Szkocja – BIEGAM W GÓRACH https://biegamwgorach.pl treningi w Tatrach, bieganie w górach i w terenie, biegi górskie, obozy biegowe w górach, Fri, 19 Oct 2018 17:12:27 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.6.2 Twarda skała przetrwa wszystko. Glen Coe Skyline – część 4 https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-4/ https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-4/#comments Sat, 22 Sep 2018 12:22:39 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8140 Do tej pory biegliśmy oryginalną trasą Glen Coe Skyline z jednym dodatkiem. Wbiegaliśmy i zbiegaliśmy ze Stob Coire Raineach, extra 200 metrów w pionie w hamującym wietrze.

Przede mną ostatnie grząskie podejście na przełaj stromym stokiem, 550 metrów w pionie na 1,5 km. Dalej znowu łączymy się z normalną trasą.

Jeszcze jedna gliniasta sztajcha…

To jeszcze nie koniec niespodzianek. Kolejne przejście po kolana przez rzekę nie robi już na mnie wrażenia. Ledwo rozgrzane zbiegiem stopy znowu zamarzają. Wyciągam kijki i wciągam się na nich po trawiastym, niemal pionowym stoku. Nie ma tu żadnej ścieżki. Po mojej lewej stronie płynie potok, który rozlewa się na całe zbocze. Nie zapominajcie, że z góry też nadal leje. Pod tym względem bez zmian. Dobrze napisał w swojej relacji z 2016 roku Krzysiek Dołęgowski, że ta trasa to jak bieganie na przełaj po Tatrach Zachodnich. Dodałabym tylko, że trzeba by jeszcze tam wylać hektolitry wody.

Zapadam się w glinie i grząskich trawach. Idę jak czołg, twarda jak skała, nic już mnie nie wzrusza. Gdy nagle nachodzi mnie przerażająca myśl.

Zupełnie nie czuję prawej stopy, macam łydkę, też nic nie czuję! Jest zdrętwiała. Amputują mi nogę! Serio tak wtedy pomyślałam. To sprawia, że zmieniam styl muła na bardziej żwawe rytmy. Zaczynam podbiegać, a raczej tak mi się wydaje. Kijki przed siebie, zapieram się na rękach i wykonuję parę żwawych kroczków. Niech ta noga się rozgrzeje! Ja chcę biegać!

Tym systemem i resztką sił wyprzedzam kolejnych dwóch gości i prawie doganiam Brytyjkę, która nagle wyczarowała kijki. Jest czujna, odwraca się i podejmuje dzielną walkę o swoje miejsce. Przyspiesza, po czym zupełnie znika mi na zbiegu.

Diabelski zbieg, a raczej zejście

Ledwo dysząc zdobywam ostatnią przełęcz. Co za ulga, teraz już tylko 6-7 km w dół! Będzie można odpocząć. Ale gdzie tam! Uczucie ulgi nie trwa długo. Zbiegamy na przełaj błotem po kostki przetkanym kamieniami. Jak tu kilianować, żeby nie skręcić kostki albo kolana? Zapadam się, jest bardzo stromo, trzy razy ląduję tyłkiem w czarnej brei. Spada mi but. But z wbudowaną skarpetą, który nie ma prawa spaść! Wciąga go bagno. Do diabła z tym! Zatrzymuję się. Próbuję zgrabiałymi dłońmi rozplątać sznurówkę.

Dogania mnie dwóch gości, których niedawno tak dziarsko wyprzedziłam. Nie zwracają na mnie uwagi, turlają się w dół ze wzrokiem wlepionym w ziemię. Przecież widok człowieka siedzącego w bagnie jest czymś zupełnie normalnym. Zakładam upapranego w czarnej mazi buta. Ruszam.

Zrezygnowana już nie zbiegam, idę, wlokę się? Nie mam szans nadrobić na tym odcinku, na co po cichu liczyłam. Kolejny CP, już ostatni. Wolontariusze uśmiechają się, a może śmieją, widząc ten obraz nędzy i rozpaczy? Sama się z siebie śmieję. Dodają otuchy, że to już prawie koniec. Prawie robi dużą różnicę. Jeszcze 4-5 km. Kończy się bagno, zaczyna szutrowa ścieżka. Biegnę po około 5:00/km i nie mam sił przyspieszyć. Nie mam ochoty już na żadne ściganie, chcę tylko dotrwać.

Jeszcze tylko 3 km tą samą, szeroką kamienistą drogą, którą zaczynałam dzisiejszą przygodę, nie wiedząc, CO mnie czeka. Odwracam się. Czy to dziewczyna 200 metrów za mną? Chyba tak! Mam dość, ale nie chcę stracić mojej pozycji, a może jestem dziesiąta? Przyspieszam. Lecę po 4:00/km, ale to szaleństwo nie trwa długo. Jestem wyczerpana, zmarznięta, głodna, chce mi się sikać i nadal nie czuję stóp. Normalnie żałość.

Odliczam, jeszcze tylko dwa kilometry, jeszcze jeden, widzę już camping, stoi mój samotny, żółty namiocik, zaraz będzie meta. Jest już centrum wspinaczkowe, ostatni kawałek asfaltu i wreszcie finiszowa mata!

Po co to wszystko?

Co za ulga! Nigdy więcej. Koniec z takimi biegami. Koniec ekstremów. Nie czuję szczęścia. Jedynie ulgę, że to już koniec. Nie przeżyłabym kolejnych 20 km i 2000 metrów, gdyby nie skrócili trasy. Jestem rozczarowana moim czasem i miejscem (5:37 i 12. pozycja), zawiodłam samą siebie. Nie przyjechałam tutaj po to, żeby człapać. Jestem wściekła za te 15-20 minut czekania na grani, i że w ogóle pobiegłam, czując się tak słabo. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie jednej pozytywnej myśli. Nie chcę tu wracać na pełną trasę. To wszystko możecie wyczytać z tego zdjęcia.

Glen Coe Skyline 2018

Glen Coe Skyline 2018

Coś jeszcze?

Trafiliśmy na najgorsze warunki ze wszystkich edycji i najgorszą pogodę ze wszystkich biegów (może Vertical miał podobnie, ale duuużo krócej).

W końcu te negatywne emocje zamieniają się w radość. Radość z prostych rzeczy, którą można odczuć tylko po przeżyciu takiej ekstremy. Że zaraz wejdę pod gorący prysznic i uratuję moje zamarznięte stopy. Pójdę na frytki z Marcinem i Iwoną, gratulując jej super występu. Poczekam na Darka, który przebiegł tę trasę bez numeru, dwa dni po Ben Nevis Ultra (szacun!), zjem z nim drugie frytki, a potem będziemy siedzieć w aucie pijąc ciepłą herbatę i patrząc na strumienie deszczu płynące po szybach. Przetrwamy dwie kolejne, deszczowe noce w mokrych namiotach z kałużą błota pod spodem. Zwiedzimy średniowieczny zamek i wreszcie wyjedziemy we mgle i deszczu, opowiadając sobie o naszych przeżyciach.

Warto było? Czy tym ekstremalnym wyjazdem coś sobie udowodniłam, czy dowiedziałam się czegoś o sobie?

Że jestem silna i twarda jak skała i wszystko przetrwam?

Może. Chyba tak. W zeszłym roku wycofałam się ze startu w Els2900, 70 km i 6700 m na przełaj przez Pireneje ze wspinaczkową granią. Teraz w planach mam trudniejsze wyzwanie. Wiem, że jestem gotowa!

A dlaczego? Bo dzięki takim doświadczeniom bardziej doceniam proste, codzienne rzeczy.

Glen Coe Skyline 2018

Meta Salomon Glen Coe Skyline

Sprzęt i odżywianie

I tradycyjnie na koniec.

Miałam na sobie:

  • buty Adidas Adizero xt – super trzymały na mokrej skale, pokrytej błotem i mchami. Dzięki wbudowanej skarpecie nic mi nie wpadło do środka. Trochę gorzej trzymały na błocie po kostki, bieżnik nie jest za bardzo agresywny. Ten but możecie kupić tylko gdzieś na Allegro, bo Adidas już ich nie robi
  • kamizelka CamelBak Ultra Pro Vest i dwa flaski. Pojemność 4,5 litra, wszystko zmieściło się razem z kijami
  • kurtka wodoodporna ATTIQ z membraną 20 tys
  • krótkie spodenki Pro-Tech 
  • koszulka Pro-Tech plus rękawki
  • czapka i opaska Thermo ATTIQ
  • rękawiczki biegowe Adidas
  • kijki karbonowe i składane na 4 części – Mountain King Trail Blaze Skyrunner
  • zegarek Garmin Fenix 5

Zjadłam i wypiłam

  • 8 żeli ALE, w tym 5 z kofeiną (smak caffe latte rządzi!!!)
  • jeden baton Chia Charge 50 g (biała czekolada – dla tego batona warto było dotrzeć na punkt odżywczy!)
  • 1 litr izotniku ALE Race malinowy
  • około 1,5 litra płynów z punktu (herbata i jakieś soki)
  • zero picia ze strumieni, które były na każdym kroku

Poprzednie części

]]>
https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-4/feed/ 3
Szatańskie niespodzianki. Glen Coe Skyline – część 3 https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-3/ https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-3/#respond Fri, 21 Sep 2018 15:34:40 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8122 Jestem na grani, trzeba wbiec na pierwszy szczyt – Stob Dearg 1022 m i odhaczyć się na CP3. Mam w nogach zabójcze podejście 730 metrów na 3 kilometrach. Teraz zbieg odsłoniętą granią na przełęcz – 902 m. Zbieg to za dużo powiedziane. Niby zbiegam, a stoję w miejscu, zatrzymuje mnie porywisty wiatr. Zamarzający deszcz tnie mi prosto w twarz, prawie nic nie widzę.

Zawodnik przede mną co chwilę wpada po kolana w bagno, dzięki temu wiem jak ominąć te diabelskie pułapki. Za przełęczą podbieg, gdzie wyjmuję kijki, które tylko przeszkadzają. Wyrywa mi je z rąk i tracę równowagę. Ten odcinek na drugi szczyt, Stob na Doire (1011 m) jest bez żadnej ścieżki.

Po jego zdobyciu, próbuję napierać po stromym zboczu, dalej odsłoniętym grzbietem. Zawrotne tempo zbiegu – 10 min/km! Kamienie, błoto, mokre trawy i zatrzymujące mnie podmuchy. Szczerze?

W tym momencie mam naprawdę dość. Nie obchodzi mnie czas i miejsce. Chcę tylko dobiec i nie zamarznąć. Nadal nie czuję stóp. Do butów ciągle wlewa się woda od dołu i z góry. Na szczęście dłonie się rozgrzały. Boli mnie głowa. Gdy tylko zdejmę kaptur, przeszywa mnie zimno. Na przełęczy odhaczam się na CP4 i stromo spadam z wietrznej grani do spokojniejszej dolinki.

Olga Łyjak na Glen Coe Skyline 2018

Rzeki, bagna i inne niespodzianki

Wyprzedzam tu dwóch gości, choć ciężko zbiega się w technicznym terenie, gdy nie czuje się stóp. Wykręcam je na nierównych i śliskich kamieniach, wbiegam w strumienie, błoto, przeskakuję większe głazy.

Wreszcie na dnie dolinki dostrzegam kolejny CP. Mijają już 3 godziny, a mi kończy się jedzenie. Zjadłam tylko 5 żeli. Ale na tym CP nie ma nic do jedzenia ani picia. To jeszcze nie tutaj.

Tymczasem przede mną kolejna przeszkoda. Trzeba przejść przez rwącą rzekę po śliskich głazach, w wodzie po kolana. Żeby tylko nie stracić równowagi i nie wylądować twarzą w lodowatym potoku. Udaje się! Ale gdzie ten punkt, na którym czeka Marcin, mąż Iwony Kik, z moją porcją żeli? To już 20 km i 2000 metrów w pionie, według moich obliczeń powinien gdzieś tu być!

Patrzę z nadzieją przed siebie. Sznurek biegaczy posuwa się mozolnie po prawie pionowym trawiasto-gliniastym zboczu, zupełnie na przełaj. Niech to szlag! Trzeba wspiąć się na przełęcz i dopiero z drugiej strony góry, na dole będzie punkt.

Zaczynam wspinaczkę. Stokiem płynie woda, kijki zapadają się na kilkadziesiąt centymetrów w czarnej brei. Stopy też. Chce mi się pić, ale nie mam siły zatrzymać się i schylić do strumienia. Chce mi się jeść. Jakiś biegacz ratuje mnie trzema żelkami! W końcu wdrapuję się na przełęcz. A tu znowu niespodzianka! Nie zbiegam. Musimy jeszcze wdrapać się 200 metrów w pionie na kolejny szczyt i zbiec w to samo miejsce.

Olga Łyjak na Glen Coe Skyline 2018

Byle do bufetu!

Znowu zatrzymujący huraganowy podmuch. W górę na szczęście w plecy, trochę to pomaga. Mijam się tutaj z Iwoną Kik, której idzie świetnie, leci zadowolona po swoje siódme miejsce. Ale gdzie reszta dziewczyn? Jest tylko Brytyjka przede mną. Jestem w pierwszej dziesiątce?

Później dowiaduję się boleśnie, że nie! Musiały zbiec inną drogą prosto do doliny, omijając przełęcz. Niestety, kto znał trasę, wiedział jak tutaj nieco skrócić.

Walcząc z wiatrem odhaczam się na Stob Coire Raineach (925 m). Zrobiłam właśnie 550 metrów na 1,5 km! Czas na zbieg. Wiatr niemal mnie przewraca, a gdy wieje na wprost, znowu mnie hamuje. Żałosnym tempem, wymarznięta i przemoknięta docieram na przełęcz. Kolejny zbieg na przełaj po mokrych trawach, a potem perć po wilgotnych kamieniach. Byle do punktu!

Wreszcie dobiegam do jedynego bufetu na trasie. Mam 23 km i 2400 metrów w pionie, prawie 4 godziny napierania, a wypiłam litr izotoniku i zjadłam 5 żeli. Marcin podaje mi paczkę z pysznościami i pomaga nalać picie do flasków. Sama nie dałabym rady zgrabiałymi dłońmi. Wpycham do ust niesamowicie pysznego batona, popijam gorącą herbatą, nawet nie patrząc, co tam Szkoci jeszcze serwują. Lecę na ostatnią sztajchę.

]]>
https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-3/feed/ 0
Diabelskie Schody na Krzywą Grań. Glen Coe Skyline – część 2 https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-2/ https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-2/#respond Thu, 20 Sep 2018 14:37:15 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8110 Godzina 10. Startujemy w strugach deszczu i wietrze. Przed nami Bad Weather Route. 33 km i 2900 metrów po dzikich, szkockich górach.

Pierwsze kilka kilometrów to głównie podbieg z małymi zbiegami, trawersujemy górkę Stob Mhic Mhartuin, 707 m. Wszyscy ruszają bardzo szybko. A ja nie mogę wejść na większe obroty, nie mam siły. Tętno jak w 3 zakresie, a truchtam po 6:00. Już wiem, że to nie będzie łatwy dzień.

Gdy kończy się szutrowa droga, jestem już poza pierwszą dziesiątką kobiet. Wąska ścieżka płynącym szlakiem. Spokojnie da się jeszcze podbiegać. Uruchamiam kijki, jako jedyna w zasięgu wzroku. Co za obciach. Ale mam to gdzieś, chcę przetrwać ten bieg. Po cichu liczę jeszcze, że uda się wyprzedzić parę dziewczyn i wskoczyć w pierwszą dziesiątkę. Poczuję moc?

Diabeł mieszka w górach

Po paru kilometrach zbiegamy technicznym szlakiem. To Diabelskie Schody (Devil’s Staircase). Nazwa dobrze oddaje charakter ścieżki. Skały pokryte błotem, mchami i trawami, strumienie i kamienie. Przypomina mi się stromy, piarżysty i błotnisty żleb, którym schodziliśmy z wulkanu Erciyes w Turcji parę tygodni temu. Nazywał się Diabelskie Gardło. Później dowiedziałam się, że na Wyspach jest jeszcze parę szatańskich miejsc – Diabelska Kuchnia w walijskiej Snowdonii (Devil’s Kitchen) i Diabelska Drabina na Carrantuohill w Irlandii (Devil’s Ladder). Diabeł mieszka w górach, a ja mam niedługo poznać jego czarcie oblicze.

Co chwilę wpadam po kostki w błoto albo błotnistą kałużę. Na zbiegu parę osób wyprzedzam, ale jak się później okaże, zdecydowanie za mało, żeby nadgonić na czekających mnie trudnościach.

Przebiegamy drogę i odhaczamy pierwszy Check Point (CP), gdzie trzeba do czytnika przyłożyć trzymanego na nadgarstku chipa, podobnego do tych z biegów na orientację. Znowu lecimy pod górę skalno-błotnistym szlakiem, którym płynie strumień, a na biegaczy czekają bagienne pułapki, w które można wpaść po kolana. Po kilku minutach robi się prawie pionowo. Wdrapuję się gliniasto-trawiastym zboczem, a raczej wciągam na kijkach. Dogania mnie tu kolejna dziewczyna. Kurczę, jest aż tak źle?

Curved Ridge, Salomon Glen Coe Skyline 2018

Scrambling na Curved Ridge

Zakrzywienie czasu na Krzywej Grani

Kolejny CP i każą mi schować kijki, zaczyna się grań! Prawie pionowa Curved Ridge. Mokra skała, błoto. Na początku jest łatwo. Chociaż trzeba uważać, żeby nie wplątać się w trudniejszy teren. Właśnie to mi się przytrafia, muszę się zatrzymać i pomyśleć, gdzie postawić nogę, a gdzie złapać ręką, żeby nie sturlać się parę metrów w dół. Wyprzedza mnie Brytyjka, a ja lecę za nią, by po chwili stwierdzić, że ściganie się nie ma już sensu.

Czas się zatrzymuje, a raczej dziwnie zakrzywia. Powyżej mnie, na pionowym odcinku Krzywej Grani dwadzieścia parę osób stoi w miejscu. Część czeka na dole, a część wisi na ścianie. Wieje dobre 60 km/h, zacina deszcz, a ja przestaję się ścigać. Trzęsie mnie z zimna. Czekamy. Wciągam trzy żele. Co parę minut przesuwamy się o 2-3 metry, więc ciężko mi założyć zapasową suchą bluzkę i przepiąć numer. Nie zatrzymuję na tych cholernych przestojach zegarka, chcę znać rzeczywisty czas. Cel „Top 10” coraz bardziej się oddala.

Curved Ridge, Salomon Glen Coe Skyline 2018

Curved Ridge

Chichot diabła

Każdy mocniejszy podmuch wiatru jest jak diabli śmiech. Tracę czucie w stopach, zaczynają zamarzać mi dłonie. Znowu 2 metry do góry i kolejny stop. Ten zakorkowany odcinek faktycznie jest trudny. Na mokrej skale sama mam problem ze znalezieniem i złapaniem pewnego chwytu. Dochodzę do pionowego kominka. Jestem za niska, żeby złapać tam, gdzie pokazuje mi gość w kasku, zabezpieczający drogę. Muszę pokombinować i znaleźć lepsze stopnie na nogi, wygiąć się, rozciągnąć i wyciągnąć. Nie ma wielkiej ekspozycji, ale można spaść 2-3 metry na biegaczy, którzy z niecierpliwością czekają, aż uporam się ze ścianką. Oceniam ją w tych warunkach na III w skali UIAA. Ostanie podciągnięcie i dalszy scrambling jest już przyjemniejszy.

Przypomina mi się podejście Walowym Żlebem na Zadni Gerlach. Z tą różnicą, że jest mokro, ślisko, dużo błota i nie grzeją mnie promienie słońca. Przyspieszam, żeby poczuć ciepło, ale nie pozwala mi na to wzmagający się wicher. Wychodzę na grań podszczytową i w tym samym momencie zatrzymuje mnie podmuch pędzący 100 km/h. Chichot diabła.

Curved Ridge, Salomon Glen Coe Skyline 2018

Curved Ridge, Glen Coe Skyline

]]>
https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-2/feed/ 0
Diabeł mieszka w górach. Glen Coe Skyline – część 1 https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-1/ https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-1/#respond Wed, 19 Sep 2018 08:12:27 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8101 17 września, typowo szkocki poniedziałek, szary i deszczowy. Zwiedzamy z Darkiem ruiny XIII-wiecznego zamku. Kilkusetletnie, potężne kasztany pokryte mchem robią wrażenie. Kamienne, zniszczone baszty zamku są jakby przegniłe od ciągłego deszczu. Jak oni tutaj mieszkali? – zastanawiamy się. Wszędzie wilgoć, którą już dobrze znamy. Nad górami i dolinami wiszą dziwne chmury, niby opary. Wygląda to tak, jakby siedział tam diabeł i gotował swoje szatańskie potrawy – śmieje się Darek. Pomyślałam o wczorajszym biegu, po którym nie zdążyłam się jeszcze na dobre wygrzać. Diabeł mieszka w tych górach. Gdybym wiedziała o tym wcześniej, to nie wiem, czy bym wystartowała.

Ekstrema zaczyna się przed startem

Ten wyjazd i bieg dał mi popalić. Jeśli oglądaliście Instastory to wiecie, jakie miałam warunki na kilka dni przed startem i po. Na samym biegu nie było lepiej. Wiatr 100 km/h, deszcz, błoto po kostki, przekraczanie rzek. Planowałam zejść z trasy na wypadek, gdybym źle się czuła. Ale kurczę, nie potrafię schodzić z trasy! Z zapchanymi zatokami i bolącą głową dotrwałam. To był mój najtrudniejszy bieg. Czy coś chciałam sobie udowodnić i co dał mi ten wyjazd? Zapraszam na opowieść w 3 częściach. Przeżyjcie jeszcze raz ze mną tę ekstremalną przygodę!

Wyjazd do Szkocji

nie należy do najtańszych. Bilety lotnicze to 900 zł, jeszcze do przeżycia. Pensjonaty w okolicach Kinlochleven to już około 200 zł za dobę. Najbardziej pasował mi lot do Glasgow, a to oznaczało wyjazd na tydzień. Od środy do środy. Start w niedzielę. Zgadałam się z Wojtkiem, który mieszka w Wielkiej Brytanii i miał startować w Ben Nevis Ultra. Zabrał mnie z lotniska. Z Polski jechał też Darek – samochodem, który – jak się później okazało – ratował nam tyłki. Jechała też liczna polska reprezentacja Skyrunning i jeszcze parę innych osób: Iwona Kik, Bartek Przedwojewski i Marcin Rzeszótko. Mocna ekipa.

Żeby uratować nadszarpnięty wyjazdami budżet (trzeci dłuższy wyjazd w ciągu trzech miesięcy, a szykuje się jeszcze jeden), wchodził w grę tylko namiot. Martwiła mnie tylko prognoza. Jak skwitował Wojtek – tutaj są tylko dwie pogody, albo pada, albo zaraz będzie padać.

Darek był już we wtorek na miejscu i zajął nam miejscówkę na namioty. Wysyłał jednak niepokojące smsy: Przywieź jakieś płachty malarskie, wszystko pływa, na kampie jedna wielka kałuża.

Czytam to będąc już na lotnisku i nie wiem, co myśleć. Śmiać się, czy płakać? Foli malarskiej raczej tutaj nie kupię.

Blackwater Campsite w Kinlochleven

Przyjeżdżamy z Wojtkiem w środę około południa. Pada, ale są też przejaśnienia i widać piękno szkockich gór. Wąskie doliny, pionowe i skaliste zbocza, po których płynie woda, mnóstwo rzek i jeziorek. Jeszcze nie wiem, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy widzę te piękne widoki.

Na campingu nie ma czasu na cieszenie się chwilą słońca, trzeba ten moment dobrze wykorzystać. Rozbijamy namioty. Po czym zaczyna… padać i wiać. Nie ma tu żadnej świetlicy, tylko jeden stół pod daszkiem, suszarnia, w której nieźle jedzie wszelkimi możliwymi smrodami.

Ale za to 100 metrów obok jest zajefajne centrum wspinaczkowe z największą lodową ścianą na świecie. Zaczynam żałować, że nie zabrałam butów wspinaczkowych. Gdybym wiedziała, że będę musiała siedzieć w mokrym namiocie…

W tym centrum górskim będzie też start i meta zawodów. W czwartek Vertical, piątek Ben Nevis Ultra, sobotę Ring of Steall Skyrace i w niedzielę gwóźdź programu – najbardziej ekstremalny Glen Coe Skyline. Widząc prognozy na weekend – wiatr w górach do 100 km/h i śnieg, mam tylko jedną obawę. Że skrócą trasę.

W sumie przez mój tygodniowy pobyt był tylko jeden ładny moment, czwartek przed południem, jakieś 2 godziny. Wtedy zrobiłam to zdjęcie.

Kinlochleven, Szkocja, Blackwater Hostel & Campsite

Blackwater Hostel & Campsite

I wtedy Darek i Wojtek ruszyli w góry zdobyć najwyższy szczyt Wysp Brytyjskich – Ben Nevis, 1344 m. I nie dotarli. Upaprali się po kolana w błocie i wodzie, wymarzli, bo jak mówili wiało tak, że strumienie płynęły pod górę.

Nie było innej opcji, po deszczowym i zimnym Verticalu, piątkowa trasa Mistrzostw Świata w Ultra Skymaratonie została skrócona. Zamiast 4000 metrów w pionie było 1600, obcięto wszystkie szczyty. To był bieg po bagnach, jak podsumował Darek.

A ja? Kto by usiedział sam w namiocie w taką pogodę? Kręcę się tu i tam. Kibicuję na starcie Verticala w deszczu i wietrze, kibicuję na starcie Ben Nevis.

Bad Weather Route

W piątek czuję się już naprawdę źle. Wyjechałam z Zakopanego lekko osłabiona po niedawnym przeziębieniu i niestety przebywanie non stop na deszczu i wietrze nie sprawiło, że nabrałam sił. Wręcz odwrotnie, trzęsie mnie od środka, mam stan podgorączkowy, słabo mi, gdy stoję. Moje zatoki tego nie wytrzymały. Udaje się wykupić jeden nocleg w pensjonacie reprezentacji. Wygrzewam się pod kołderką ile mogę, by w sobotę rano wrócić znowu do mojego żółtego, targanego wiatrem i deszczem domku.

Iwonka w sobotę ma start, ale dorobiła sie przeziębienia na verticalu i schodzi z trasy już po paru kilometrach. Boję się, że powtórzę jej los. Jak bardzo zmienia się moje nastawienie! Z wkurzenia, że pewnie skrócą trasę, poprzez obawę, że nie skończę biegu i wreszcie ulgę, gdy ogłoszono Bad Weather Route! Na pocieszenie dodają nam Curved Ridge, najtrudniejszy fragment z całej oryginalnej trasy.

Prognoza pokazuje deszcz i silny wiatr przez całą noc i niedzielę. Bieganie chorym to nie jest najlepszy pomysł, zwłaszcza w takich warunkach. Zamiast ekscytować się startem, na który tak długo czekałam, boję się o własne zdrowie. Nie tak miało to wyglądać. To miał być najważniejszy start sezonu, a jest lekka frustracja. Szkoda mi tego wyjazdu i mimo złego samopoczucia postanawiam pobiec.

W nocy przed startem

mam przedsmak następnego dnia. Namiotem telepie tak, że mam wrażenie, że zaraz odlecę. Nie wiem już, czy mi się to śni, czy naprawdę podrywa namiot. Całą noc pada deszcz, a wiatr huczy tak, że pęka mi głowa, nie mogę spać.

Żeby Was uspokoić. Nie marzłam w tym namiocie. Dobry puchowy śpiwór, puchówka, wełniana czapka i było mi naprawdę ciepło. Zaszkodziło mi ciągłe wychodzenie z „ciepłego domku” na zewnątrz, wiatr i wilgoć. Żeby cokolwiek zrobić, trzeba było wyjść i zmarznąć. Żeby się ogrzać – napić się z kolegami ciepłej herbaty – trzeba było stać na deszczu i wietrze. Żeby wziąć gorący prysznic, trzeba było wyjść na deszcz, żeby się w nocy wysikać, trzeba było wystawić się na pizgawicę, itp. itd.

Rano budzi mnie deszcz i porywisty wiatr. Trzeba jakoś wyjść z ciepłego śpiworka, zastanowić się, co na siebie założyć i szykować się na start.

Ciąg dalszy…

]]>
https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-1/feed/ 0
Wyrypa po szkockich graniach https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline/ https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline/#respond Tue, 11 Sep 2018 07:35:47 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8064 Z jakim nastawieniem jadę do Szkocji na tygodniowy urlop pod namiotem? Czy czegoś się boję przed biegiem? Dwa razy rezygnowałam z tego startu, będąc już na liście i z biletami lotniczymi w kieszeni. Tym razem chcę zamknąć pewien rozdział.

W 2016 nie zregenerowałam się po KIMA, w zeszłym roku miałam traumę po Tromso, gdy z eksponowanej grani, parę minut przede mną, spadła amerykańska biegaczka z teamu The North Face, Hillary Allen. Cudem przeżyła, przeszła kilka operacji, na szczęście już biega i wróciła do świetnej formy.

To miał być jeden z moich głównych startów, ale w sporcie nigdy nie jest idealnie. Po całkiem niezłym lipcu i dobrym biegu w Aladaglar Sky Trail znowu mam dołek. Od ponad dwóch lat mam na przemian dobre okresy i tygodnie/miesiące totalnego osłabienia. Dzięki pomocy świetnej dietetyczki Jagody Podkowskiej (Blueberry Health & Diet) udało się zdiagnozować zapalenie jelita i kandydozę – niewątpliwą przyczynę moich problemów. Przeszłam leczenie, ale ciągle jest coś nie tak. Teraz robię kolejne badania. Plus tej sytuacji jest taki, że tak wiele przeszłam i tyle tysięcy wydałam na różne badania i terapie, że stałam się specjalistką od dolegliwości, jakie mogą przytrafić się biegaczom. Wkrótce napiszę o tym więcej.

Ale wracajmy do Glen Coe. 52 km i 4750 m przewyższenia, techniczne i eksponowane granie (III stopień scramblingu), pionowe podejścia, techniczne zbiegi, kamienie, błoto, mokro i zimno. Jeszcze dwa lata temu obawiałam się tego terenu, ale w międzyczasie zdobyłam sporo nowego doświadczenia. Ostatnie przygody w Tatrach na Martince i wspinanie w Turcji dały mi dużo pewności w scramblingowym i rzęchowatym terenie z lufą pod nogami.

Glen Coe Skyline 2016 profil trasy

Profil trasy Glen Coe Skyline

W ciągu ostatnich 3 tygodni przebiegłam 64 km, więc łatwo nie będzie. Po niedzielnym mocniejszym treningu nogi bolały mnie jak po zawodach. W tygodniu przed zawodami postanowiłam już nic nie biegać.

W niedzielę pobiegnę na maksa moich możliwości, na jakie będzie mnie tego dnia stać. Będę robić swoje, bez oglądania się na inne dziewczyny, które w biegach Pucharu Świata Skyrunning zawsze są mocne. Podstawowa zasada na ultra to trzymać się odpowiednich stref. Ścigać się można pod koniec, jak zostanie sił. Dobrze, że mamy Marcina Świerca, świetnego taktyka, od którego można się uczyć. Jak już jestem przy UTMB, to właśnie ten bieg jak żaden inny pokazuje, że ściganie się o prowadzenie przy tak długim dystansie, może mieć kiepskie skutki. Adrenalina, emocje, na początku jest siła i moc, ale czy wystarczy na cały dystans? Pięknie powiedział Robert Karaś po zdobyciu MŚ w potrójnym ironmanie. „W takich wyścigach wygrywa najmądrzejszy, a nie najlepszy”.

Wracając do mojego biegu. Nie będzie łatwo. Nie dość, że nie mam życiowej formy, to jeszcze prognozy nie są najlepsze. Śnieg z deszczem na eksponowanej grani? Tego jeszcze nie było. Czy się boję? Raczej nie. Jestem niesamowicie ciekawa trasy i warunków. Tego, jak sobie poradzę. Będzie bardzo ciężko, ale ja to lubię.

Jestem zdania, że to trudne doświadczenia cię kształtują, to dzięki przekraczającym twoją wyobraźnię wyzwaniom, poznajesz siebie. Bo czego dowiesz się o sobie siedząc na kanapie i pijąc piwo?

Dlatego nie dziwcie się też, że do deszczowej Szkocji jadę pod namiot i nie wypożyczam samochodu. Lubię takie przygody. Lubię, kiedy nie jest łatwo, lekko i przyjemnie. Po takich doświadczeniach doceniam swoje cztery kąty, wygodne łóżko i wszystko, co mam.

Tym startem zamknę pewien rozdział mojego biegania, udział we wszystkich ekstremalnych biegach serii Skyrunning. Po Glen Coe zabieram się za nowe projekty. Będzie ciężko, przygodowo i ekstremalnie!

Glen Coe Skyline. Fot. Ian Corless Glen Coe Skyline. Fot. Ian Corless Glen Coe Skyline. Fot. Ian Corless Glen Coe Skyline. Fot. Ian Corless Glen Coe Skyline. Fot. Ian Corless

Zdjęcia: Ian Corless

I jeszcze coś o sprzęcie, jako ciekawostka, bo organizatorzy przebili wymogi na UTMB

Wymagany sprzęt, który zabieram

  • kurtka wodoodporna ATTIQ z membraną 20 tys.
  • spodnie wodoodporne ATTIQ – uszyte specjalnie dla mnie 🙂
  • koszulka Pro-Tech – zamierzam w niej biec, jeśli pogoda pozwoli. Na razie ma być zimno i padać, w górach podobno śnieg
  • koszulka z długim rękawem – jako dodatkowa wymagana bluza, mam nadzieję, że przejdzie weryfikację
  • spodenki Pro-Tech – a jak będzie zimno, długie legginsy
  • buty Adidas Adizero XT Boost – z niezawodną na mokrej skale podeszwą Continental, wbudowanym stuptutem, dobrym bieżnikiem, lekkie, z niewielką amortyzacją, wydają się idealne na szkockie warunki. Szkoda, że Adidas wycofał je z produkcji
  • kamizelka CamelBak Ultra Pro Vest
  • zegarek garmin fenix 5 – pierwszy test na zawodach
  • czołówka Petzl e+lite – leciutka (25 gramów), ale nie daje za dużo światła, organizatorzy sami ją polecają dla szybszych zawodników, więc musi przejść
  • koc ratunkowy (survival bag), folia NRC nie wystarczy
  • mapa
  • czapka i rękawiczki
  • kijki Mountain King Trail Blaze Skyrunner (niewymagane, ale biorę)
  • jedzenie – tym razem tylko 12 żeli i kilka batonów, na trasie jest tylko 1 punkt odżywczy, a ja na dzień dzisiejszy nie mam supportu, także 1 kg żarcia trzeba będzie dźwigać (i szybko jeść)

Ten filmiki fajnie pokazują szkocki klimacik i techniczne trudności

]]>
https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline/feed/ 0