej trwa budowanie bazy, tym lepiej. To jest podstwa Twojego biegania i dobre przepracowanie okresu budowania bazy pozwoli Ci unikać kontuzji w sezonie.

Im bliżej okresu bezpośredniego przygotowania startowego, tym bardziej trzeba skupić się na treningu specjalistycznym. Przykładowo po jednym czy dwóch miesiącach budowania bazy, wplataj powoli treningi w tempie progowym (krótsze odcinki z przerwami – 3 x 3 km, 4 x 2 km lub dłuższe 6-12 km biegu ciągłego, długość treningu zwiększaj stopniowo co tydzień o 1-2 km) i interwały – krótsze odcinki biegane powyżej progu beztlenowego, tzw. trening VO2max (powtórzenia 1 km, 600 m, 400 m, 200 m i różne kombinacje) oraz siłę biegową (krótsze i dłuższe podbiegi oraz mocne crossy). Więcej o tych formach treningu pisałam tutaj.

Przykładowy tydzień treningowy

Dla początkujących i średniozaawansowanych

poniedziałek: wolne lub rozbieganie regeneracyjne 6 km

wtorek: wzmacnianie (trening funkcjonalny, crossfit lub wspinanie)

środa: bieg ciągły w drugim zakresie 8 km, poprzedzony rozgrzewką i schłodzeniem po 2 km

czwartek: trening uzupełniający: pływanie, rower lub biegówki

piątek: rozbieganie 10 km, w tym przebieżki 10 x 100 m

sobota: wzmacnianie (trening funkcjonalny lub crossfit) lub pływanie

niedziela: długie wybieganie w terenie pagórkowatym 15 km/biegówki albo skitury – 2 godziny

Dla zaawansowanych

poniedziałek: rano rozbieganie regeneracyjne 8 km, po południu: wzmacnianie

wtorek: bieg ciągły w drugim zakresie 12 km (poprzedzony rozgrzewką i schłodzeniem po 2 km)

środa: trening uzupełniający (rower, skitury, biegówki)

czwartek: rano rozbieganie 12 km, w tym 7 przebieżek po 30 sekund, po południu wzmacnianie

piątek: bieg ciągły w terenie crossowym 8 km (poprzedzony rozgrzewką i schłodzeniem po 2 km)

sobota: wolne lub krótkie rozbieganie albo rower

niedziela: wycieczka biegowa 20 km w terenie pagórkowatym lub w górach/biegówki albo skitury.

Ja miałam trzy miesięczną przerwę od biegania i kłopoty zdrowotne, więc na pewno do końca marca (lub dłużej) mój trening będzie się składał z dłuższych weekendowych, bardzo spokojnych wycieczek biegowych i skiturowych. Do tego spokojne rozbiegania w ciągu tygodnia, wzmacnianie w domu albo na siłowni, joga i wspinanie na sztucznej ściance.

skitury, Kasprowy Wierch

Kasprowy Wierch

]]>
https://biegamwgorach.pl/budowanie-bazy-zima/feed/ 0
Sprzęt do biegania w górach zimą https://biegamwgorach.pl/sprzet-do-biegania-w-gorach-zima/ https://biegamwgorach.pl/sprzet-do-biegania-w-gorach-zima/#comments Sat, 02 Dec 2017 16:41:31 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=5745
Sprzęt do biegania w górach zimą

Foto. Błażej Łyjak

Moje początki biegania to była czysta amatorka. Na pierwsze bieganie wychodziłam w zwykłych „adidasach” na siłownię, bawełnianych spodniach dresowych i miejskiej kurtce. A po trzech miesiącach biegania pojechałam na obóz biegowy… w Tatry… zimą! No i stanęłam przed wyzwaniem nabycia „profesjonalnego” biegowego sprzętu. Nie myśląc za wiele kupiłam buty biegowe. Ale były to buty bez żadnego bieżnika, letnie i przewiewne. Do tego dokupiłam jeszcze ocieplane legginsy z windstoperem z przodu. Trzeba zauważyć, że 6 lat temu sklepy ze sprzętem do biegania po górach czy to stacjonarne czy internetowe to była rzadkość. Więc na tym moje zakupy się skończyły. Na szczęście miałam jakiś sprzęt rowerowy, jak plecak czy kurtka i to musiało mi wystarczyć. O takich rzeczach jak raczki, stuptuty czy buty do biegania ze specjalnym bieżnikiem nie miałam pojęcia.

Teraz w sprzęcie można wybierać i przebierać. I można się też w tym trochę pogubić i przesadzić. Jestem zwolenniczką tezy, że żeby zacząć przygodę z nowym sportem najważniejszy jest zapał i konsekwencja a nie obkupienie się sprzętem. Ale z drugiej strony w górach (zwłaszcza zimą) sprzęt odgrywa dość istotną rolę. Od jego niezawodności (i umiejętności posługiwania się nim) często zależy nasze zdrowie i życie, a im bardziej profesjonalny i lżejszy, tym możemy poruszać się pewniej i szybciej.

Dlatego postanowiłam podzielić się moim wieloletnim doświadczeniem w doborze sprzętu na zimowe bieganie po górach. Mój spis dotyczy długich górskich wycieczek, a nie krótkich treningów w niższych partiach gór. Piszę nie tylko o sprzęcie stricte biegowym, a także o odżwywianiu i nawadnianiu.

Buty i stopy

ciepłe buty z dobrym bieżnikiem i goretexem: zaczynałam biegać po Tatrach zimą w zwykłych asfaltówkach, trzy lata później miałam już buty trailowe, ale na letnie warunki, w których zamarzały mi stopy. Teraz biegam w butach z goretexem (i dobrym bieżnikiem) Adidas Terrex Boost (recenzja tutaj) i  Terrex Agravic. Polecam też buty dedykowane na zimę i góry z wbudowanym stuptutem. Obecnie można przebierać w markach i cenach: Dynafit, Salomon, The North Face, Tecnica.

stuptuty: rzadko ich używałam, ponieważ w trudnym terenie spadają z buta i śnieg tak czy owak wpada do środka. Dlatego kupiłam buty z wbudowanym stuptutem – The North Face Ultra Winter. Ale jeśli jest mało śniegu lub biegacie po ubitym szlaku, stuptuty czy też wysokie buty nie są potrzebne.

raczki: warto wiedzieć, że słoneczna aura w górach i mało śniegu zwykle oznacza oblodzone szlaki. Na takie warunki przydają się lekkie biegowe raczki (ok 200 gramów jeden), które szybko zakłada się na buta za pomocą rozciągliwej gumy. Alternatywą na raczków są buty z kolcami, ale polecam je tylko na trasy, które przebiegają wyłącznie po śniegu, gdyż na skale czy asfalcie szybko zetrzemy kolce. U mnie sprawdziły się solidne raczki marki Camp (Ice Master) i nieco lżejsze Snowline.

raki: warto zabrać prawdziwe raki, nie po to, żeby w nich biegać (to jest nawet niewskazane), tylko móc przejść jakieś trudniejsze trawersy. Nikogo nie zachęcam do wybierania zimą szlaków, których nie znacie, które są zamknięte i nie przechodzone, gdzie zamiast wydeptanej ścieżki jest oblodzony stromy stok. Ale jeśli już idziecie w nieznany teren, to zabierzcie raki (i czekan, o czym niżej). Ja posiadam dość lekkie, aluminiowe marki Black Diamond.

ciepłe i długie skarpety: jeśli wybieracie się na dłuższą wycieczkę w góry i jest poniżej zera, to ciepłe i długie skarpety w połączeniu z zimowymi butami mogą uratować Wam stopy. Na długie wycieczki często też zakładam skarpety kompresyjne. A długie dlatego, żeby kostki czy achilles nie wystawały na mrozie.

Sprzęt do biegania w górach zimą

Ubranie

ocieplane legginsy: gdy temperatura spada poniżej zera, zawsze zakładam ocieplane legginsy, a czasami jeszcze pod nie zakładam dodatkowe legginsy termoaktywne. Na duże mrozy dla kobiet świetnym rozwiązaniem jest dodatkowa biegowa spódniczka.

lekkie spodnie wiatroodporne: gdy temperatury są bardzo niskie i wieje wiatr watro zabrać dodatkowo lekkie spodnie wiatroodporne, które założymy np. na grani czy w wyższych partiach gór. Ja posiadam ultralekkie spodnie marki Attiq, rozpinane na całej długości nogawki, dzięki czemu, żeby je założyć nie trzeba zdejnmować butów. Są to w zasadzie spodnie skialpinistyczne, gdzie wiadomo, zdejmowanie buta, to jeszcze większe wyzwanie 😉

bluzka z długim rękawem: jako pierwszą warstwę zawsze zakładam bluzkę termoaktywna z długim rękawem, ewentualnie z domieszką wełny.

ciepła bluza biegowa: jako warstwa podstawowa, najlepiej rozpinana na całej długości, żeby można było regulować temperaturę lub łatwo ją zdjąć, gdy jest zbyt ciepło. Obecnie można kupić bluzy z windstoperem na klatce piersiowej, co jest świetnym rozwiązaniem na mroźną i wietrzną pogodę. Polecam też bluzy z kapturem, jako dodatkowe zabezpieczenie przed zimnem (przez głowę tracimy najwiecej ciepła).

lekka wiatrówka: jeśli nie ma dużego mrozu zabieram tylko wiatrówkę zamiast grubej bluzy, ale zwykle biorę ją zawsze jako dodatkową warstwę, która przydaje się na grani i w wyższych partiach gór.

lekka kurtka puchowa: biorę ją prawie na każdą długą wycieczkę, gdy wybieram w wyższe partie gór, nawet gdy jest słoneczna pogoda i jest miarę ciepło (ok 0 stopni). Po pierwsze pogoda może się w każdej chwili załamać, mogę się zgubić i czekać na pomoc w miejscu, mogę nie zdążyć na busa i czekać w zimnie na okazję. Sytuacji, jakie mogą się zdarzyć, jest cała masa, a taka kurtka prawie nic nie waży. Poza tym osoby, które mają 15% tkanki tłuszczowej lub mniej marzną dużo bardziej, a taka kurtka na wietrznej grani lub szczycie daje niesamowicie dużo ciepła.

kurtka z goretexem: zabieram ją gdy jest wietrzna pogoda i jest bardzo zimno (-10/15) zamiast wiatrówki.

czapka: zawsze mam dodatkowe dwie lekkie biegowe czapki, czyli w sumie trzy. Gdy robi się zimniej zakładam dwie na raz lub zmieniam na suchą. Gdy jest dodatnia tempratura i bezwietrznie zamiast czapki zwykle zakładam ocieplaną opaskę.

rękawiczki: wystarczą zwykłe cienkie biegowe rękawiczki (chyba że komuś bardzo marzną dłonie). Jeśli wybieramy się w trudny teren, gdzie będzie trzeba używać rąk, np. na łańcuchach, przydadzą się dodatkowe cieplejsze rękawiczki, z grubszą, nieprzecieralną warstwą od spodu.

buff: używam tylko na szyję, nie uznaję zakrywania ust czy twarzy, wydychane powietrze zaraz zamarznie a my będziemy mieć na twarzy okład z lodu.

trening w Tatrach Zachodnich, Dolina Chochołowska

Tatry Zachodnie, Dolina Chochołowska

Pozostały sprzęt

czekan: gdy wybieram się w wyższe partie na strome stoki zabieram czekan (w zestawie z rakami). Na biegowe wycieczki wystarczy lekki czekan turystyczny, ale żeby był przydatny, trzeba umieć go używać.

kije trekkingowe: jeśli macie mocne ramiona i plecy kijki na pewno dodadzą Wam mocy, w zimowych warunkach, w kopnym śniegu, czy na oblodzonych podejściach mogą dodatkowo pomóc. O treningu z kijami pisałam tutaj. Biegam ze składanymi kijami Mountan King Trail Blaze.

czołówka: do tej pory zabierałam tylko wtedy, gdy planowałam bardzo długą wycieczkę (o godz. 16 w grudniu jest już ciemno, o czym nie każdy górski turysta pamięta…). Przekonałam się jednak, że warto mieć czołówkę na stałe w plecaku, najlepiej jej nigdy nie wyjmować. Plecak zabieramy zwykle na dłuższe wycieczki, a wtedy zawsze jest ryzyko wracania po zmroku, czy to jest zima czy lato. Poza tym w górach naprawdę wszystko może się zdarzyć i planowana 3-godzinna wycieczka może zamienić się w całodniową.

folia NRC: powinno się ją mieć w plecaku biegowym przez cały rok i na stałe, tak jak czołówkę. Niektóre plecaki są sprzedawane razem z NRC, znajduje się w specjalnej kieszonce i najlepiej jej nie wyjmować.

ubezpieczenie: jeśli dużo biegacie w górach warto posiadać całoroczne ubezpieczenie górskie obejmujące cały świat, zwłaszcza gdy wybieracie się w góry zagranicą lub w Polsce na szlaki graniczne, a jest takich bardzo dużo – w Tatrach, Karkonoszach, Beskidach czy Bieszczadach. Jeśli się zgubicie i będziecie musieli zejść np. na słowacką stronę, ewentualna akcja ratunkowa może Was dużo kosztować. Ja posiadam ubezpieczenie Alpenverein.

telefon z numerami ratunkowymi: gdy wybieracie się w rejony przygraniczne, np. w Tatry czy Karkonosze warto posiadać numery również zagranicznych służb ratunkowych.

zegarek z kompasem, GPS i wysokościomierzem: polecam ze względów bezpieczeństwa, umożliwienia nawigacji i podania współrzędnych własnego położenia.

dobra mapa: jeśli wybieracie się w góry zagranicą, polecam mapę z nazwami oryginalnymi. Przykładowo w Tatrach Słowackich jest wiele różnic nazewniczych i mylących nazw – Lodowa Kopa to po słowacku Mały Lodowy Szczyt, a Mały Lodowy Szczyt to słowacka Szeroka Wieża. Słowackie nazwy często niczym nie przypominają polskich, niemalże na każdej wycieczce na Słowację przekonuję się, że warto je znać. Kiedyś dogadałam się ze Słowakami tylko dlatego, że wiedziałam, że Rakuska Czuba to po słowacku Wielka Świstówka (Veľka Svišťovka). Chodzi o bezpieczeństwo i możliwość podania w ewentualnej akcji ratunkowej, czy w razie zgubienia się dokładnego położenia, ale też o komunikację na szlaku z innymi osobami.

plecak biegowy: żeby to wszystko pomieścić, trzeba mieć jakiś plecak. Biegam w kamizelkach biegowych 5-cio lub 10-cio litrowych, w zależności od długości wycieczki i ilości sprzętu. Jeśli nie biorę raków i czekana spokojnie mieszczę się w 5-ciu litrach. Obecnie testuję nowe kamizelki biegowe marki CamelBak.

Odżywianie i nawadnianie

żele i batony: powinno się zabierać je w takiej ilości, żeby starczyło na spożycie żela (batonu) co godzinę lub pół godziny i jeszcze mieć awaryjny zapas. Zimą mamy dużo większy wydatek energetyczny, gdyż ciało musi się ogrzać, warunki są ekstremalne i to samo podejście zimą może kosztować Was więcej wysiłku niż latem. Staram się mieć całe jedzenie ze sobą i być niezależną od schronisk (nawet jeśli takie mają być na trasie).

picie: mimo, że zimą chce się mniej pić niż w upalny letni dzień, to musimy się regularnie nawadniać, czyli litr wody na godzinę wysiłku. To bardzo dużo, ale odwodnienie oznacza gorszą regenerację i spadek wydolności. Dobrze nie pić samej wody, ale napój izotoniczny, może być własnej roboty, ja stosuję wodę z miodem, sokiem z cytryny, imbirem i solą himalajską. Nie jesteśmy raczej w stanie zabrać 3 litrów wody (bukłak ma 2-1,5 litra a dwa flaski łącznie – 1 litr), dlatego zimą warto wybierać trasy ze schroniskami (również ze względów bezpieczeństwa) i uzupełniać wodę jak najczęściej. Żeby nie kupować gotowych napojów polecam zabrać izotonik w proszku lub tabletkach.

* * *

Bardzo dużo tego sprzętu, plecak faktycznie waży dużo, ale na szczęście z biegiem czasu staje się coraz lżejszy. Wszystko też zależy od tego, gdzie się wybieracie. Jeśli chcecie biegać tylko dolinkami, po wydeptanych szlakach, z przerwami w schroniskach, to wiele z tych rzeczy nie będzie potrzebne. Jednak na wycieczki w trudnym terenie, na przykład tatrzańskie szczyty i granie – cały wymieniony powyżej sprzęt się przyda.

Chętnie też przeczytam, jakie są Wasze doświadczenia ze sprzętem w zimowych warunkach.

I na zakończenie. W górach zimą, gdy jest dużo śniegu, czas wycieczek trzeba mnożyć co najmniej razy 2 (w porównaniu do letnich warunków). Rano przed wyjściem trzeba zawsze sprawdzić aktualne zagrożenie lawinowe i warunki, które podawane są na strona TOPR’u (GOPR’u) i dostosować do nich swoją trasę. Trasę trzeba też zawsze dostosować do własnych umiejętności i doświadczenia i nie wybierać się w góry samemu.

Powodzenia!

Polecam również

bieganie w Tatrach zimą

Tatry Zachodnie

]]>
https://biegamwgorach.pl/sprzet-do-biegania-w-gorach-zima/feed/ 12
Wyszehradzki Ultramaraton im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego 34 km – relacja https://biegamwgorach.pl/34km-relacja/ https://biegamwgorach.pl/34km-relacja/#comments Thu, 14 Sep 2017 07:00:59 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6514 Wyszehradzki Ultramaraton im. Lecha Kaczyńskiego 34 km - relacja

Miałam nie pisać relacji z mojego ostatniego startu, ale nowa nazwa tak mnie rozbawiła i jednocześnie zasmuciła, że postanowiłam upamiętnić ten bieg na blogu.

O tym, że o nowej nazwie dowiedziałam się w piątek przed startem, pisałam wczoraj. Myślałam początkowo, że to żart i dlatego to zbagatelizowałam. Ale na dekoracji okazało się, że to nie jest żart. Tak, Lech Kaczyński, który jak wiadomo, wiele miał wspólnego z bieganiem i sportem, patronem najbardziej popularnych biegów górskich w Polsce. Pan Zygmunt zapewnia, że nazwa zostanie i dojdą jeszcze nowe. Ciekawe, jakimi imionami, których polityków, zostaną nazwane biegi dla dzieci. I ciekawe, czy też zostanie to ogłoszone 3 dni przed zawodami, żeby wszyscy, którzy mieli się zapisać, zapisali się i porezerwowali noclegi.

No dobra, zostawmy politykę, zajmijmy się bieganiem. Na tym blogu jest już relacja z biegu na 100 km, 64 km, pora na 34.

Nie jestem jakoś specjalnie wytrenowana, ale czułam, że w tempie 6:00 jestem w stanie pobiec, czyli w czasie 3:20-3:25. Skąd niby mogłam to wiedzieć? A no z czasów, jakie robiłam na mocniejszych wybieganiach, czyli w drugim zakresie. Dwa tygodnie przed zwodami pobiegłam trailową dychę na zmęczeniu w 45 minut, potem wbiegłam na Rysy w 2 godziny i 6 minut w dolnej granicy 2 zakresu. Wyglądało to wszystko dobrze, jak na brak trenowania szybkości. O moim treningu w sierpniu pisałam tutaj.

Do Krynicy przyjechałam w piątek po południu. Odebrałyśmy ze znajomymi pakiety. Ciężko było przebić się przez miasto, ciągle jakiś bieg, barierki, brak przejścia na drugą stronę deptaku, potem jeszcze zamknięta ulica, o czym nie było żadnej informacji, widniała jedynie tablica, że droga będzie zamknięta w sobotę. W końcu o 20 udało mi się dotrzeć do pensjonatu i po 21 poszłam spać.

Obudziłam się o 6, jeszcze nigdy tak długo nie spałam przez żadnymi zawodami. W ogóle się nie stresowałam. Zjadłam wafle ryżowe z awokado i masłem orzechowym i pobiegłam na deptak. Miałam 3 km, ale po drodze spotkałam Przemka Barnowskiego i przeszliśmy sobie gawędząc do autokarów, które miały zawieść nas na start.

Start o godzinie 12, a my w Piwnicznej byliśmy już o 11. Bez sensu, ale widocznie tak pasowało organizatorowi. Tłum biegaczy czekał przy punkcie odżywczym, gdzie co chwilę wbiegali i wybiegali zawodnicy z dłuższych dystansów. Słońce grzało mocno i trzeba było chować się w cieniu. Rozmawiamy sobie z Przemkiem o taktyce na bieg. Chciałam pobiec bardzo mocno, sprawdzić, jak to będzie pobiec taki dystans na maksa, a potem zobaczyć, czy mnie odetnie, ile wytrzymałam. Jarałam się na ten start.

No i poszliśmy! (Co ciekawe 15 minut przed planowanym startem, kolejna wtopa organizatora, Marcin Rzeszótko i Bartek Przedwojewski ledwo zdążyli dobiec z rozgrzewki). Tłum biegaczy wybiegł na asfaltową drogę, 200 metrów płasko, po chwili ostro pod górę. I w tym momencie poczułam, że coś jest nie tak. Tętno skoczyło mocno do góry, zaczęłam się w środku gotować. Fakt, było gorąco, ale ja bardzo dobrze znoszę upały. Zrobiłam rytmy na rozgrzewce, więc wysokie tętno nie powinno mnie zaskoczyć.

Jedna po drugiej zaczęły wyprzedzać mnie dziewczyny, a ja nie byłam w stanie przyspieszyć, czułam, że tylko człapię. Myślałam, że to tylko chwilowy kryzys, który niedługo przejdzie. Chwilami przechodziłam do marszu, żeby uspokoić tętno i odblokować nogi. Właśnie, nogi. One były jakby zablokowane, jakby nie dopływała do nich krew. Z czasem przeistoczyły się w dwie kłody drewna.

Gdy stromy podbieg się skończył i wybiegliśmy na betonowe płyty wzdłuż zielonych łąk, próbowałam zmusić się do biegu w tempie 6:00, ale nogi odmawiały, jakby nie były moje i nie słuchały moich poleceń. W lesie, na zbiegach trochę udało się przyspieszyć. Na kamienistym zbiegu do Wierchomli też była ostra mijanka, tutaj już było sporo biegaczy z setki i 64. Ale płaski asfalt w Wierchomli znowu obnażył moją słabość. Miałam przecież dopiero 10 km w nogach, powinnam tutaj zasuwać co najmniej po 4:30! A ledwo człapałam po 5:30-6:00. Myślałam o zejściu z trasy. Wiedziałam już, że wyścig dla mnie się skończył, musiałabym jednak długo czekać na transport. Jak się potem okazało, byłabym w Krynicy dopiero o 17 razem z depozytami. Postanowiłam biec z myślą, że robię już tylko trening.

Ale tak jak w sobotę nie męczyłam się jeszcze na żadnym treningu. Nie ze względu na tempo, ono było wolne! Po prostu ciągnęłam za sobą dwie ciężkie kłody i czułam, jakbym ważyła 10 kg więcej. Na podejściu na Szczawnik wiedziałam, że takie strome podbiegi mogę przetruchtać. Ale nie dzisiaj. Źle mi się podchodziło i źle truchtało. Wymyśliłam więc system, 20 kroków marszem, 30 truchtem. Skupiłam się na liczeniu i czas mijał szybciej. Tym sposobem wyprzedzałam wszystkich po kolei. Tutaj był tłum, dużo więcej osób niż dwa lata temu, gdy biegłam 64 km.

Na zbiegu oczywiście poleciałam szybko, zostawiając innych daleko w tyle. Ale umówmy się, na zbiegu jedyna sztuka, to umieć się puścić. Większość biegaczy tego nie potrafi. A nie musisz nic robić, tylko się puścić i koordynować ruchy, czasami przeskoczyć przeszkodę, umieć zabalansować ciałem na nierównej nawierzchni. Nie trzeba w to wkładać wiele wysiłku.

Najgorszy fragment to podbieg do Bacówki nad Wierchomlą i dalej na Runek. Lekko pod górę, powinnam tutaj zasuwać, a ja zmuszałam się do truchtu. Co chwilę zatrzymywałam się i klepałam nogi, były zdrętwiałe, nie czułam, żeby płynęła przez nie krew. Znowu trochę biegłam, trochę szłam. Tym razem system 50/20. 50 kroków biegnę, 20 idę. To wybijało mnie z monotonii ciągnięcia sztywnych nóg.

Byłam wtedy jeszcze czwarta. Ale zaraz za Bacówką wyminęła mnie dziewczyna. Próbowałam za nią biec, ale nic z tego. Człapałam dalej. Doczłapałam do Runku, wreszcie zbieg. Ale już nawet źle mi się zbiegało. Zaczął boleć mnie brzuch. Jeszcze parę mniejszych podbiegów, na których zmuszałam się, żeby nie przechodzić do marszu. Co ciekawe, nogi mnie nie bolały, po prostu nie mogłam nimi szybko przebierać. Ostatni zbieg na deptak w Krynicy był koszmarem, a na 500 metrów przed metą nie mogłam biec nawet po 5:30. Pamiętam, że biegnąć setkę szybciej tutaj finiszowałam!

Dobiegam w 3 godziny i 46 minut, jako 5 kobieta. Tempo 6:39. Uważam, że i tak dobrze, jak na to, co działo się w tym czasie z moim ciałem. Link na stravie tutaj.

Całe szczęście na mecie spotkałam kilku fajnych znajomych i szybko zapomniałam o cierpieniu. To było fizyczne cierpienie, bo zmuszałam ciało, które nie chciało biec, do wysiłku. Ale większe były męki psychiczne, poczucie, że nie mogę biec tak szybko, jak bym chciała i jestem do tego zdolna.

Znam przyczynę tego stanu. Dziewczyny, Wy mnie zrozumiecie. Byłam dokładnie dzień przed miesięcznicą, tzn. miesiączką. Z reguły wtedy nie biegam żadnych mocnych jednostek. Źle mi się biega nawet 5 km, truchtam po 5:30 i mam ochotę jak najszybciej skończyć trening. Chyba jeszcze nigdy nie trafiłam z zawodami akurat w ten najgorszy dzień, bo nie pamiętam, żeby kiedykolwiek tak źle mi się biegło. No cóż, zawody przeszły do historii, nie udało mi się powalczyć o pudło, ale co jak co, zrobiłam mocny trening. Mam nadzieję, że zaprocentuje.

Jeszcze co jadłam i w czym biegłam.

Jadłam – 7 żeli Squeezy

Piłam wodę na punktach, kolę na ostatnim przy Bacówce

Biegłam w butach Adidas Terrex Agravic Speed*. Lekkie (215 gramów), mało amortyzacji, mały drop, drobny, niski bieżnik, dobrze przyczepna guma Continental. To świetne buty na takie zawody, gdzie jest sporo asfaltu, betonu, szuter, trochę błota i kamieni. Brak amortyzacji może niektórym przeszkadzać na stromych zbiegach. To dobre buty na szybkie, krótkie biegi trailowe.

* Dostaję buty od Adidasa, ale nie mam żadnej umowy, że mam się nimi chwalić. Wspominam o nich, bo to naprawdę fajne, lekkie buty do trailu, wdają się trwalsze od ich siostrzanej wersji Terrex Agravic. Niedługo napiszę o nich coś więcej.

]]>
https://biegamwgorach.pl/34km-relacja/feed/ 3
Ultramaraton Wyszehradzki w Supermarkecie Biegów https://biegamwgorach.pl/ultramaraton-wyszehradzki-w-supermarkecie-biegow/ https://biegamwgorach.pl/ultramaraton-wyszehradzki-w-supermarkecie-biegow/#comments Wed, 13 Sep 2017 08:21:05 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6529
Ultramaraton Wyszehradzki w Supermarkecie Biegów

Bieg w krawcie. Fot. Fotografia Tomasz Szwajkowski

W Krynicy byłam w tym roku już czwarty raz. W 2012 roku startowałam w biegu na Jaworzynę, w 2014 – 100 km, 2015 – 64 km. Wychodzi na to, że w tym roku był mój raz ostatni. Dlaczego? Przeczytajcie.

Impreza ogólnie jest fajna. Z roku na rok przybywa biegaczy i bardzo fajne jest to, że można spotkać mnóstwo znajomych. Można też poznać osobiście wielu znanych sportowców, zadać im pytania. Byłam na kilku spotkaniach: z Iwoną Lewandowską, Violettą Domaradzką, Rafałem Sonikiem czy zawodnikami teamu Salomon. W końcu obejrzałam film o Magdzie Łączak „Mój Czas”.

Mam jednak wrażenie, że im więcej z roku na rok przybywa różnych biegów, tym bardziej festiwal na tym traci. Na marginesie tylko wspomnę, że organizatorzy nie ogarniają ważnych z punktu widzenia biegaczy szczegółów. Wymienię tylko parę niedociągnięć.

Start biegu na 34 km odbył się o 15 minut wcześniej niż planowano, Marcin Rzeszótko i Bartłomiej Przedwojewski ledwo zdążyli na start. Pasta party zamiast ogólnie dostępna cały czas, była dopiero od godziny 18, podczas gdy zawodnicy przybiegali już od 11. Depozyty biegu na 34 km przyjechały na godzinę 17, a najlepsi byli na mecie już o 14:30. Ponad godzinę czekałam na możliwość przebrania się, bez klucza do domu, bez pieniędzy, głodna, bo pasta party dopiero o 18. W piątek nie można było wydostać się z głównego deptaku, bo ciągle był jakiś bieg i nie było przejścia przez metalowe bramki. Ulokowana w centralnym miejscu „Informacja” działała tak, że wolontariusze czytali informacje z książeczki, którą dostaliśmy w pakiecie. Nota bene i tak źle poinformowano mnie o czasie dekoracji, w związku z czym nie pojawiłam się na niej. Zresztą nie wiedzieć czemu dekoracje w kategoriach odbywały się w innym miejscu i o innej godzinie, niż dekoracja w open, która miała miejsce na głównej scenie. Z innych ciekawostek, dostałam koszulkę finiszera biegu na 100 km, a Marcin Rzeszótko, który zajął trzecie miejsce, nie dostał żadnej, biedak nie miał przy sobie medalu z mety. Nie wystarczyło tłumaczenie, że wynikach widnieje jako trzeci. Zasad trzeba się trzymać.

To wszystko potęgowało poczucie chaosu.

Ale i tak nic nie przebije najlepszego newsa, jaki kiedykolwiek słyszałam, jadąc na imprezę biegową. W piątek czytam na fejsie, że Bieg 7 Dolin będzie teraz nosić nazwę Wyszehradzkiego Ultramaratonu imienia Lecha Kaczyńskiego. Poważnie. Dwa razy babka powtarzała to podczas dekoracji. Żałuję, że nie nagrałam filmiku. Tę samą nazwę mają biegi na 64, 34 i 17 km. Uwaga dla dziennikarzy, nie zapominajcie w swoich relacjach dodawać „imienia Lecha Kaczyńskiego”, bo jest już w Polsce jeden Ultramaraton Wyszehradzki.

To nie wszystko. Życiowa Dziesiątka dostała zaszczytne imię Tadeusza Mazowieckiego, a bieg na 15 km – Józefa Oleksego. Oleksy i Kaczyński na jednej imprezie – da się? Da się. Wszystko wskazuje na to, że te nazwy już zostaną, to znaczy, znikł właśnie z mapy biegów ultra Bieg 7 Dolin. W przyszłym roku pojawią się za to kolejne, nowe nazwy. Na stronie festiwalu czytam:

„Jestem przekonany, że upamiętnianie tych wszystkich osób w sposób, jaki my to dziś czynimy, powinno być naturalnym elementem krajobrazu naszego życia publicznego. Uzupełnieniem tego, co jesteśmy winni tym ludziom. Zawdzięczamy im wolną Polskę, dzięki ich pracy możemy się dziś bawić, biegać. To były wyjątkowe postaci – akcentuje Zygmunt Berdychowski. Fundacja „Festiwal Biegów” kontynuuje starania, by w następnych edycjach Festiwalu upamiętnić kolejne zasłużone postaci.”

Zygmunt Berdychowski – polityk, działacz społeczny, pomysłodawca festiwalu, postać zapewne dobrze Wam znana, przynajmniej z widzenia, bo umieścił się na Karcie Biegacza, którą wielu z Was posiada.

Wracając do Biegu 7 Dolin, to znaczy Wyszehradzkiego Ultramaratonu imienia Lecha Kaczyńskiego na dystansie 100 km.

Gdy byłam tutaj 5 lat temu, to wszyscy wiedzieli, że Bieg 7 Dolin jest koronną konkurencją. Tu ścigali się najlepsi. Miało to odzwierciedlenie w nagrodach, 15000 zł za pierwsze miejsce, 10000 zł za drugie, 7500 za trzecie. Biegi na 66 i 36 km (takie były wtedy dystanse) były na marginesie, nie było tam nawet nagród. Mój brat był trzeci na 66 km i dostał chyba poduszkę?  Nikt mocny nie biegał tych dystansów, cała czołówka ścigała się na 100 km. Oprócz tych trzech biegów górskich odbywały się Biegi na Jaworzynie, które były kwalifikacją do Mistrzostw Świata. Wyróżniała się też Życiowa Dziesiątka, która przyciągała szybkich biegaczy spragnionych życiówki (trasa lekko w dół). Już wtedy było więcej mniejszych, pobocznych biegów, ale nie było jeszcze tak wielu biegaczy i te biegi schodziły na dalszy plan. Widać w tym było jakąś koncepcję. Bieg główny przez cały Beskid Sądecki z super nagrodą (i ze świetną nazwą Bieg 7 Dolin), biegi towarzyszące dla tych, którzy jeszcze nie są na etapie ultra, ale chcą poczuć tę atmosferę (start w nocy wszystkich biegów), szybka dyszka, żeby przyciągnąć biegaczy z asfaltu, biegi górskie na krótkich dystansach z eliminacjami do MŚ dla mocnych górali, trochę biegów dla osób towarzyszących, żeby coś działo się w samej Krynicy.

W miniony weekend miałam wrażenie, że nie wiadomo, o co w tym festiwalu chodzi, co jest ważne, a co jest tylko dodatkiem dla rodziny i dzieci. Wszystko i nic. Porównując do UTMB. Tam owszem, na krótszych biegach też startuje czołówka, ale nadal UTMB jest znakiem rozpoznawczym, magnesem, który przyciąga. Zawodnicy chcą pobiec OCC, CCC czy TDS, żeby poczuć atmosferę UTMB, poznać trasę, by zmierzyć się za jakiś czas z koronnym dystansem. To UTMB jest nadal najważniejszym biegiem.

W Krynicy tego nie ma. Jest jak w supermarkecie, gdzie możesz wybrać wszystko i nie możesz się zdecydować, czego naprawdę potrzebujesz. A z roku na rok dokładane są kolejne zawody. Drogi biegaczu wybieraj: bieg na 1 km, bieg na 10 km, bieg na 15 km, minimaraton, maraton, półmaraton, biegi dzieci, bieg kobiet 600 m, bieg Małopolski 600 m, bieg przebierańców, bieg kibica, nocny bieg rodzinny, jeszcze jeden bieg nocny, bieg superbohaterów, bieg w krawacie, krynicka mila, sztafeta maratońska, sztafeta deptaka, Runek Nordic Walking, Mistrzostwa Góry Parkowej w Nordic Walking, Jaworzyna Nordic Walking, do tego dochodzi Wyszehradzki Ultramaraton imienia Lecha Kaczyńskiego na dystansach 100, 64, 34 i 17 km, bieg na Jaworzynę i konkurencja Iron Run. Nie ujmując biegaczom, którzy chcą pościgać się na 600 m, 1 km lub milę, pobiec dla jaj w biegu w krawacie, w sobotę przebiec ultra, a w niedzielę wybrać się na nordic walking (do wyboru aż trzy dystanse), brzmi to wszystko trochę śmiesznie. Podziwiam organizatorów, że jeszcze się w tym nie pogubili, bo wolontariusze mają nie lada wyzwanie, o biegaczach nie wspominam, bo w czym tu pobiec, jak taki wybór i wszędzie fajne nagrody?

No właśnie, nagrody na 100 i 64 km zostały praktycznie zrównane. 5000 zł za 1 miejsce w setce i 4200 w biegu na 64 km. To sprawia, że najlepsi już nie ścigają się na 100 km, ale wybierają krótsze dystanse. Z całym szacunkiem dla wyniku Bartka Gorczycy, ale nie miał za bardzo z kim się ścigać. Wielkie gratulacje dla Magdy Łączak za 3 mejsce open, ale ona sama przyznała, że to faceci pobiegli słabo. Artur Jabłoński, Robert Faron czy Miłosz Szcześniewski pobiegli na 64 km. To na tym biegu było największe ściganie. Żebyście mnie zrozumieli, to dobrze, że na krótszych dystansach też ścigają się najlepsi. Ale przez to nagromadzenie przeróżnych konkurencji i brak jasnej polityki, nie wiadomo, o co w tym wszystkim chodzi, wszystko zlewa się w jedną masę.

No i jeszcze Iron Run – najtwardsi bohaterowie, którzy pobiegli 9 biegów w 3 dni. Z założenia być może miał być ukoronowaniem imprezy. W niedzielę w ostatniej konkurencji bohaterowie biegną wzdłuż deptaku. Ale to też się rozmyło, w tym czasie trwał koncert i prawie nikt nie był już zainteresowany biegaczami. Koncert na chwilę przerwano i zaganiano ludzi do kibicowania. Tego wyczynu nie odzwierciedlają też nagrody (2000 zł za 1 miejsce), a ci ludzie biegli i maraton i bieg na 64 km, gdzie nagrody są dwukrotnie wyższe.

Na tym bałaganie najbardziej według mnie cierpi najważniejszy kiedyś bieg ultra w Polsce. Pewnie wpływ na tę sytuację ma też fakt, że nie ma on już rangi Mistrzostw Polski w ultra. A tak było w latach 2014 – 2016. Szkoda.

Szkoda, bo nie ma teraz w Polsce biegu na 100 km, który przyciągałby całą górską ultra czołówkę. A tak było w początkowych latach Biegu 7 Dolin.

No i ta nazwa. Jeśli rzeczywiście wszystkie biegi od 100 do 17 km mają mieć już na stałe nową nazwę, to już wiem, czego na pewno nie pobiegnę w przyszłym roku. I nie chodzi o konkretne nazwiska. Chodzi o mieszanie biegania, które jest zabawą ponad podziałami, z polityką, która dzieli.

Jestem ciekawa, jak dalej rozwinie się Festiwal Biegowy, jakie jeszcze zawody wymyślą organizatorzy i jakie nadadzą im nazwy. Jeśli brakuje im pomysłów, to niech zerkną na Bieg Rzeźnika. Kiedyś kultowe zawody idą tym samym śladem masówki. Jeszcze 5 lat temu bycie Rzeźnikiem to było coś. Dziś organizator daje każdemu możliwość zostania ultrasem, choćby na raty czy w jednej czwartej. Mamy rzeźniczka, rzeźniczka intro, rzeźnika enigma, ćwierćrzeźnika, rzeźniczątko, rzeźnika ultra, rzeźnika na raty, nocny maraton rzeźnika i dzienny maraton rzeźnika.

Niszowe i elitarne kiedyś biegi ultra idą w kierunku masówki, jakiej nie znamy nawet z biegów ulicznych.

PS. Relację z mojego biegu na 34 km przeczytacie na blogu jutro.

]]>
https://biegamwgorach.pl/ultramaraton-wyszehradzki-w-supermarkecie-biegow/feed/ 6
Gdzie są granice trudności w biegach górskich. Tromso Skyrace #2 https://biegamwgorach.pl/gdzie-sa-granice-trudnosci-w-biegach-gorskich-tromso-skyrace-2/ https://biegamwgorach.pl/gdzie-sa-granice-trudnosci-w-biegach-gorskich-tromso-skyrace-2/#comments Tue, 05 Sep 2017 17:23:58 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6401 Do momentu, kiedy niemal byłam świadkiem wypadku, byłam zachwycona biegiem. To były najpiękniejsze zawody w moim życiu. Wspaniały teren, góry i morze, na trasie skały, kamienie, strome podejścia i zbiegi, błoto i śnieg. Tutaj jest wszystko, co można spotkać w górach. Biegło mi się dobrze. Nie przejmowałam się dużą konkurencją wśród kobiet, po prostu biegłam swoje. Byłam naprawdę szczęśliwa, jak nigdy na żadnym biegu! I to wszystko nagle się skończyło. W jednej chwili optymizm zastąpiły czarne myśli. Wszystko pękło jak bańka mydlana. Poczułam się jak robot, który ma tylko ukończyć bieg, wszystko ze mnie uciekło, cały zapał do rywalizacji i napierania, stałam się obojętna. Niesamowite, jak psychika wpływa na to, co się z nami dzieje na zawodach.

Tromso Skyrace 2017. Foto Ian Corless

Tromso Skyrace 2017. Grań Hamperokken. Foto Ian Corless

Idę dalej granią, bojąc się, że spadnę. W jednym miejscu na stromej ściance z ekspozycją boję się zeskoczyć na dół, czekam na zawodnika, który schodzi pierwszy i robi dla mnie stopień z rąk. Dalej idziemy razem, trochę biegniemy. W międzyczasie dogania mnie zawodniczka, której uciekłam zaraz za punktem. Pada deszczyk, na grani robi się ślisko. Poruszając się w tempie 30 min/km docieram zrezygnowana do szczytu. Jest prawie pionowo, trzeba się wspiąć po mokrej skale. Wisi poręczówka. Ruch jest wahadłowy, trzeba wejść na szczyt i zejść tą samą drogą. Niezbyt mądre rozwiązanie. Wdrapuję się na szczyt, gdzie zostaję odhaczona przez wolontariusza.

Schodzę szybko trzymając się liny, a później pokonuję kawałek eksponowanej grani. I jeszcze jeden niebezpieczny odcinek, trawers przy skale, wąska półeczka, a z lewej strony ekspozycja. Dobrze, że jest lina. Ostrożnie przechodzę ten fragment, by dostać się do stromego żlebu, którym trzeba zbiec do doliny. To chyba najbardziej stromy zbieg na tej trasie. Podobnie jest w Tatrach na zejściu z Wagi do Doliny Ciężkiej, albo zejściu z Kieżmarskiego. Na pewno nie będziecie mieć takiego zejścia na żadnym dostępnym dla turystów szlaku. Najpierw wpadam w ruchome skały i piargi, gdzie zjeżdżam razem z lawinką kamieni, które haratają mi łydkę i Achillesa. Widzę ranę i krew, ale szybko o tym zapominam, muszę skupić się na zbiegu, żeby się nie przewrócić. Po kamienistym odcinku wpadam na śnieg. Wybieram piarg po lewej stronie płata śniegu. To samo robi dziewczyna za mną, którą wyprzedziłam za szczytem.

Tromso Skyrace 2017. Foto Martina Valmasoi

Grań Hamperokken. Foto Martina Valmasoi

Na tym koszmarnym zbiegu mimo wszystko wyprzedzam chłopaków, którzy zjeżdżali po śniegu. Koniec piargów, ale to nie koniec trudnego terenu. Zaczyna się kolejny mało biegowy odcinek. Niby lekko w dół, wydaje się idealnie, żeby przyspieszyć i nadrobić straty, ale nic z tego. Przed moimi oczami ukazuje się dolina kamieni, jak gołoborza w Górach Świętokrzyskich, jak kamieniste zbocza w Tatrach Wysokich i żadnej wyraźnej ścieżki, nierówne kamienie i głazy. Nie da się po tym biec. Próbuję nieudolnie skakać z kamienia na kamień. Dogania mnie dziewczyna, która zatrzymała się na grani przy wypadku. Patrzę jak sprawnie skacze ze skały na skałę i nic nie mogę zrobić. Próbuję tak samo, ale mi nie wychodzi.

Nadchodzi najgorsze co może cię spotkać na zawodach – myśli, żeby zejść z trasy, że to nie ma sensu. Zastanawiam się, co powiem Kasi, która czeka na mnie na punkcie. Pewnie będzie mnie zagrzewać do walki. Zamiast skupić się na biegu myślę tylko o jednym: zejść czy nie zejść? Nie tak wyobrażałam sobie ten bieg. Ciągle myślę o wypadku, nie mogę skoncentrować się na biegu. Co ja tutaj robię? Gdzie moja forma i dobre samopoczucie? Jaki to wszystko ma sens?

Skały wreszcie się kończą. Teren jest teraz bardziej biegowy, znowu błoto i strome zbiegi, ten fragment znam z podejścia. Trochę zbiegając, trochę ślizgając się, nadrabiam straty i doganiam dwóch zawodników. Jeszcze tylko kilometrowy odcinek w lesie i jestem na punkcie. Mówię Kasi, że jestem załamana, że to nie ma dla nie sensu. Ona już wie o wypadku i nie muszę jej tego opowiadać. Kasia oczywiście zagrzewa mnie do biegu, przecież jeszcze tylko jedna góra. Tylko jedna góra, ponad 1200 metrów podejścia. Biorę kijki i decyduję mimo wszystko skończyć ten bieg.

Tromso Skyrace 2017. Foto Martina Valmassoi

Grań Hamperokken. Foto Martina Valmassoi

Jeszcze raz Tromsdalstinden

Już nie myślę o miejscu i czasie. Chcę po prostu dotrzeć do mety w jednym kawałku. Najgorsze uczucie, jakie kiedykolwiek miałam na zawodach.

Przede mną 2 kilometry po łące, tym razem – już po deszczu – masa much i komarów, dwie przeprawy przez rzekę i pnięcie się stromo w górę po błocie. Mimo, że mam kijki, momentami łapię się ziemi, korzeni i drzew. Jest gorąco i lepią się do mnie te przeklęte komary! Nie mogę ich odgonić, bo w rękach mam kijki. Niby już się nie ścigam, ale co chwilę patrzę, czy ktoś mnie nie goni. Za mną nie ma nikogo, za to przede mną wyłania się z krzaków i wysokich traw zawodnik biegnący w dół. Na moje pytające spojrzenie odpowiada, że dla niego już dziś wystarczy, że ma już dość. Gość ma dosłownie to samo w głowie co ja. Ale ja się nie poddam. A przede mną jeszcze ponad 1000 metrów stromo pod górę, po głazach, błocie, przez rzeki i po śniegu.

Wspinam się, radząc sobie jakoś z komarami, na próg doliny, gdzie jest znajome mi wypłaszczenie i parę przepraw przez potoki. Komary w końcu znikają i robi się przyjemnie chłodno. Przede mną dwóch zawodników, a jednak nie jest ze mną tak źle, kogoś mimo wszystko doganiam! W jednym potoku zatrzymuję się na dłużej i polewam nogi lodowatą wodą, co za ulga. Jak przyjemnie byłoby zostać tutaj na dłużej!

Doganiam biegaczy przed podejściem na Tromsdalstinden. Znowu skały i stromo. Robi się zimno. Słońce zachodzi za chmury, zaczynają zamarzać mi stopy, jestem głodna. No tak, żeli miałam na 10 godzin a nie 11-12. Na punktach nic nie jadłam, nawet nie wiem, co tam serwowali. Doganiam kolejnego zawodnika i pytam, czy nie ma jakiś zbędnych batonów, żeli, cokolwiek. Ma! Częstuje mnie przepysznym batonem, czekoladowo-orzechowym, ależ mi smakuje! Pokrzepiona przyspieszam, zwłaszcza, że dostrzegam przed sobą jakąś zawodniczkę. Znowu mam cel, dognić ją przed tym szczytem. Chorągiewki pokazują drogę prosto do góry, ale idę zakosami, jest tak stromo.

Stok jest już nieźle przeorany, jest dużo więcej błota niż było tutaj parę godzin temu na zbiegu. „O, jak fajnie mi się tutaj zbiegało!” Myślę sobie. Jakże inne miałam wtedy nastawienie i cele. Walczyłam o jak najlepsze miejsce i czas, a teraz chcę tylko ukończyć, może w 11 godzin? Choć wydaje mi się to coraz mniej realne. Tak rozmyślając docieram na szczyt, pokonując przed samym szczytem wygodne, równo wyciosane, szerokie, śnieżne schody – komuś się nudziło.

Na szczycie biegnę w lewo, ale wolontariusze krzyczą do mnie i kierują mnie w prawo. Częstują mnie jeszcze pycha żelkiem. „O, jakbym teraz zjadła takich żelków więcej!” Zbieg po nierównych, nieułożonych w żaden chodnik skałach wygląda w moim wykonaniu pewnie komicznie, na świeżości skakałabym tutaj jak kozica, a biegnę tylko trochę szybciej niż marsz. Skały wreszcie się kończą. Nie wierzę własnym oczom, ale przede mną piękna, zielona dolina i niekończąca się łąka! Nareszcie coś innego niż szaro-czarne skały. W końcu, od dobrych trzydziestu kilometrów można swobodne biec! Wyciągam nogi, zmuszam się, żeby przyspieszyć do 5:00. Nogi nie chcą, ale wiem, że da się to zrobić siłą woli, po prostu zmusić się do szybszego biegu. Szybko uciekam zawodnikowi, który biegł ze mną od czasu poczęstowania mnie batonem. Za ok 1 km odwracam się i już go nie widzę.

Próbuję się jeszcze bardziej rozpędzić, z zegarka wynika, że jeszcze ok 5 km do mety. Może uda się jednak 11 godzin? Ale nie, po ok 4 km fajnego biegu (z przeszkodami w postaci przekraczania strumieni) wolontariusz każe skręcić w lewo pod górę i zaraz przypomina mi się profil trasy, jeszcze będzie jakaś górka! Znowu przekraczanie strumieni i podbiegi, zbieg i podbieg. Próbuję wszystko podbiegać i tak doganiam kolejnego zawodnika i szybko go wyprzedzam. Gubię się na chwilę na łące, czekam na biegacza, którego zostawiłam z tyłu, by za chwilę znowu mu uciec. Od jakiegoś czasu widać w dole Tromso, ale nie widzę tego ostatniego zbiegu do miasta. Trasa prowadzi do górę i w dół wśród łąk i lichych drzewek.

Dobiegam do stacji kolejki nad miastem, gdzie jest punkt odżywczy. Zegarek pokazuje, że zaraz powinna być meta, za ok 2 km, ale to mi nie wygląda na 2 km… „Punkt odżywczy?” Coś mi nie pasuje. Mimo, że to już prawie koniec biegu zaglądam na stoły, są chipsy, żelki wszelkiego rodzaju, czekolada. Chwytam garść żelków i chowam je do kieszonki plecaka, biorę jeszcze trochę chipsów i wybiegając pytam, ile jeszcze do mety. „ 6 km” słyszę. „6 km? Niemożliwe!”

Ostatnia „prosta”

Ostatni zbieg to chyba najłatwiejszy zbieg na całej trasie, wąska ścieżka, wiodąca zakosami przez łąki, a potem las. Biegnie mi się przyjemnie, nikogo nie gonię, przed nikim nie uciekam, 3 km jakoś szybko mija. Wbiegam do miasta, jeszcze tylko 3 km po asfalcie. Przed mostem stoją wolontariusze i pokazują drogę. Trzeba przebiec ścieżką pod mostem i wbiec na niego. Nie wiem, jakim cudem, ale biegnę w zupełnie innym kierunku, wzdłuż rzeki, odwracam się zaniepokojona faktem, że nie ma mnie na moście. „Gdzie ja jestem?” Most mam za plecami i oddalam się od niego. Wracam. Chyba jestem bardzo zmęczona. Tak, to takie zmęczenie na długim biegu, gdy nie ma w tobie emocji, gdy wszystko ci obojętne i nie masz energii, żeby na koniec przyspieszyć i cieszyć się biegiem. Niewielki podbieg na moście, a mnie ciężko utrzymać tempo 6:00, jakoś to wytrzymuję, potem w dół i jeszcze tylko 1 km kluczenia po mieście. Jest meta! Emelie Forsberg zapowiada mój finisz. Adam z Kasią wychodzą mi naprzeciw. Jak miło.

Tromso Skyrace 2017

Tromso Skyrace 2017

Gdzie są granice trudności?

Cieszę, że to już koniec. Ale nie ma we mnie euforii i endorfin. Czuję ulgę, że nie muszę już biec w tym terenie, że nic mi się nie stało. Ok, jestem dumna, że skończyłam, nie zeszłam z trasy, ale 14 miejsce wśród kobiet wcale mnie nie cieszy, czas jest jak dla mnie słaby, wiem, że odpuściłam. Za bardzo przeżyłam wypadek, który widziałam. Na mecie dowiaduję się, że dziewczyna żyje, ale w trakcie biegu tego nie wiedziałam. Doskonale teraz wiem, co czują alpiniści, którzy są świadkami wypadku w Himalajach, lub dowiadują się, że ich kolega zginął na wspólnej wyprawie. Naprawdę ciężko jest wtedy kontynuować swoje wyzwanie i być nieczułym na to, co się stało. Do dziś się zastanawiam, dlaczego nie przerwano biegu. Bo przeżyła?

Hillary Allen przeżyła cudem. Spadła z grani 30 metrów. Ma bliznę na skroni, połamała obie ręce, nogę i stopę. Przeszła kilka operacji. Miała szczęście, że wypadek widziała dwójka fotografów, zeszli w dół, owinęli folią NRC, przykryli puchówką i zadzwonili po pomoc.

Wypadki zdarzają się wszędzie. Są przypadki śmiertelne na maratonach, bo ktoś miał wadę serca i zmarł na mecie, a to przecież nie powinno zrażać do biegania maratonów, tylko skłaniać do robienia regularnie badań. Na biegach górskich też przecież powszechnością są upadki. Biegacze skręcają kostki, łamią ręce i nadgarstki, upadając na ręce. Z reguły jest to potknięcie o kamień na zbiegu, poślizgnięcie się na błocie czy mokrych skałach. Sama raz rozcięłam kolano i szczęśliwie nie pękła mi łąkotka, zraniłam policzek, zdjęto mnie z trasy i zszyto kolano. Mogę powiedzieć, że cudem nie walnęłam głową w kamienie, zbiegając w tempie 3:30 na Gran Canarii.

Jednak te wszystkie wypadki, które nie raz widziałam i moje własne doświadczenie nie spowodowały, że przestałam lubić biegi górskie. Wypadki są wliczone w ten sport. Mimo to wypadek na Tromso Skyrace wyjątkowo mną poruszył. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to nie był błąd biegaczki i można było tego uniknąć. Gdyby organizatorzy nie patrzyli na ten bieg tylko ze swojej perspektywy i spojrzeli na poziom zawodników. Wystarczyło zabezpieczyć trasę. Zamocować poręczówki, poustawiać ratowników. Lub po prostu nie poprowadzić trasy ostrzem grani, tylko trawersem.

Na KIMA, gdzie jest więcej prawie pionowych ścianek, są łańcuchy, klamry, liny, w szczególnie niebezpiecznych miejscach wiszą ratownicy i służą asekuracją, gdy ktoś sobie nie radzi. Tutaj eksponowana grań, mokro, ślisko i nic. Była tylko lina na prawie pionowym wejściu na Hamperokken. Zresztą wejście i zejście się pokrywały, więc biegacze mijali się na tym bardzo trudnym odcinku. Była jeszcze jedna poręczówka na trawersie przy pionowej skale z dużą ekspozycją. Bez niej, naprawdę nie wiem, czy bym przeszła. To są zawody, jest się koszmarnie zmęczonym, w stresie, to nie jest niedzielna wycieczka w góry z kolegami i przerwami na kanapki.

Jak już wspominałam, tak trudne i strome zbiegi i podejścia (800 metrów na 1,5 km) mamy u siebie w Tatrach, ale poza szlakami, w trudnych, kamienistych żlebach na najwyższe szczyty i przełęcze. W zawodach Tromso Skyrace może wziąć udział KAŻDY. Nie jest wymagane żadne doświadczenie, ani biegowe, ani wspinaczkowe. Spotkaliśmy gościa, którego był to drugi start w życiu (!). Gość przebiegł półmaraton i zapisał się na Tromso. Na jego szczęście nie zmieścił się w pierwszym limicie. Większość startujących, podobnie jak ja, mimo że biegłam już KIMA i Gran Paradiso, też z cyklu Skyrunning Extreme – zapisując się na ten bieg, nie ma zielonego pojęcia na co się pisze.

Gdzie są granice trudności i bezpieczeństwa w biegach górskich i czy w ogóle są? Odpowiem tak jak na wstępie. Nie ma ich. Są i będą chętni, żeby na zorganizowanych zawodach doświadczać ekstremalnych trudności i pokonywać ekstremalne długości w skrajnych warunkach. Po co? Może, żeby sobie i innym coś udowodnić? To pytanie na odrębny wpis. Ale powtórzę, to znak naszych czasów. Czasów fejsa, indywidualizmu i powszechnego fejmu, ale też przekraczania ludzkich granic i możliwości. Ja bym tylko chciała, żeby na ekstremalnych zawodach nie znajdowały się osoby przypadkowe, ale ludzie do takich warunków przygotowani i tych warunków w pełni świadomi. A jeśli puszczamy wszystkich jak leci, to zróbmy to tak, żeby możliwie ograniczyć ryzyko. Żeby każdy na mecie mógł się cieszyć, że przeżył właśnie przygodę życia.

EDIT: Jon Albon, tegoroczny zwycięzca, mówił po biegu, że w tym roku trasę poprowadzono ściśle granią, w porównaniu do poprzednich edycji, i dlatego bieg był wolniejszy.

Zdjęcia: Ian Corless, Martina Valmassoi

]]>
https://biegamwgorach.pl/gdzie-sa-granice-trudnosci-w-biegach-gorskich-tromso-skyrace-2/feed/ 2