starty – BIEGAM W GÓRACH https://biegamwgorach.pl treningi w Tatrach, bieganie w górach i w terenie, biegi górskie, obozy biegowe w górach, Fri, 19 Oct 2018 17:12:27 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.6.2 Twarda skała przetrwa wszystko. Glen Coe Skyline – część 4 https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-4/ https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-4/#comments Sat, 22 Sep 2018 12:22:39 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8140 Do tej pory biegliśmy oryginalną trasą Glen Coe Skyline z jednym dodatkiem. Wbiegaliśmy i zbiegaliśmy ze Stob Coire Raineach, extra 200 metrów w pionie w hamującym wietrze.

Przede mną ostatnie grząskie podejście na przełaj stromym stokiem, 550 metrów w pionie na 1,5 km. Dalej znowu łączymy się z normalną trasą.

Jeszcze jedna gliniasta sztajcha…

To jeszcze nie koniec niespodzianek. Kolejne przejście po kolana przez rzekę nie robi już na mnie wrażenia. Ledwo rozgrzane zbiegiem stopy znowu zamarzają. Wyciągam kijki i wciągam się na nich po trawiastym, niemal pionowym stoku. Nie ma tu żadnej ścieżki. Po mojej lewej stronie płynie potok, który rozlewa się na całe zbocze. Nie zapominajcie, że z góry też nadal leje. Pod tym względem bez zmian. Dobrze napisał w swojej relacji z 2016 roku Krzysiek Dołęgowski, że ta trasa to jak bieganie na przełaj po Tatrach Zachodnich. Dodałabym tylko, że trzeba by jeszcze tam wylać hektolitry wody.

Zapadam się w glinie i grząskich trawach. Idę jak czołg, twarda jak skała, nic już mnie nie wzrusza. Gdy nagle nachodzi mnie przerażająca myśl.

Zupełnie nie czuję prawej stopy, macam łydkę, też nic nie czuję! Jest zdrętwiała. Amputują mi nogę! Serio tak wtedy pomyślałam. To sprawia, że zmieniam styl muła na bardziej żwawe rytmy. Zaczynam podbiegać, a raczej tak mi się wydaje. Kijki przed siebie, zapieram się na rękach i wykonuję parę żwawych kroczków. Niech ta noga się rozgrzeje! Ja chcę biegać!

Tym systemem i resztką sił wyprzedzam kolejnych dwóch gości i prawie doganiam Brytyjkę, która nagle wyczarowała kijki. Jest czujna, odwraca się i podejmuje dzielną walkę o swoje miejsce. Przyspiesza, po czym zupełnie znika mi na zbiegu.

Diabelski zbieg, a raczej zejście

Ledwo dysząc zdobywam ostatnią przełęcz. Co za ulga, teraz już tylko 6-7 km w dół! Będzie można odpocząć. Ale gdzie tam! Uczucie ulgi nie trwa długo. Zbiegamy na przełaj błotem po kostki przetkanym kamieniami. Jak tu kilianować, żeby nie skręcić kostki albo kolana? Zapadam się, jest bardzo stromo, trzy razy ląduję tyłkiem w czarnej brei. Spada mi but. But z wbudowaną skarpetą, który nie ma prawa spaść! Wciąga go bagno. Do diabła z tym! Zatrzymuję się. Próbuję zgrabiałymi dłońmi rozplątać sznurówkę.

Dogania mnie dwóch gości, których niedawno tak dziarsko wyprzedziłam. Nie zwracają na mnie uwagi, turlają się w dół ze wzrokiem wlepionym w ziemię. Przecież widok człowieka siedzącego w bagnie jest czymś zupełnie normalnym. Zakładam upapranego w czarnej mazi buta. Ruszam.

Zrezygnowana już nie zbiegam, idę, wlokę się? Nie mam szans nadrobić na tym odcinku, na co po cichu liczyłam. Kolejny CP, już ostatni. Wolontariusze uśmiechają się, a może śmieją, widząc ten obraz nędzy i rozpaczy? Sama się z siebie śmieję. Dodają otuchy, że to już prawie koniec. Prawie robi dużą różnicę. Jeszcze 4-5 km. Kończy się bagno, zaczyna szutrowa ścieżka. Biegnę po około 5:00/km i nie mam sił przyspieszyć. Nie mam ochoty już na żadne ściganie, chcę tylko dotrwać.

Jeszcze tylko 3 km tą samą, szeroką kamienistą drogą, którą zaczynałam dzisiejszą przygodę, nie wiedząc, CO mnie czeka. Odwracam się. Czy to dziewczyna 200 metrów za mną? Chyba tak! Mam dość, ale nie chcę stracić mojej pozycji, a może jestem dziesiąta? Przyspieszam. Lecę po 4:00/km, ale to szaleństwo nie trwa długo. Jestem wyczerpana, zmarznięta, głodna, chce mi się sikać i nadal nie czuję stóp. Normalnie żałość.

Odliczam, jeszcze tylko dwa kilometry, jeszcze jeden, widzę już camping, stoi mój samotny, żółty namiocik, zaraz będzie meta. Jest już centrum wspinaczkowe, ostatni kawałek asfaltu i wreszcie finiszowa mata!

Po co to wszystko?

Co za ulga! Nigdy więcej. Koniec z takimi biegami. Koniec ekstremów. Nie czuję szczęścia. Jedynie ulgę, że to już koniec. Nie przeżyłabym kolejnych 20 km i 2000 metrów, gdyby nie skrócili trasy. Jestem rozczarowana moim czasem i miejscem (5:37 i 12. pozycja), zawiodłam samą siebie. Nie przyjechałam tutaj po to, żeby człapać. Jestem wściekła za te 15-20 minut czekania na grani, i że w ogóle pobiegłam, czując się tak słabo. Nie jestem w stanie wykrzesać z siebie jednej pozytywnej myśli. Nie chcę tu wracać na pełną trasę. To wszystko możecie wyczytać z tego zdjęcia.

Glen Coe Skyline 2018

Glen Coe Skyline 2018

Coś jeszcze?

Trafiliśmy na najgorsze warunki ze wszystkich edycji i najgorszą pogodę ze wszystkich biegów (może Vertical miał podobnie, ale duuużo krócej).

W końcu te negatywne emocje zamieniają się w radość. Radość z prostych rzeczy, którą można odczuć tylko po przeżyciu takiej ekstremy. Że zaraz wejdę pod gorący prysznic i uratuję moje zamarznięte stopy. Pójdę na frytki z Marcinem i Iwoną, gratulując jej super występu. Poczekam na Darka, który przebiegł tę trasę bez numeru, dwa dni po Ben Nevis Ultra (szacun!), zjem z nim drugie frytki, a potem będziemy siedzieć w aucie pijąc ciepłą herbatę i patrząc na strumienie deszczu płynące po szybach. Przetrwamy dwie kolejne, deszczowe noce w mokrych namiotach z kałużą błota pod spodem. Zwiedzimy średniowieczny zamek i wreszcie wyjedziemy we mgle i deszczu, opowiadając sobie o naszych przeżyciach.

Warto było? Czy tym ekstremalnym wyjazdem coś sobie udowodniłam, czy dowiedziałam się czegoś o sobie?

Że jestem silna i twarda jak skała i wszystko przetrwam?

Może. Chyba tak. W zeszłym roku wycofałam się ze startu w Els2900, 70 km i 6700 m na przełaj przez Pireneje ze wspinaczkową granią. Teraz w planach mam trudniejsze wyzwanie. Wiem, że jestem gotowa!

A dlaczego? Bo dzięki takim doświadczeniom bardziej doceniam proste, codzienne rzeczy.

Glen Coe Skyline 2018

Meta Salomon Glen Coe Skyline

Sprzęt i odżywianie

I tradycyjnie na koniec.

Miałam na sobie:

  • buty Adidas Adizero xt – super trzymały na mokrej skale, pokrytej błotem i mchami. Dzięki wbudowanej skarpecie nic mi nie wpadło do środka. Trochę gorzej trzymały na błocie po kostki, bieżnik nie jest za bardzo agresywny. Ten but możecie kupić tylko gdzieś na Allegro, bo Adidas już ich nie robi
  • kamizelka CamelBak Ultra Pro Vest i dwa flaski. Pojemność 4,5 litra, wszystko zmieściło się razem z kijami
  • kurtka wodoodporna ATTIQ z membraną 20 tys
  • krótkie spodenki Pro-Tech 
  • koszulka Pro-Tech plus rękawki
  • czapka i opaska Thermo ATTIQ
  • rękawiczki biegowe Adidas
  • kijki karbonowe i składane na 4 części – Mountain King Trail Blaze Skyrunner
  • zegarek Garmin Fenix 5

Zjadłam i wypiłam

  • 8 żeli ALE, w tym 5 z kofeiną (smak caffe latte rządzi!!!)
  • jeden baton Chia Charge 50 g (biała czekolada – dla tego batona warto było dotrzeć na punkt odżywczy!)
  • 1 litr izotniku ALE Race malinowy
  • około 1,5 litra płynów z punktu (herbata i jakieś soki)
  • zero picia ze strumieni, które były na każdym kroku

Poprzednie części

]]>
https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-4/feed/ 3
Szatańskie niespodzianki. Glen Coe Skyline – część 3 https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-3/ https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-3/#respond Fri, 21 Sep 2018 15:34:40 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8122 Jestem na grani, trzeba wbiec na pierwszy szczyt – Stob Dearg 1022 m i odhaczyć się na CP3. Mam w nogach zabójcze podejście 730 metrów na 3 kilometrach. Teraz zbieg odsłoniętą granią na przełęcz – 902 m. Zbieg to za dużo powiedziane. Niby zbiegam, a stoję w miejscu, zatrzymuje mnie porywisty wiatr. Zamarzający deszcz tnie mi prosto w twarz, prawie nic nie widzę.

Zawodnik przede mną co chwilę wpada po kolana w bagno, dzięki temu wiem jak ominąć te diabelskie pułapki. Za przełęczą podbieg, gdzie wyjmuję kijki, które tylko przeszkadzają. Wyrywa mi je z rąk i tracę równowagę. Ten odcinek na drugi szczyt, Stob na Doire (1011 m) jest bez żadnej ścieżki.

Po jego zdobyciu, próbuję napierać po stromym zboczu, dalej odsłoniętym grzbietem. Zawrotne tempo zbiegu – 10 min/km! Kamienie, błoto, mokre trawy i zatrzymujące mnie podmuchy. Szczerze?

W tym momencie mam naprawdę dość. Nie obchodzi mnie czas i miejsce. Chcę tylko dobiec i nie zamarznąć. Nadal nie czuję stóp. Do butów ciągle wlewa się woda od dołu i z góry. Na szczęście dłonie się rozgrzały. Boli mnie głowa. Gdy tylko zdejmę kaptur, przeszywa mnie zimno. Na przełęczy odhaczam się na CP4 i stromo spadam z wietrznej grani do spokojniejszej dolinki.

Olga Łyjak na Glen Coe Skyline 2018

Rzeki, bagna i inne niespodzianki

Wyprzedzam tu dwóch gości, choć ciężko zbiega się w technicznym terenie, gdy nie czuje się stóp. Wykręcam je na nierównych i śliskich kamieniach, wbiegam w strumienie, błoto, przeskakuję większe głazy.

Wreszcie na dnie dolinki dostrzegam kolejny CP. Mijają już 3 godziny, a mi kończy się jedzenie. Zjadłam tylko 5 żeli. Ale na tym CP nie ma nic do jedzenia ani picia. To jeszcze nie tutaj.

Tymczasem przede mną kolejna przeszkoda. Trzeba przejść przez rwącą rzekę po śliskich głazach, w wodzie po kolana. Żeby tylko nie stracić równowagi i nie wylądować twarzą w lodowatym potoku. Udaje się! Ale gdzie ten punkt, na którym czeka Marcin, mąż Iwony Kik, z moją porcją żeli? To już 20 km i 2000 metrów w pionie, według moich obliczeń powinien gdzieś tu być!

Patrzę z nadzieją przed siebie. Sznurek biegaczy posuwa się mozolnie po prawie pionowym trawiasto-gliniastym zboczu, zupełnie na przełaj. Niech to szlag! Trzeba wspiąć się na przełęcz i dopiero z drugiej strony góry, na dole będzie punkt.

Zaczynam wspinaczkę. Stokiem płynie woda, kijki zapadają się na kilkadziesiąt centymetrów w czarnej brei. Stopy też. Chce mi się pić, ale nie mam siły zatrzymać się i schylić do strumienia. Chce mi się jeść. Jakiś biegacz ratuje mnie trzema żelkami! W końcu wdrapuję się na przełęcz. A tu znowu niespodzianka! Nie zbiegam. Musimy jeszcze wdrapać się 200 metrów w pionie na kolejny szczyt i zbiec w to samo miejsce.

Olga Łyjak na Glen Coe Skyline 2018

Byle do bufetu!

Znowu zatrzymujący huraganowy podmuch. W górę na szczęście w plecy, trochę to pomaga. Mijam się tutaj z Iwoną Kik, której idzie świetnie, leci zadowolona po swoje siódme miejsce. Ale gdzie reszta dziewczyn? Jest tylko Brytyjka przede mną. Jestem w pierwszej dziesiątce?

Później dowiaduję się boleśnie, że nie! Musiały zbiec inną drogą prosto do doliny, omijając przełęcz. Niestety, kto znał trasę, wiedział jak tutaj nieco skrócić.

Walcząc z wiatrem odhaczam się na Stob Coire Raineach (925 m). Zrobiłam właśnie 550 metrów na 1,5 km! Czas na zbieg. Wiatr niemal mnie przewraca, a gdy wieje na wprost, znowu mnie hamuje. Żałosnym tempem, wymarznięta i przemoknięta docieram na przełęcz. Kolejny zbieg na przełaj po mokrych trawach, a potem perć po wilgotnych kamieniach. Byle do punktu!

Wreszcie dobiegam do jedynego bufetu na trasie. Mam 23 km i 2400 metrów w pionie, prawie 4 godziny napierania, a wypiłam litr izotoniku i zjadłam 5 żeli. Marcin podaje mi paczkę z pysznościami i pomaga nalać picie do flasków. Sama nie dałabym rady zgrabiałymi dłońmi. Wpycham do ust niesamowicie pysznego batona, popijam gorącą herbatą, nawet nie patrząc, co tam Szkoci jeszcze serwują. Lecę na ostatnią sztajchę.

]]>
https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-3/feed/ 0
Diabelskie Schody na Krzywą Grań. Glen Coe Skyline – część 2 https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-2/ https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-2/#respond Thu, 20 Sep 2018 14:37:15 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8110 Godzina 10. Startujemy w strugach deszczu i wietrze. Przed nami Bad Weather Route. 33 km i 2900 metrów po dzikich, szkockich górach.

Pierwsze kilka kilometrów to głównie podbieg z małymi zbiegami, trawersujemy górkę Stob Mhic Mhartuin, 707 m. Wszyscy ruszają bardzo szybko. A ja nie mogę wejść na większe obroty, nie mam siły. Tętno jak w 3 zakresie, a truchtam po 6:00. Już wiem, że to nie będzie łatwy dzień.

Gdy kończy się szutrowa droga, jestem już poza pierwszą dziesiątką kobiet. Wąska ścieżka płynącym szlakiem. Spokojnie da się jeszcze podbiegać. Uruchamiam kijki, jako jedyna w zasięgu wzroku. Co za obciach. Ale mam to gdzieś, chcę przetrwać ten bieg. Po cichu liczę jeszcze, że uda się wyprzedzić parę dziewczyn i wskoczyć w pierwszą dziesiątkę. Poczuję moc?

Diabeł mieszka w górach

Po paru kilometrach zbiegamy technicznym szlakiem. To Diabelskie Schody (Devil’s Staircase). Nazwa dobrze oddaje charakter ścieżki. Skały pokryte błotem, mchami i trawami, strumienie i kamienie. Przypomina mi się stromy, piarżysty i błotnisty żleb, którym schodziliśmy z wulkanu Erciyes w Turcji parę tygodni temu. Nazywał się Diabelskie Gardło. Później dowiedziałam się, że na Wyspach jest jeszcze parę szatańskich miejsc – Diabelska Kuchnia w walijskiej Snowdonii (Devil’s Kitchen) i Diabelska Drabina na Carrantuohill w Irlandii (Devil’s Ladder). Diabeł mieszka w górach, a ja mam niedługo poznać jego czarcie oblicze.

Co chwilę wpadam po kostki w błoto albo błotnistą kałużę. Na zbiegu parę osób wyprzedzam, ale jak się później okaże, zdecydowanie za mało, żeby nadgonić na czekających mnie trudnościach.

Przebiegamy drogę i odhaczamy pierwszy Check Point (CP), gdzie trzeba do czytnika przyłożyć trzymanego na nadgarstku chipa, podobnego do tych z biegów na orientację. Znowu lecimy pod górę skalno-błotnistym szlakiem, którym płynie strumień, a na biegaczy czekają bagienne pułapki, w które można wpaść po kolana. Po kilku minutach robi się prawie pionowo. Wdrapuję się gliniasto-trawiastym zboczem, a raczej wciągam na kijkach. Dogania mnie tu kolejna dziewczyna. Kurczę, jest aż tak źle?

Curved Ridge, Salomon Glen Coe Skyline 2018

Scrambling na Curved Ridge

Zakrzywienie czasu na Krzywej Grani

Kolejny CP i każą mi schować kijki, zaczyna się grań! Prawie pionowa Curved Ridge. Mokra skała, błoto. Na początku jest łatwo. Chociaż trzeba uważać, żeby nie wplątać się w trudniejszy teren. Właśnie to mi się przytrafia, muszę się zatrzymać i pomyśleć, gdzie postawić nogę, a gdzie złapać ręką, żeby nie sturlać się parę metrów w dół. Wyprzedza mnie Brytyjka, a ja lecę za nią, by po chwili stwierdzić, że ściganie się nie ma już sensu.

Czas się zatrzymuje, a raczej dziwnie zakrzywia. Powyżej mnie, na pionowym odcinku Krzywej Grani dwadzieścia parę osób stoi w miejscu. Część czeka na dole, a część wisi na ścianie. Wieje dobre 60 km/h, zacina deszcz, a ja przestaję się ścigać. Trzęsie mnie z zimna. Czekamy. Wciągam trzy żele. Co parę minut przesuwamy się o 2-3 metry, więc ciężko mi założyć zapasową suchą bluzkę i przepiąć numer. Nie zatrzymuję na tych cholernych przestojach zegarka, chcę znać rzeczywisty czas. Cel „Top 10” coraz bardziej się oddala.

Curved Ridge, Salomon Glen Coe Skyline 2018

Curved Ridge

Chichot diabła

Każdy mocniejszy podmuch wiatru jest jak diabli śmiech. Tracę czucie w stopach, zaczynają zamarzać mi dłonie. Znowu 2 metry do góry i kolejny stop. Ten zakorkowany odcinek faktycznie jest trudny. Na mokrej skale sama mam problem ze znalezieniem i złapaniem pewnego chwytu. Dochodzę do pionowego kominka. Jestem za niska, żeby złapać tam, gdzie pokazuje mi gość w kasku, zabezpieczający drogę. Muszę pokombinować i znaleźć lepsze stopnie na nogi, wygiąć się, rozciągnąć i wyciągnąć. Nie ma wielkiej ekspozycji, ale można spaść 2-3 metry na biegaczy, którzy z niecierpliwością czekają, aż uporam się ze ścianką. Oceniam ją w tych warunkach na III w skali UIAA. Ostanie podciągnięcie i dalszy scrambling jest już przyjemniejszy.

Przypomina mi się podejście Walowym Żlebem na Zadni Gerlach. Z tą różnicą, że jest mokro, ślisko, dużo błota i nie grzeją mnie promienie słońca. Przyspieszam, żeby poczuć ciepło, ale nie pozwala mi na to wzmagający się wicher. Wychodzę na grań podszczytową i w tym samym momencie zatrzymuje mnie podmuch pędzący 100 km/h. Chichot diabła.

Curved Ridge, Salomon Glen Coe Skyline 2018

Curved Ridge, Glen Coe Skyline

]]>
https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-2/feed/ 0
Diabeł mieszka w górach. Glen Coe Skyline – część 1 https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-1/ https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-1/#respond Wed, 19 Sep 2018 08:12:27 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=8101 17 września, typowo szkocki poniedziałek, szary i deszczowy. Zwiedzamy z Darkiem ruiny XIII-wiecznego zamku. Kilkusetletnie, potężne kasztany pokryte mchem robią wrażenie. Kamienne, zniszczone baszty zamku są jakby przegniłe od ciągłego deszczu. Jak oni tutaj mieszkali? – zastanawiamy się. Wszędzie wilgoć, którą już dobrze znamy. Nad górami i dolinami wiszą dziwne chmury, niby opary. Wygląda to tak, jakby siedział tam diabeł i gotował swoje szatańskie potrawy – śmieje się Darek. Pomyślałam o wczorajszym biegu, po którym nie zdążyłam się jeszcze na dobre wygrzać. Diabeł mieszka w tych górach. Gdybym wiedziała o tym wcześniej, to nie wiem, czy bym wystartowała.

Ekstrema zaczyna się przed startem

Ten wyjazd i bieg dał mi popalić. Jeśli oglądaliście Instastory to wiecie, jakie miałam warunki na kilka dni przed startem i po. Na samym biegu nie było lepiej. Wiatr 100 km/h, deszcz, błoto po kostki, przekraczanie rzek. Planowałam zejść z trasy na wypadek, gdybym źle się czuła. Ale kurczę, nie potrafię schodzić z trasy! Z zapchanymi zatokami i bolącą głową dotrwałam. To był mój najtrudniejszy bieg. Czy coś chciałam sobie udowodnić i co dał mi ten wyjazd? Zapraszam na opowieść w 3 częściach. Przeżyjcie jeszcze raz ze mną tę ekstremalną przygodę!

Wyjazd do Szkocji

nie należy do najtańszych. Bilety lotnicze to 900 zł, jeszcze do przeżycia. Pensjonaty w okolicach Kinlochleven to już około 200 zł za dobę. Najbardziej pasował mi lot do Glasgow, a to oznaczało wyjazd na tydzień. Od środy do środy. Start w niedzielę. Zgadałam się z Wojtkiem, który mieszka w Wielkiej Brytanii i miał startować w Ben Nevis Ultra. Zabrał mnie z lotniska. Z Polski jechał też Darek – samochodem, który – jak się później okazało – ratował nam tyłki. Jechała też liczna polska reprezentacja Skyrunning i jeszcze parę innych osób: Iwona Kik, Bartek Przedwojewski i Marcin Rzeszótko. Mocna ekipa.

Żeby uratować nadszarpnięty wyjazdami budżet (trzeci dłuższy wyjazd w ciągu trzech miesięcy, a szykuje się jeszcze jeden), wchodził w grę tylko namiot. Martwiła mnie tylko prognoza. Jak skwitował Wojtek – tutaj są tylko dwie pogody, albo pada, albo zaraz będzie padać.

Darek był już we wtorek na miejscu i zajął nam miejscówkę na namioty. Wysyłał jednak niepokojące smsy: Przywieź jakieś płachty malarskie, wszystko pływa, na kampie jedna wielka kałuża.

Czytam to będąc już na lotnisku i nie wiem, co myśleć. Śmiać się, czy płakać? Foli malarskiej raczej tutaj nie kupię.

Blackwater Campsite w Kinlochleven

Przyjeżdżamy z Wojtkiem w środę około południa. Pada, ale są też przejaśnienia i widać piękno szkockich gór. Wąskie doliny, pionowe i skaliste zbocza, po których płynie woda, mnóstwo rzek i jeziorek. Jeszcze nie wiem, że to pierwszy i ostatni raz, kiedy widzę te piękne widoki.

Na campingu nie ma czasu na cieszenie się chwilą słońca, trzeba ten moment dobrze wykorzystać. Rozbijamy namioty. Po czym zaczyna… padać i wiać. Nie ma tu żadnej świetlicy, tylko jeden stół pod daszkiem, suszarnia, w której nieźle jedzie wszelkimi możliwymi smrodami.

Ale za to 100 metrów obok jest zajefajne centrum wspinaczkowe z największą lodową ścianą na świecie. Zaczynam żałować, że nie zabrałam butów wspinaczkowych. Gdybym wiedziała, że będę musiała siedzieć w mokrym namiocie…

W tym centrum górskim będzie też start i meta zawodów. W czwartek Vertical, piątek Ben Nevis Ultra, sobotę Ring of Steall Skyrace i w niedzielę gwóźdź programu – najbardziej ekstremalny Glen Coe Skyline. Widząc prognozy na weekend – wiatr w górach do 100 km/h i śnieg, mam tylko jedną obawę. Że skrócą trasę.

W sumie przez mój tygodniowy pobyt był tylko jeden ładny moment, czwartek przed południem, jakieś 2 godziny. Wtedy zrobiłam to zdjęcie.

Kinlochleven, Szkocja, Blackwater Hostel & Campsite

Blackwater Hostel & Campsite

I wtedy Darek i Wojtek ruszyli w góry zdobyć najwyższy szczyt Wysp Brytyjskich – Ben Nevis, 1344 m. I nie dotarli. Upaprali się po kolana w błocie i wodzie, wymarzli, bo jak mówili wiało tak, że strumienie płynęły pod górę.

Nie było innej opcji, po deszczowym i zimnym Verticalu, piątkowa trasa Mistrzostw Świata w Ultra Skymaratonie została skrócona. Zamiast 4000 metrów w pionie było 1600, obcięto wszystkie szczyty. To był bieg po bagnach, jak podsumował Darek.

A ja? Kto by usiedział sam w namiocie w taką pogodę? Kręcę się tu i tam. Kibicuję na starcie Verticala w deszczu i wietrze, kibicuję na starcie Ben Nevis.

Bad Weather Route

W piątek czuję się już naprawdę źle. Wyjechałam z Zakopanego lekko osłabiona po niedawnym przeziębieniu i niestety przebywanie non stop na deszczu i wietrze nie sprawiło, że nabrałam sił. Wręcz odwrotnie, trzęsie mnie od środka, mam stan podgorączkowy, słabo mi, gdy stoję. Moje zatoki tego nie wytrzymały. Udaje się wykupić jeden nocleg w pensjonacie reprezentacji. Wygrzewam się pod kołderką ile mogę, by w sobotę rano wrócić znowu do mojego żółtego, targanego wiatrem i deszczem domku.

Iwonka w sobotę ma start, ale dorobiła sie przeziębienia na verticalu i schodzi z trasy już po paru kilometrach. Boję się, że powtórzę jej los. Jak bardzo zmienia się moje nastawienie! Z wkurzenia, że pewnie skrócą trasę, poprzez obawę, że nie skończę biegu i wreszcie ulgę, gdy ogłoszono Bad Weather Route! Na pocieszenie dodają nam Curved Ridge, najtrudniejszy fragment z całej oryginalnej trasy.

Prognoza pokazuje deszcz i silny wiatr przez całą noc i niedzielę. Bieganie chorym to nie jest najlepszy pomysł, zwłaszcza w takich warunkach. Zamiast ekscytować się startem, na który tak długo czekałam, boję się o własne zdrowie. Nie tak miało to wyglądać. To miał być najważniejszy start sezonu, a jest lekka frustracja. Szkoda mi tego wyjazdu i mimo złego samopoczucia postanawiam pobiec.

W nocy przed startem

mam przedsmak następnego dnia. Namiotem telepie tak, że mam wrażenie, że zaraz odlecę. Nie wiem już, czy mi się to śni, czy naprawdę podrywa namiot. Całą noc pada deszcz, a wiatr huczy tak, że pęka mi głowa, nie mogę spać.

Żeby Was uspokoić. Nie marzłam w tym namiocie. Dobry puchowy śpiwór, puchówka, wełniana czapka i było mi naprawdę ciepło. Zaszkodziło mi ciągłe wychodzenie z „ciepłego domku” na zewnątrz, wiatr i wilgoć. Żeby cokolwiek zrobić, trzeba było wyjść i zmarznąć. Żeby się ogrzać – napić się z kolegami ciepłej herbaty – trzeba było stać na deszczu i wietrze. Żeby wziąć gorący prysznic, trzeba było wyjść na deszcz, żeby się w nocy wysikać, trzeba było wystawić się na pizgawicę, itp. itd.

Rano budzi mnie deszcz i porywisty wiatr. Trzeba jakoś wyjść z ciepłego śpiworka, zastanowić się, co na siebie założyć i szykować się na start.

Ciąg dalszy…

]]>
https://biegamwgorach.pl/glen-coe-skyline-czesc-1/feed/ 0
Czego nauczył mnie start w Lądku https://biegamwgorach.pl/start-w-ladku/ https://biegamwgorach.pl/start-w-ladku/#comments Mon, 30 Jul 2018 10:14:09 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=7857 Finisz, Złoty Półmaraton 2018, Olga Łyjak

Złoty Półmaraton. Fot. Łukasz Buszka

Dobrze jest znać swoje mocne i słabe strony. Wiedziałam, że w Lądku nie będzie łatwo, ale nie spodziewałam się aż takiego dramatu. Pobiegłam prawie 10 sekund na km wolniej niż maraton na tej samej trasie 4 lata temu. Wtedy był podobny upał. A jechałam tam z nastawieniem, że upał będzie mi sprzyjał. Odpowiedź, dlaczego nie byłam w stanie pobiec szybciej, przyszła jak grom z jasnego nieba, gdy po powrocie z Wrocławia poszłam na wieczorne rozbieganie na Drodze pod Reglami.

Aklimatyzacja do upałów

Zawsze dobrze biegało mi się w upałach. To była moja mocna strona. Wiedziałam, że mam przewagę nad niektórymi zimnolubnymi biegaczkami. Byłam typowym ciepłoludem. Świetnie biegło mi się SGS i Złoty Maraton w upale w 2014 roku. Do czasu.

Mój ostatni start, gdy żar lał się z nieba, był w marcu 2015 na Gran Canarii. Od tamtego czasu starty w ciepłą pogodę były bardzo sporadyczne. Od 4 lat mieszkam w Zakopanem i w 99% trenuję w chłodnym, górskim klimacie. Nawet gdy wyjeżdżam na jakieś zawody czy treningi, to są to z reguły chłodne Alpy, Pireneje lub inne zimniejsze góry.

Wiedziałam, że w Lądku będzie gorąco i jak zawsze czułam, że to będzie dla mnie na plus. Przyjechałam do Wrocławia w środę, z chłodnego Zakopanego. Gdy wyjeżdżałam było 15 stopni i padało. I w takich warunkach była większość moich treningów. We Wrocławiu dopiero w piątek wypogodziło się, zrobiłam 5 km jak zawsze przed zawodami, luźny bieg w tempie 4:35 napawał mnie optymizmem.

Ślęża, bieganie, trening, biegaczka

Ślęża, Fot. Błażej Łyjak

Przed startem w Lądku o godz 11 próbowałam zrobić rozgrzewkę, ale nie byłam w stanie biec szybciej niż 6:00! Pomyślałam, że to przez stres i że przejdzie po kilkuset metrach biegu. Jak bardzo się myliłam! Nogi jak z waty już na wstępnie, nie mogłam wyrównać oddechu, brakowało mi powietrza. Na pierwszym dłuższym podbiegu na Trojak zatykało mnie i momentami musiałam przechodzić do marszu. OK, miałam w tym tygodniu dwa bardzo mocne treningi, 3 zakres pod górę i podbiegi na maksa na wysokości 4000 m w Hypoint, ale nie czułam się aż tak zmęczona, żeby nie móc wykrzesać z siebie sił na zawodach. Na zbiegu nie było dużo lepiej. Myślałam, żeby zejść z trasy, ale i tak musiałabym dobiec do Lądka. A tak zrobiłam chociaż trening. Dobiegłam w 2:05 jako piąta kobieta. Jak dla mnie ten czas to dramat, bo połówki o podobnym przewyższeniu biegałam w 1:45-1:50.

Nie wiedziałam do końca co się stało. Myślałam początkowo, że to efekt treningu na wysokości. Nie byłam zmęczona tym startem, nie miałam zakwasów. W niedzielę wróciłam do treningu. I tutaj kolejne zaskoczenie. We Wrocku było już jakieś 30 stopni. Biegłam w tempie 5:30 i nie mogłam wziąć pełnego wdechu, znowu czułam, jakbym się dusiła. To samo było w poniedziałek. Chciałam zrobić tempo run po 4:00, ale już przy 4:15-30 brakowało mi powietrza. We wtorek było ciut lepiej, udało mi się zrobić podbiegi, ale nadal przy 5:00 dyszałam, jakbym startowała na dyszkę. W środę to samo, jakbym biegła w saunie, gdzie na dodatek brakuje powietrza. Naprawdę się tym przestraszyłam. Zwłaszcza, że siedząc w domu na kanapie też miałam problemy z oddychaniem i braniem pełnego wdechu. Postanowiłam, że jeśli to nie przejdzie, robię spirometrię płuc.

W środę wieczorem wróciłam do Zakopanego. Już w samochodzie na Zakopiance, gdy temperatura z 30 spadła do 20 i padał deszcz, zaczęłam czuć się lepiej. Gdy dojechałam do domu, marzyłam o jednym. Iść pobiegać! Zrobiłam moją rutynową traskę na Drodze pod Reglami do Kościeliska i z powrotem, 12 km. Poczułam się tak, jakbym wróciła z jakiegoś obozu na dużych wysokościach z małą ilością tlenu na niziny! Wreszcie biegłam nie czując, że się duszę.

Znalazłam odpowiedź mojej „porażki” w Lądku. Mój organizm jest kompletnie nie przyzwyczajony do biegania w upałach. Kiedyś był, ale 4 lata mieszkania w Zakopanem, długie zimy, chłodne i deszczowe lata zrobiły swoje. 5 dni biegania we Wrocku w upałach nic nie dało. Nie wiem, ile musiałabym się aklimatyzować do startu w Lądku, ale na pewno dużo dłużej niż tydzień.

trening, bieganie, biegaczka

Bieganie w upale we Wrocku, Fot. Błażej Łyjak

Doceniłam miejsce, w którym mieszkam

Przez pierwsze 3 lata dużo narzekałam na pogodę w Zakopanem. Zima trwa tutaj prawie 6 miesięcy. Ciągle chorowałam, w styczniu i lutym uciekałam na Kanary. Tutaj nie zrobisz porządnej bazy biegowej zimą. Wiosna jest z reguły zimna i deszczowa. W Tatrach zalega jeszcze śnieg. Lato burzowe i deszczowe. Jesień to w zasadzie tylko wrzesień, ale szybko robi się chłodno i często pod koniec września i w październiku w górach pada śnieg. I jak tu biegać jak przez większość roku jest chłodno, pada deszcz albo śnieg?

Dopiero tej zimy (mojej czwartej w Zakopanem) naprawdę ją polubiłam. Przestałam chorować. Zakochałam się na dobre w skiturach. Przestało przeszkadzać mi to, że nie bardzo da się biegać i nie mogłam rozstać się na wiosnę z nartami. Teraz pokochałam też lato. Te kilka dni biegania jak w saunie, duszenie się przy tempie spacerowym, uświadomiły mi, jaką jestem szczęściarą. Tutaj nawet jak jest 20-25 stopni, to chłodzi wiaterek, rześkie powietrze albo deszcz, nie mówiąc już o bieganiu w górach. Upały w Tatry nie docierają. Są wręcz idealne warunki do biegania. Dziękuję ci półmaratonie w Lądku za to, że w pełni doceniałam to, gdzie mieszkam! Koniec narzekania na długą zimę i kapryśne lato!

Lepiej znoszę dużą wysokość niż upały

Start w Lądku dał mi do myślenia jeszcze w jednej kwestii. Naprawdę dobrze biega mi się w warunkach hipoksji. Mogę robić mocne treningi na wysokości 3500-4000 m i nie czuję, że brakuje mi tlenu, a wystarczy upał, a czuję, jakbym się dusiła. Te 5 dni biegania we Wrocławiu było dla mnie jak trening na wysokości. Gdy biegłam po 5:00 (1 zakres) i zatrzymywałam się na światłach, łapałam powietrze, jakbym robiła interwały na progu beztlenowym. To była męczarnia. Trening na wysokości owszem jest dla mnie ciężki, męczę się robiąc interwały, ale nie mam poczucia, że brakuje mi tlenu. Podczas wejścia i podbiegów na Teide na 3700 też czułam się dobrze.

Można powiedzieć, że to logiczne. Od 4 lat mieszkam na powyżej 900 m n.p.m. Nie trenuję niżej, dużo biegam i chodzę na skiturach na 2000-2500 m. Nie biegam w upałach. Dlatego bieganie na dużej wysokości jest dla mojego organizmu mniejszym szokiem niż nagły przeskok w nizinne upały.

Organizm adaptuje się do warunków, w jakich trenuje. Źle znosi nagły przeskok w zupełnie inne okoliczności. Jeśli szykujesz się do maratonu na asfalcie, rób większość swojego treningu na twardych nawierzchniach. Jeśli nastawiasz się głównie na starty w górach, lepiej będzie biegać jak najwięcej w crossie po lasach i szutrach. Jeśli Twój docelowy start będzie w środku lata w samo południe, staraj się trenować w podobnych warunkach.

Nie traktuję startu na DFBG jako porażki. Wiem, że to nie był efekt słabej formy. Wyciągam wnioski i idę do przodu! Moje miejsce jest w wyższych górach, stromszym terenie i zimniejszych klimatach.

Bieganie w Tatrach, szlak na Szpiglasową Przełęcz, Tatry Wysokie

Szlak na Szpiglasową Przełęcz, Fot. Łukasz Smogorowski

]]>
https://biegamwgorach.pl/start-w-ladku/feed/ 2
Wyszehradzki Ultramaraton im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego 34 km – relacja https://biegamwgorach.pl/34km-relacja/ https://biegamwgorach.pl/34km-relacja/#comments Thu, 14 Sep 2017 07:00:59 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6514 Wyszehradzki Ultramaraton im. Lecha Kaczyńskiego 34 km - relacja

Miałam nie pisać relacji z mojego ostatniego startu, ale nowa nazwa tak mnie rozbawiła i jednocześnie zasmuciła, że postanowiłam upamiętnić ten bieg na blogu.

O tym, że o nowej nazwie dowiedziałam się w piątek przed startem, pisałam wczoraj. Myślałam początkowo, że to żart i dlatego to zbagatelizowałam. Ale na dekoracji okazało się, że to nie jest żart. Tak, Lech Kaczyński, który jak wiadomo, wiele miał wspólnego z bieganiem i sportem, patronem najbardziej popularnych biegów górskich w Polsce. Pan Zygmunt zapewnia, że nazwa zostanie i dojdą jeszcze nowe. Ciekawe, jakimi imionami, których polityków, zostaną nazwane biegi dla dzieci. I ciekawe, czy też zostanie to ogłoszone 3 dni przed zawodami, żeby wszyscy, którzy mieli się zapisać, zapisali się i porezerwowali noclegi.

No dobra, zostawmy politykę, zajmijmy się bieganiem. Na tym blogu jest już relacja z biegu na 100 km, 64 km, pora na 34.

Nie jestem jakoś specjalnie wytrenowana, ale czułam, że w tempie 6:00 jestem w stanie pobiec, czyli w czasie 3:20-3:25. Skąd niby mogłam to wiedzieć? A no z czasów, jakie robiłam na mocniejszych wybieganiach, czyli w drugim zakresie. Dwa tygodnie przed zwodami pobiegłam trailową dychę na zmęczeniu w 45 minut, potem wbiegłam na Rysy w 2 godziny i 6 minut w dolnej granicy 2 zakresu. Wyglądało to wszystko dobrze, jak na brak trenowania szybkości. O moim treningu w sierpniu pisałam tutaj.

Do Krynicy przyjechałam w piątek po południu. Odebrałyśmy ze znajomymi pakiety. Ciężko było przebić się przez miasto, ciągle jakiś bieg, barierki, brak przejścia na drugą stronę deptaku, potem jeszcze zamknięta ulica, o czym nie było żadnej informacji, widniała jedynie tablica, że droga będzie zamknięta w sobotę. W końcu o 20 udało mi się dotrzeć do pensjonatu i po 21 poszłam spać.

Obudziłam się o 6, jeszcze nigdy tak długo nie spałam przez żadnymi zawodami. W ogóle się nie stresowałam. Zjadłam wafle ryżowe z awokado i masłem orzechowym i pobiegłam na deptak. Miałam 3 km, ale po drodze spotkałam Przemka Barnowskiego i przeszliśmy sobie gawędząc do autokarów, które miały zawieść nas na start.

Start o godzinie 12, a my w Piwnicznej byliśmy już o 11. Bez sensu, ale widocznie tak pasowało organizatorowi. Tłum biegaczy czekał przy punkcie odżywczym, gdzie co chwilę wbiegali i wybiegali zawodnicy z dłuższych dystansów. Słońce grzało mocno i trzeba było chować się w cieniu. Rozmawiamy sobie z Przemkiem o taktyce na bieg. Chciałam pobiec bardzo mocno, sprawdzić, jak to będzie pobiec taki dystans na maksa, a potem zobaczyć, czy mnie odetnie, ile wytrzymałam. Jarałam się na ten start.

No i poszliśmy! (Co ciekawe 15 minut przed planowanym startem, kolejna wtopa organizatora, Marcin Rzeszótko i Bartek Przedwojewski ledwo zdążyli dobiec z rozgrzewki). Tłum biegaczy wybiegł na asfaltową drogę, 200 metrów płasko, po chwili ostro pod górę. I w tym momencie poczułam, że coś jest nie tak. Tętno skoczyło mocno do góry, zaczęłam się w środku gotować. Fakt, było gorąco, ale ja bardzo dobrze znoszę upały. Zrobiłam rytmy na rozgrzewce, więc wysokie tętno nie powinno mnie zaskoczyć.

Jedna po drugiej zaczęły wyprzedzać mnie dziewczyny, a ja nie byłam w stanie przyspieszyć, czułam, że tylko człapię. Myślałam, że to tylko chwilowy kryzys, który niedługo przejdzie. Chwilami przechodziłam do marszu, żeby uspokoić tętno i odblokować nogi. Właśnie, nogi. One były jakby zablokowane, jakby nie dopływała do nich krew. Z czasem przeistoczyły się w dwie kłody drewna.

Gdy stromy podbieg się skończył i wybiegliśmy na betonowe płyty wzdłuż zielonych łąk, próbowałam zmusić się do biegu w tempie 6:00, ale nogi odmawiały, jakby nie były moje i nie słuchały moich poleceń. W lesie, na zbiegach trochę udało się przyspieszyć. Na kamienistym zbiegu do Wierchomli też była ostra mijanka, tutaj już było sporo biegaczy z setki i 64. Ale płaski asfalt w Wierchomli znowu obnażył moją słabość. Miałam przecież dopiero 10 km w nogach, powinnam tutaj zasuwać co najmniej po 4:30! A ledwo człapałam po 5:30-6:00. Myślałam o zejściu z trasy. Wiedziałam już, że wyścig dla mnie się skończył, musiałabym jednak długo czekać na transport. Jak się potem okazało, byłabym w Krynicy dopiero o 17 razem z depozytami. Postanowiłam biec z myślą, że robię już tylko trening.

Ale tak jak w sobotę nie męczyłam się jeszcze na żadnym treningu. Nie ze względu na tempo, ono było wolne! Po prostu ciągnęłam za sobą dwie ciężkie kłody i czułam, jakbym ważyła 10 kg więcej. Na podejściu na Szczawnik wiedziałam, że takie strome podbiegi mogę przetruchtać. Ale nie dzisiaj. Źle mi się podchodziło i źle truchtało. Wymyśliłam więc system, 20 kroków marszem, 30 truchtem. Skupiłam się na liczeniu i czas mijał szybciej. Tym sposobem wyprzedzałam wszystkich po kolei. Tutaj był tłum, dużo więcej osób niż dwa lata temu, gdy biegłam 64 km.

Na zbiegu oczywiście poleciałam szybko, zostawiając innych daleko w tyle. Ale umówmy się, na zbiegu jedyna sztuka, to umieć się puścić. Większość biegaczy tego nie potrafi. A nie musisz nic robić, tylko się puścić i koordynować ruchy, czasami przeskoczyć przeszkodę, umieć zabalansować ciałem na nierównej nawierzchni. Nie trzeba w to wkładać wiele wysiłku.

Najgorszy fragment to podbieg do Bacówki nad Wierchomlą i dalej na Runek. Lekko pod górę, powinnam tutaj zasuwać, a ja zmuszałam się do truchtu. Co chwilę zatrzymywałam się i klepałam nogi, były zdrętwiałe, nie czułam, żeby płynęła przez nie krew. Znowu trochę biegłam, trochę szłam. Tym razem system 50/20. 50 kroków biegnę, 20 idę. To wybijało mnie z monotonii ciągnięcia sztywnych nóg.

Byłam wtedy jeszcze czwarta. Ale zaraz za Bacówką wyminęła mnie dziewczyna. Próbowałam za nią biec, ale nic z tego. Człapałam dalej. Doczłapałam do Runku, wreszcie zbieg. Ale już nawet źle mi się zbiegało. Zaczął boleć mnie brzuch. Jeszcze parę mniejszych podbiegów, na których zmuszałam się, żeby nie przechodzić do marszu. Co ciekawe, nogi mnie nie bolały, po prostu nie mogłam nimi szybko przebierać. Ostatni zbieg na deptak w Krynicy był koszmarem, a na 500 metrów przed metą nie mogłam biec nawet po 5:30. Pamiętam, że biegnąć setkę szybciej tutaj finiszowałam!

Dobiegam w 3 godziny i 46 minut, jako 5 kobieta. Tempo 6:39. Uważam, że i tak dobrze, jak na to, co działo się w tym czasie z moim ciałem. Link na stravie tutaj.

Całe szczęście na mecie spotkałam kilku fajnych znajomych i szybko zapomniałam o cierpieniu. To było fizyczne cierpienie, bo zmuszałam ciało, które nie chciało biec, do wysiłku. Ale większe były męki psychiczne, poczucie, że nie mogę biec tak szybko, jak bym chciała i jestem do tego zdolna.

Znam przyczynę tego stanu. Dziewczyny, Wy mnie zrozumiecie. Byłam dokładnie dzień przed miesięcznicą, tzn. miesiączką. Z reguły wtedy nie biegam żadnych mocnych jednostek. Źle mi się biega nawet 5 km, truchtam po 5:30 i mam ochotę jak najszybciej skończyć trening. Chyba jeszcze nigdy nie trafiłam z zawodami akurat w ten najgorszy dzień, bo nie pamiętam, żeby kiedykolwiek tak źle mi się biegło. No cóż, zawody przeszły do historii, nie udało mi się powalczyć o pudło, ale co jak co, zrobiłam mocny trening. Mam nadzieję, że zaprocentuje.

Jeszcze co jadłam i w czym biegłam.

Jadłam – 7 żeli Squeezy

Piłam wodę na punktach, kolę na ostatnim przy Bacówce

Biegłam w butach Adidas Terrex Agravic Speed*. Lekkie (215 gramów), mało amortyzacji, mały drop, drobny, niski bieżnik, dobrze przyczepna guma Continental. To świetne buty na takie zawody, gdzie jest sporo asfaltu, betonu, szuter, trochę błota i kamieni. Brak amortyzacji może niektórym przeszkadzać na stromych zbiegach. To dobre buty na szybkie, krótkie biegi trailowe.

* Dostaję buty od Adidasa, ale nie mam żadnej umowy, że mam się nimi chwalić. Wspominam o nich, bo to naprawdę fajne, lekkie buty do trailu, wdają się trwalsze od ich siostrzanej wersji Terrex Agravic. Niedługo napiszę o nich coś więcej.

]]>
https://biegamwgorach.pl/34km-relacja/feed/ 3
Royal Ultra Skymarathon. Relacja #2 https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-2/ https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-2/#comments Sun, 23 Jul 2017 15:43:52 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6328 Kiedy ten ostatni zbieg?

Biegłam już ponad 37 km i ponad 6 godzin, pokonałam pięć przełęczy od 2500 do 3000 metrów n.p.m. Trasa prowadziła teraz nierównym, kamienisto-trawiastym trawersem jakiegoś zbocza. Niby tylko lekko pod górę, ale ścieżka wąska, głazy i nachylenie stoku sprawiały, że biegło się bardzo ciężko. Ścieżka prowadziła na kolejną przełęcz, 2670 m. Nie wiem jak to się stało, ale wywaliłam się na bok na skałę. Przed uderzeniem o kamień uratował mnie kijek, z którym stało się to, co nieuniknione. Pozbierałam elementy i schowałam do plecaka i kuśtykałam dalej już tylko z jednym.

Na przełęczy zapytałam wolontariusza, czy to już ostatnie podejście, zrozumiałam, że tak. Myślałam więc, że zostało jeszcze ok 15 km i głównie zbieg w dół (tak jak było na KIMA).  Przyspieszyłam, żeby dogonić dwie dziewczyny, które wyprzedziły mnie parę kilometrów wcześniej. Zbieg był dość stromy, na szczęście po łące i można było wciągnąć nogi. Dziewczyny wyprzedziłam jeszcze przed jeziorem na wysokości 1800 m. Dalej zbiegu ciąg dalszy, czyli już prawie 1000 metrów stromo w dół! Byłam pewna, że będziemy już biec tylko zbiegać. Z zegarka wychodziło, że mam jeszcze ok 10 km. „Meta jest na ok. 1600 m, więc będzie buy Windows 10 Professional product Key trochę płasko i delikatnie w dół” – tak sobie rozkminiałam. Na początku to się zgadzało, biegłam po prawie płaskiej ścieżce, a potem zaczął się podbieg, ale nie jakiś bardzo stromy. Myślałam, że to jakaś mała hopka. Ale podbieg się nie kończył.

Ucieczka i gonitwa za zającem

Dawałam z siebie wszystko, żeby nie dogoniły mnie tamte dwie dziewczyny, ciągle uciekałam. Biegłam teraz z dwoma zawodnikami, jeden przede mną, drugi za mną. Ten przede mną trochę mi uciekał, a ten z tyłu odstawał. Miałam zająca. Robiłam wszystko, żeby go nie zgubić. Oddalał się coraz bardziej, a ja go goniłam pod górę podpierając się jednym kijem. Ścieżka pod górę prowadziła przez las, było parno i gorąco. Na lekkim wzniesieniu las zaczął się przerzedzać. Byłam pewna, że za nim będzie już zbieg nad jezioro motorup.com.au do mety. Ale moim oczom ukazała się piękna, rozległa dolina z wijącą się do góry ścieżką, na której dostrzegałam małe, kolorowe poruszające się kropki. „O Fuck!” – krzyknęłam. Tam jest jeszcze jakieś podejście. Niemożliwe! Byłam zrezygnowana, ale wiedziałam, że gonią mnie dwie dziewczyny, które wydawały się dużo mocniejsze na podbiegach. Uciekałam ile sił.

Royal Ultra Skymarathon

Ostatnie podejście

Przed przełęczą dostrzegłam mojego zająca. Prawie go miałam! Wdrapałam się na nią (2310 m) i wtedy poczułam się jak w matrixie. W dole nie było żadnego jeziora, nie było widać mety! „To jeszcze nie koniec, będzie jeszcze jakieś podejście?” Zbiegłam na dół do schroniska, gdzie był punkt odżywczy. Rzucił mi się w oczy ser pokrojony w kostkę. Pierwszy raz na tym biegu spojrzałam na to, co serwują na stole. Ale nie mogłam patrzeć na jedzenie, uzupełniłam tylko wodę do jednego flaska. Pytam, ile jeszcze do mety i słyszę, że ok 5-10 km. Niezła maniana! Problem w tym, że widzę dookoła tylko wysokie góry i przełęcze. Stało microsoft10.com się dla mnie jasne, że trzeba jeszcze wspiąć się na jedną z nich! To mnie dobiło, chciałam się rozpłakać, ale nie miałam na to siły. Musiałam uciekać dalej i gonić mojego zająca, który znowu gdzieś zniknął.

Z jednym kijkiem, ledwo człapiąc musiałam wyglądać naprawdę marnie. Ale mój duch walki ciągle we mnie drzemał i nie pozwalał teraz się poddać. Za lekkim wypłaszczeniem na łące trzeba było skręcić w lewo za skałami i wtedy zobaczyłam podejście, stromiasto pod górę, a na nim parę kolorowych postaci pnących się jak ślimaki. Teraz to już musiała być ostatnia przełęcz.  Włączył się mój duch walki, przestałam już uciekać dziewczynom z tyłu, których ani razu nie widziałam za sobą i zaczęłam gonić te kolorowe postaci. „A może jeszcze parę osób wyprzedzę!” – myślałam.

Tymczasem robiłam się głodna. Nie miałam już żadnych żeli, od Kamila wzięłam tylko 5, licząc na to, że przede mną jest tylko długi zbieg, a te 5 i tak było na wszelki wypadek! Podeście miało pod koniec ok 45% i trzeba było opierać się rękoma o stok. Wdrapałam się wreszcie resztkami sił, zegarek pokazał wysokość 2551 m i 53 km. To już powinien być koniec zawodów – według tego, co podawali organizatorzy. Pytam windows 10 professional key purchase tradycyjnie, ile jeszcze do mety. „5 km” – usłyszałam. „5 km i 400 m w dół?” – dopytuję? „Nie – 900 metrów w dół”.

Royal Ultra Skymarathon

Ostatnia przełęcz, Celle del Nel 2551 m

Ostatni zbieg i najlepsza zabawa

Poprosiłam jeszcze wolontariusza, czy pomoże mi schować kijki do plecaka i w tym momencie zachwiałam się i prawie nie przewróciłam na drugą stronę stromego stoku. Wolontariusz musiał mnie łapać. Wzięłam trochę wody i zaczęłam żwawo schodzić. Biec się za bardzo nie dało, było ok 40% nachylenia i nierówne kamienie na wąskiej ścieżce. Bolało mnie wszystko, od pleców po palce u stóp. Dogonił mnie tu jeden zawodnik i to zmobilizowało mnie, żeby poruszać się trochę żwawiej. Gdy zrobiło się mniej stromo, zaczęłam biec, jak na moje odczucie, całkiem szybko. Ogólnie na tym ostatnim zbiegu było 4 km i 900 metrów w dół!

Dogoniłam mojego zająca, co bardzo mnie zmobilizowało, a za chwilę zobaczyłam schodzącą Natalię. Byłam pewna, że podejmie walkę, ale wyglądała na kompletnie zrezygnowaną. Włączył mi się znowu tryb uciekania i przyspieszyłam jeszcze bardziej. Biegłam tak, jakbym dopiero zaczynała zawody, skakałam od skały do skały po stromej, leśnej ścieżce, wijącej się krótkimi zakosami. Znów biegłam z tymi samymi dwoma biegaczami, których dogoniłam na zbiegu do poprzedniego jeziora. Znowu jeden mi uciekał i był moim zającem, a drugi zostawał z tyłu. Uciekałam Natalii i goniłam zająca. To była najlepsza zabawa na tym biegu!

Gdy stromy zbieg się skończył i wybiegłam z lasu ujrzałam wreszcie upragnione jezioro, nad którym gdzieś była meta. Wolontariusz pokierował mnie w lewo na asfaltową drogę wokół jeziora. Chciałam, żeby to już się skończyło, biegłam po płaskim asfalcie w tempie 6:0 resztkami sił. „Co ci Włosi jeszcze wymyślili? Każą nam jeszcze obiec całe jezioro?” Biegnę i biegnę, a tej mety nie widać. Ostatni kilometr dłużył się i dłużył! Nie lubię tych asfaltowych końcówek na biegach górskich, choć na tych zawodach asfaltu było naprawdę niewiele, może w sumie 2 kilometry.

Jeszcze tylko kawałek po piachu i trawie nad jeziorem i widzę wreszcie metę!

Royal Ultra Skymarathon. Relacja #2

Meta. Royal Ultra Skymarathon

Za metą

W jednej chwili zapominam o tym, że przed chwilą bolał mnie każdy centymetr ciała i rzucałam całe to ultra. Siadłam obok Kamila, który ciągle coś do mnie mówił, pytał, co mi przynieść, a ja nie miałam ochoty nic mówić ani opowiadać. Cieszyłam się, że mogę po prostu siedzieć, nikomu nie uciekać i nikogo nie gonić.

Gdy już ochłonęłam, wciągnęłam zasłużone dwa burgery, było piwo, miła pogawędka z Natalią i Przemkiem, prysznic, masaż, wielka pizza i dużo wody. Wieczorem rozkładanie namiotu. Następnego dnia składanie namiotu i całego majdanu i 1400 km starą skodzinką do Kościeliska.

Ogromnie się cieszę, że przetrwałam te zawody w dobrej kondycji, fajnie mi się zbiegało i nic sobie nie uszkodziłam. Dobiegłam jako 49 w open i 12 kobieta. Wyniki tutaj. Pobiegłam dużo lepiej niż bieg KIMA w zeszłym roku, choć tam byłam dziesiąta. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że lepiej był zdrowym i niedotrenowanym niż podchorowanym i przetrenowanym!

Co z moim postanowieniem, że rzucam ultra? Gdy siedzieliśmy na mecie, piliśmy piwo i jedliśmy co się da, uświadomiłam sobie, że znowu chcę pobiec takie zawody, chcę przeżyć piękny, ciężki dzień w górach, czuć ból w całym ciele, napierać stromo pod górę i swobodnie zbiegać skacząc po kamieniach, może pobiec lepiej, coś poprawić, cieszyć się tym, że mogę biegać i startować w takich fajnych imprezach!

Mój bieg na garminconnect.

Pierwsza część relacji tutaj.

Royal Ultra Skymarathon

Wyżerka na mecie

W czym biegłam?

  • biegłam w sprawdzonych na tatrzańskich szlakach Adidas Terrex Agravic
  • miałam plecak CamelBak Ultra Pro Vest, 4,5 litra i dwa flaski adidas Terrex po 400 ml
  • na podejściach pomagały mi sluminiowe, składane kije Mountain King Skyrunner

Co jadłam?

  • 10 żeli Squeezy (połowa z kofeiną)
  • dwie paczki żelków PowerBar
  • parę galaretek Aptonia
  • tabletki z elektrolitami Isostar
  • piłam bardzo dużo wody, a na punktach głównie colę

O moim treningu do tych zawodów pisałam we wpisie:

Zdjęcia: Kamil Weinberg, Ezno Zucco

]]>
https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-2/feed/ 4
Royal Ultra Skymarathon. Relacja #1 https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-1/ https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-1/#respond Sat, 22 Jul 2017 13:14:54 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6199 Royal ultra Skymarathon Gran Paradiso (dłuższej nazwy chyba nie dało się wymyślić 😉) – ok 57 km, 4300 m w górę i 4750 w dół we włoskich Alpach, 7 przełęczy powyżej 2500 m n.p.m., podejścia i zbiegi sięgające 45%. Bieg należy do Pucharu Świata Skyrunning Extreme i Pucharu Skyrunning Włoch. Jak dobrze był obsadzony, zobaczyłam dopiero dzień przed startem na uroczystym rozdaniu numerów. Jakoś dziwnie w ogóle się tym nie przejmowałam.

Nie miałam kompletnie żadnej napinki, żadnych oczekiwań wobec siebie. Nie analizowałam zbytnio profilu trasy ani listy startowej. Chciałam pobiec dobry bieg i dobrze się bawić, dla siebie.

Najdłuższa podróż życia

Przed startem spędziłam w aucie w sumie 5 dni/4300 km. Byłam w Belgii na imprezie, gdzie kibicowaliśmy w lokalnym biegu ultra, upiłam się trzema belgijskimi piwami i spałam nieopodal grilla, pod namiotem na szczęście, który Kamil pomógł mi rozłożyć. Kolejny punkt naszej wycieczki to Andorra i Pireneje. Uwielbiam spać pod namiotem i przez 8 dni na campingu w Ordino wreszcie wypoczęłam, choć noce były chłodne i spałam w puchówce. Pireneje są boskie i uwielbiam ten klimat. Noce dość windows 10 key sale chłodne, za to w dzień ok 25-30 stopni, trochę deszczu i wiatru. Czułam się tutaj świetnie i dobrze mi się biegało. Wysokość nie stanowiła Windows 10 Professional product Key sale dla mnie żadnego problemu. Zrobiłam dwie dłuższe wycieczki w górach i dwa krótsze treningi na wysokości ponad 2000 metrów. O moim treningu pisałam więcej tutaj. Na koniec kibicowałam Kamilowi na Andorra Ultra Trail. Świetna impreza i super trasy z dużym przewyższeniem. Na pewno wrócę jeszcze w Pireneje!

Pireneje, Andorra, trening, bieganie

Ostatni trening w Pirenejach na wysokości pond 2200 m

Po Andorze pojechaliśmy na dwa dni nad Lazurowe Wybrzeże, oczywiście pod namiot. Upał był straszny, ale pływanie w morzu wynagradzało wszystko. Próbowałam coś truchtać, jednak po 5 km byłam już wykończona. Nie radzę pić za dużo przed bieganiem w upały ponad 30 stopni, wszystko w środku się gotuje! Na campie załapaliśmy się jeszcze na super koncert – wakacji ciąg dalszy!

Do Włoch dotarliśmy w czwartek, 3 dni przed moim startem. Cudem udało się wjechać nad  jezioro Lago di Teleccio na wysokości 1950 m. Nie wspominałam, że podróżowaliśmy 18-letnią skodą bez klimatyzacji, w której coś się popsuło z chłodnicą. Górska droga wykończyła auto. Gdy zza przedniej klapy zaczynało się dymić, trzeba było stawać na 15 minut, żeby schłodzić silnik. Ja też byłam wykończona upałem i 7 godzinną jazdą bez klimy. Gdy wreszcie dojechaliśmy nad jezioro drogą o nachyleniu 15%, okazało się, że nasze schronisko nie stało nad samym jeziorem, ale trzeba było spakować najważniejsze rzeczy do plecaków i dojść 3 km w górę na wysokość 2200 m. Przygód ciąg dalszy!

Rifugio Pontese, Alpy

Przy schronisku Rifugio Pontese

W schronisku za bardzo się nie wyspałam. Powitała nas uśmiechnięta właścicielka, przesympatyczna Włoszka Mara, która gościła sporą grupę wspinaczy z Niemiec. Tak się złożyło, że wspinacze byli też członkami chóru. Nasz pokój na najbliższe 3 noce miał równo 2 metry kwadratowe i jedno małe okienko, mieściło się w nim tylko małe piętrowe, trzeszczące łóżko, resztę zawalał wielki bojler i szafka z prześcieradłami. Zostaliśmy ulokowani w przechowalni z napisem „Privat”. Jakoś udało mi się zasnąć przy akompaniamencie buy windows 10 key niemieckich pieśni na głosy, gitary i tamburyno, ale w nocy i tak budził mnie Kamil, który wiercił się na za małym łóżku nade mną. Następnego wieczora była z kolei impreza pożegnalna dla Niemców, a noc przed startem zebrały się w schronisku istne tłumy, w tym sporo biegaczy, panował Windows 10 Professional product Key Oem sale już taki rwetes i hałas, że było mi wszystko jedno czy zasnę czy nie, zresztą przed startem jeszcze nigdy nie udało mi się dobrze wyspać. Te wszystkie niedogodności wynagradzało piękno miejsca, w którym się znajdowaliśmy, cudna dolina otoczona strzelistymi szczytami i pięknymi ścianami, 200 metrów w dole pod schroniskiem turkusowe jezioro, raj dla wspinaczy i początek mojej niedzielnej trasy.

W międzyczasie trzeba było jeszcze zjechać na dół i na górę do Ceresole Reale, gdzie mieściło się biuro zawodów i meta (na wysokości 1600 m). Jak wspominałam jazda naszym autem po górskich drogach była przygodą samą w sobie. Włosi sprawili mi niespodziankę i wyróżnili w elicie zawodników. Było uroczyście. Wójt czy burmistrz i emerytowani wojskowi w regionalnych strojach wręczali nam numery, dostaliśmy wino i ser i ogólnie było bardzo miło i sympatycznie. Nie czułam, że jutro są jakieś trudne zawody. Niestety przez problemy z autem zrezygnowaliśmy z wykładu na temat Skyrunning’u, degustacji lokalnych potraw i jeszcze jakieś wystawy.

Royal Ultra Skymarathon Gran Paradiso. Wręczanie numerówRoyal Ultra Skymarathon Gran Paradiso. Wręczanie numerów

Royal Ultra Skymarathon Gran Paradiso. Wręczanie numerów

Na koniec dnia nasza codzienność, czyli dolewanie zwykłej wody do chłodnicy i turkotanie ciemno-zieloną skodzinką, z przystankami nad Lago di Teleccio, a potem marsz w górę do schroniska. Czy mielibyście czas na stresowanie się zawodami?

Start na wysokości 1950 m n.p.m.

Na zaporze nad Lago Teleccio o godzinie 6:30 czołówka wystrzeliła w tempie chyba po 3:0, biegłam 4 minuty na kilometr i wszyscy mnie wyprzedzali. 300 metrów płaskiego i wbiegliśmy na szlak. Już na pierwszym minimalnym zbiegu po kamieniach wyprzedziłam sporo osób. To dało mi do myślenia, że ten bieg przetrwam dzięki dobrym zbiegom. Gdy zaczęło się strome i wąskie podejście, prawie wszyscy wyciągnęli kijki. Nie planowałam na tak wczesnym etapie pomagać sobie kijkami, ale dałam się ponieść „presji tłumu”. To był chyba – na szczęście jedyny – mój błąd na tych zawodach. Tętno momentalnie wskoczyło prawie w 3 zakres (dodatkowa mocna praca rąk robi swoje, pamiętajcie o tym!). Z tym wysokim tętnem walczyłam do ok. 16 km i biegło mi się naprawdę ciężko! Jakbym nie miała aklimatyzacji (a przecież miałam po Tatrach i Pirenejach). Jakoś dotrwałam na tym tętnie do pierwszej przełęczy na wysokości 2990 m (Colle del Becchi). Na ostatnim stromym podejściu był super fajny techniczny teren, duże głazy, po których trzeba było skakać i strome podejście po śniegu. Wyprzedziłam tu parę osób.

Na zbiegu wreszcie mogłam odpocząć i trochę uspokoić tętno. Puściłam się swobodnie w dół po śniegu. Chyba nawet była tam poręczówka, z której nie skorzystałam. Na długim zbiegu w głąb doliny wyprzedziłam 3 dziewczyny. Teraz na Stravie widzę, że na większości zbiegów byłam szybsza od Amerykanki, która zajęła 2 miejsce. Zbiegało mi się naprawdę świetnie. Uśmiechałam się z radości do samej siebie i innych.

Royal Ultra Skymarathon Gran Paradiso. Start

Royal Ultra Skymarathon Gran Paradiso. Start nad Lago di Teleccio, 1950 m

Od przełęczy do przełęczy

Na końcu zbiegu był punkt odżywczy, a potem zaczęło się kolejne podejście (Bochetta del Ges 2692 m). Przestało mi być wesoło. Dziewczyny, które wyprzedziłam, bez problemu mnie tutaj dogoniły. Specjalnie nie liczyłam, która jestem wśród kobiet, ale z kilkoma dziewczynami ciągle się widziałyśmy, ja im uciekałam na zbiegach, one wyprzedzały mnie na podejściach. Nie chciałam w ogóle myśleć o rywalizacji, interesował mnie tylko mój bieg, skupiałam się na tym, żeby maksymalnie rozluźniać się na zbiegach i odpoczywać. Chyba pierwszy raz na zawodach nieźle mi się to udało, nie miałam prawie zakwasów w czwórkach po biegu (a wyszło przecież 4750 metrów w dół!).

Wile osób pisało po tym biegu, że był bardzo techniczny. Faktycznie były momentami bardzo strome podejścia i zbiegi, nawet po 45%, ale teren był jak dla mnie w większości biegowy (z wyjątkiem stromych podejść). Porównując do bardzo podobnych zawodów Kima w dolinie Val Masino, to tam jest dużo bardziej technicznie, wielkie głazy, podejścia i zejścia z łańcuchami, mało kiedy da się swobodnie biec. Tutaj było bardziej  tatrzańsko, z takim terenem jestem za pan brat!

Gdyby nie brak siły na podejściach uznałabym ten bieg za jeden z moich lepszych startów, pod względem taktyki i rozłożenia sił chyba najlepszy. Bardzo pomagały mi kije. Na trzecią przełęcz i najwyższy punkt na trasie – 3002 m, Colle della Porta wlazłam praktycznie tylko na nich wisząc. Nie pomagało to, że co chwilę ktoś, kto był za mną, pojawiał się przede mną, ścinając zakosy! To samo było na zbiegach. Dla wielu Włochów oznaczenia trasy mają charakter czysto orientacyjny. Ale żeby nie mówić o nich tylko źle, pewnie Was zaskoczę, ale na całej trasie nie zauważyłam ani jednego śmietka, opakowania, czy nawet skrawka opakowania po żelu! U nas to niestety rzadkość, a teraz w lipcu, w szczycie sezonu, aż boję się wyjść w Tatry…

Wracając do mojego podejścia, to tyle było tych dłużących się, stromych podejść na ponad 2500 metrów, że trochę wszystko mi się teraz zlewa. Z tej najwyższej przełęczy był zbieg po śniegu. Z nieukrywaną satysfakcją wyprzedzałam na stromym trawersie Włochów, osiłków, którzy przed chwilą ścinali zakosy. Więcej ich na tym biegu nie widziałam i bardzo mnie to cieszyło. Zbieg nie był zbyt długi i zaczęło się kolejne podejście po bardzo stromym piargu na 2922 m (Colle della Terra) i równie stromy piarżysty zbieg. Wyprzedziła mnie tu krępa Włoszka, która doganiała mnie już na podejściu. Kurczę, wyglądała jakby dopiero zaczęła zawody i jak ona zasuwała bez kijów! Dogoniła mnie dopiero na 27 km, a na mecie była 14 minut przede mną! Tymczasem ze mną było coraz słabiej. Czułam już prawie każdy mięsień, o podbieganiu prawie nie było mowy. 10 razy zrezygnowałam ze wszystkich zaplanowanych startów w tym roku i rzucałam całe to bieganie ultra. Zadawałam sobie pytanie, po co wyrządzam sobie tyle niepotrzebnego bólu? Nie zależy mi na wygranej, nie ścigam się o medale, więc po co? Na to pytanie znalazłam odpowiedź dopiero na mecie. Ale do mety było jeszcze parę godzin!

Na tym stromym zbiegu po piargu o nachyleniu 45%, zebrałam do butów całe garście mniejszych i większych kamyków, ale szkoda mi było czasu na zatrzymywanie się. Zacisnęłam zęby i goniłam Włoszkę.

Royal ultra Skymarathon. Relacja #1

37 km, przełęcz Colle del Nivole, 2640 m

Za ok. 5 km miała być kolejna przełęcz (Colle del Nivole, 2640 m), gdzie czekał na mnie Kamil. Chyba byłam słabsza, niż mi się wydawało, bo wyprzedziły mnie na tym odcinku kolejne dwie dziewczyny. Gdy zobaczyłam wreszcie Kamila, który z uporem robił mi zdjęcia, nie wiedziałam o co poprosić go najpierw, o żele, pomoc w schowaniu kijków czy napełnienie flasków. Pijąc kolę i wciągając żela, próbowałam w kilka sekund opowiedzieć mu wszystko, co wydarzyło się u mnie przed ponad 6 godzin, o tych wszystkich żmudnych i stromych podejściach, o super fajnych zbiegach, o Włochach ścinających trasę, o tym, że nie mam siły, ale biegnę dalej. Wyszło z tego tylko jakiś mamrotanie i już cisnęłam dalej. Na zegarku miałam już ok 37 km, ponad 6 godzin napierania i byłam pewna, że przede mną jedynie krótkie podejście na kolejną przełęcz, a potem już tylko kilkunastokilometrowy zbieg do mety. Myślałam, że czołówka już dawno jest na mecie, a ja zrobię te zawody w 8 godzin. O, jak bardzo się myliłam!

Ciąg dalszy jutro.

Zdjęcia: Kamil Weinberg

]]>
https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-1/feed/ 0
Cele na 2017 https://biegamwgorach.pl/cele-na-2017/ https://biegamwgorach.pl/cele-na-2017/#comments Thu, 19 Jan 2017 09:55:11 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=5730 Skitury Kasprowy

Zdjęcie Przemysław Piezga

Ta zima jest nietypowa. Mało biegam, jeśli mnie śledzicie na stravie to widzicie, że tylko coś tam człapię czasami. Chcę zacząć trenować na poważnie dopiero w kwietniu. Z doświadczenia wiem, że miesiąc – dwa dobrego treningu biegowego pozwoli mi dojść do całkiem niezłej formy. Poprzednie dwie zimy przez mocny trening biegowy ciągle chorowałam, stąd głównie na zmiana. Ale to nie oznacza, że się lenię. Przerzucam się na skitury. Nie, nie zamierzam na razie startować w zawodach, ale nie wykluczam tego w przyszłości. Po prostu jest taka fajna zima, wreszcie prawdziwa zima (!) dużo bezwietrznych, słonecznych dni, że aż się prosi, żeby wychodzić w góry na nartach. Myślę też, że to niezły trening tlenowy i siłowy, czyli całkiem niezła baza.

Nie skupiam zimą na treningu biegowym też dlatego, bo cel numer jeden to wyleczyć porządnie zatoki, na szczęście – czego się obawiałam – nie czeka mnie operacja. Męczę się już z nimi ponad dwa lata, z powodu ciągłego zapalenia zatok wypadło mi w ostatnich dwóch latach 1/3 treningów i dużo mniej startowałam.

Mam też dużo więcej pracy niż poprzednio w okresie zimowym, no, ale trzeba przecież jakoś zarobić na wakacyjno-jesienne wyjazdy. Takie życie sportowca amatora. A skoro już jestem przy wyjazdach to właśnie, co planuję na 2017? W skrócie – będzie ekstremalnie 😉

Sezon startowy chcę zacząć na początku czerwca Biegiem Marduły – MP Skyrunning. Pod koniec czerwca Mistrzostwa Polski w biegu górskim – 3 x Śnieżka w Karpaczu. Bardzo się cieszę na ten bieg! Dla ścisłości zawody będą na dystansie 2 x Śnieżka, 38 km, +2100 m. Fajna, wymagająca trasa, jaką lubię!

Potem planuję biegi w cyklu Puchar Świata Skyrunning Extreme.

W lipcu Ultra Sky Marathon Gran Paradiso we włoskich Alpach, 52 km i +4300 m. Start biegu na wysokości ponad 1900 m n.p.m., trasa prowadzi przez pięć przełęczy, w tym trzy na wysokości 3000 m n.p.m. u podnóża Gran Paradiso (4061 m). Coś w stylu KIMA.

Ultra Sky Marathon Gran Paradiso - profil trasy

Ultra Sky Marathon Gran Paradiso

W sierpniu Tromso Skyrace na zmienionej trasie wynoszącej 53 km i +4600 m, a we wrześniu Glen Coe Skyline – 55 km i +4750 m, którego nie pobiegłam w zeszłym roku właśnie przez problemy z zatokami. Już nie mogę się doczekać tych biegów!

Ale październik będzie nie mniej ciekawszy – planuję zawody biegowo wspinaczkowe w Pirenejach, o ile się zakwalifikuję, o szczegółach napiszę, gdy mnie wybiorą 🙂 Natomiast na przełomie września i października, jeśli pogoda dopisze – własny projekt w Tatrach, w zeszłym roku udało się zrobić Orlą Perć, w tym roku myślę o czymś dłuższym.

Plany planami, ale żeby spełniać się sportowo i realizować marzenia najważniejsze jest zdrowie, więc jeśli mi kibicujecie, trzymajcie kciuki!

Skitury Kasprowy

Zdjęcia: Przemysław Piezga

]]>
https://biegamwgorach.pl/cele-na-2017/feed/ 3
Perły Małopolski – zabawa w błocie pod domem https://biegamwgorach.pl/perly-malopolski-zabawa-w-blocie-pod-domem/ https://biegamwgorach.pl/perly-malopolski-zabawa-w-blocie-pod-domem/#respond Wed, 21 Sep 2016 09:56:13 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=5427 Pochmurna niedziela, zimno (10 stopni rano), deszcz, kiepska pogoda na bieganie po górach, ale na zawody pod domem – doskonała! Na Perły Małopolski zapisuję się w piątek, uzależniając start od kondycji rany na stopie. Budzę się jak zwykle z bólem głowy, ale start jest dopiero o 12, więc zdążę jeszcze ten ból rozchodzić. Rzut okiem na ranę, jest ok, robi się strupek i prawie nie boli. Biegnę.

Zabieram Forka i jedziemy na dobrze znany nam stadion Biathlonowy w Kościelisku, gdzie czasami robimy szybkie treningi. Robimy, bo Forek zawsze krok w krok obok mnie. Latem stadion z reguły świeci pustkami, jest tylko mały czarny piesek pilnujący wojskowego budynku, czasami młodzież trenująca biathlon – głównie strzelają, trochę biegają lub jeżdżą na nartorolkach, a dzisiaj – tłumy biegaczy z rodzinami. Odbieram pakiet i dostaję jakiś dziwny numer, o innym kolorze niż inne, co będzie później powodem ciekawych sytuacji.

Biegnę oczywiście dystans długi, ok 20 km, czyli dwa okrążenia – w górę na polanę Butorów, potem czarnym szlakiem przez las do Mietłówki, następnie stromy zbieg do Witowa i znowu trochę w górę po kamieniach, a potem asfaltem do stadionu. Tylko dwa razy biegłam tą trasą – raz na treningu i raz podczas tych samych zawodów dwa lata temu. Byłam tu jeszcze na skiturach – bardzo przyjemnie jest zimą! I na rowerze – już mniej przyjemnie. Nie biegam przez Mietłówkę mimo że mam tę trasę prawie pod domem i prowadzi tamtędy bardzo widokowy szlak (na Tatry z jednej strony, na Gorce, Beskid Żywiecki i Sądecki z drugiej). Tam po prostu zawsze jest błoto! Szlak przez las to slalom po błocie między wielkimi kałużami i drzewami – na trening słabo, ale na zawody – jak znalazł! Gdy już przebrnie się przez trudny teren przez las i wybiegnie na Mietłówkę, jest całkiem przyjemnie, a zbieg do Witowa to po prostu bajka! Jak dla mnie, bo to dość techniczny zbieg.

 

Perły Małopolski Kościelisko profil trasy

Perły Małopolski Kościelisko profil trasy

Start

Ku mojemu zdziwieniu niezłe tłumy biegaczy na starcie, jak na taką beznadziejną pogodę i brak widoku na Tatry. Wcześniej startuje jeszcze dystans na 6 km, ze mną na starcie zawodnicy z 10 i 20 km.

Zaczynam żwawo, najpierw 500 metrów w dół, potem już spokojnie, bo przede mną 4 km dość stromego podbiegu na Butorów. Biegnę jakiś czas z dziewczyną z dyszki (która nota bene wygrała ten dystans), z którą tak sobie rozmawiamy:

  • Na jaki pani (!!!) biegnie dystans?
  • Na długi, a Ty?
  • Krótki – chwila przerwy i kolejne pytanie
  • Na 20 km? – już ze zdziwieniem
  • Tak – odpowiadam z uśmiechem
  • Na pewno się pani nie pomyliła? – Nie odpowiadam, biegniemy mocno pod górę i nie chcę się męczyć rozmową – Bo to numer z najkrótszego dystansu, chyba się pani pomyliły starty

Liderkę biegu na 10 km wyprzedziłam kilkaset metrów później, gdy podbieg zrobił się jeszcze bardziej stromy i przeszła do marszu. Skąd mogła wiedzieć, że znam te zawody i trasę prawie jak własną kieszeń, a może nie przeszło jej na myśl, że jakaś pani z długiego dystansu może ją wyprzedzić. W każdym razie mnie samą jeszcze na podbiegu wyprzedzają dwie inne dziewczyny z mojego dystansu.

Gdy wbiegam w las po stromym podbiegu, a dla większości podejściu, robi się płasko, lekko z górki, ale nie jest łatwo. Biegacze przede mną utrudniają orientację, którędy biec, żeby optymalnie omijać drzewa, wielkie kałuże i błoto, w którym można zgubić buta. Wreszcie, gdy dobiegam do wielkiej zielonej polany, robi się szerzej i można wyprzedzać, omijając wielkie błotniste kałuże, w których niejedna osoba się dzisiaj skąpała. Doganiam najpierw jedną dziewczynę, a potem kolejną, gdy kończy się polana i zaczyna wąski, techniczny zbieg błotnisto-kamienistym wąwozem . Tutaj to już wyprzedzam wszystkich. Agraviki trzymają genialnie na błocie, mokrej trawie i śliskich kamieniach. Skaczę przez korzenie, kałuże, powalone drzewa, zbiegam po tym błocie tak swobodnie, jakby to był stabilny asfalt, a nie zdradziecko śliskie podłoże, w którym niektórzy wywijają niezłe orły i lądują nie tylko tyłkiem ale i twarzą w błocie (dosłownie! Na fanpagu biegu do obejrzenia fotki, boki można zrywać). Czuję się jak ryba w wodzie, po prostu kocham takie trudne, strome zbiegi!

Tylko raz pomyślałam o stopie, zapytałam kontrolnie samą siebie: boli, czy nie boli? Nie boli! Jedyne, co zaczyna mi doskwierać to brak szybkości na płaskich odcinkach, ale jak można mieć szybkość, gdy jej się w ogóle nie trenuje. Czuję też kłucie w pośladku (jestem w trakcie rehabilitacji w Tatrareh, zaczęliśmy od stóp, pośladki czekają w kolejce). Ten ból jest o tyle nieprzyjemny, że promieniuje do tyłu uda, a pod koniec biegu już do łydki, w której czuję dziwne niby-skurcze, niby-drętwienie.

Perły Małopolski Kościelisko

Perły Małopolski Kościelisko

Powtórka z rozrywki

Tymczasem zbliżam się do stadionu, gdzie szczęściarze z dyszki mogą już pobiec w prawo, odebrać zasłużony medal i pić piwo, a przede mną jeszcze powtórka z rozrywki. Myślę sobie, że mogłam pobiec te 10 km, byłabym pierwsza i miałabym już z głowy, ale z drugiej strony nie mogę się doczekać powtórki błotnistego zbiegu o długości prawie 4 km! Ale najpierw trzeba jeszcze podbiec. To nie było głupie, że w czwartek przed zawodami zrobiłam jedyny trening siły biegowej w przeciągu dwóch miesięcy  – cały trening to był 15 minutowy mocny podbieg na Przysłop Miętusi, gdzie weszłam na tętno progowe i dzięki temu tak bardzo mnie dziś nie zatyka.

Na podbiegu dogania mnie sympatyczny biegacz (z Wieliczki jak się potem okazuje), który radzi mi, jaką techniką najlepiej pobiegać. Faktycznie, ma rację, niepotrzebnie silę się na jakieś dynamiczne ruchy, jak można sobie szurać małymi kroczkami i zużywać mniej energii. Biegniemy dalej razem, rozmawiając sobie miło. Nie pamiętam już zupełnie o czym, ale czas mijał bardzo przyjemnie. Szczerze, to byłam pewna, że ucieknę mu na zbiegu, ale trzymał się dzielnie ze mną do końca i pociągnął na płaskiej końcówce. (Dzięki!)

Po raz drugi dobiegam do polany Butorów, ten błotnisty stromy podbieg znam doskonale z moich wiosennych treningów crossowych i mogę porównać tempo, nie ma tragedii, to normalka, że jest wolniej niż na mocnym treningu. Łyk wody na punkcie odżywczym i dzida przez kałuże i las. Tę drugą pętlę biegnie mi się lepiej, pusto przede mną, łatwiej wybrać najlepszą ścieżkę. Tak samo na zbiegu, mniej wyprzedzania i mogę biec swobodniej, bez obawy, że w kogoś wpadnę. (Porównałam  oba zbiegi na stravie i co ciekawe, mam dokładnie ten sam czas na odcinku w dół). Na ostatnich 3 km po kamieniach pod górę i kawałek po asfalcie łapią mnie te dziwne skurcze o których wspominałam, ale w tej chwili nie ma to dla mnie już żadnego znaczenia. Jeszcze tylko piątki z dzieciakami i mój znajomy stadion.

Perły Małopolski Kościelisko

Perły Małopolski Kościelisko

Na mecie pan wodzirej w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, jakbym była niewidoczna, choć cały czas nadaje i gada coś do mikrofonu. To pewnie przez mój dziwny numer o innym kolorze, jak ten z dystansu na 6 km.

Jak pobiegłam?

Pobiegłam o 1,5 minuty lepiej niż dwa lata temu, kiedy byłam w dużo lepszej formie i był to mój zdecydowanie najlepszy górski sezon. Warunki były wtedy dużo łatwiejsze, było sucho. Z drugiej strony nie czuję mocy na podbiegach, może to brak treningu, a może jeszcze zamulenie po Alpach i Kima? Mogę biec jak żółw bez zatrzymywania się nawet bardzo stromy podbieg, ale nie jestem w stanie przycisnąć i pobiec bardziej dynamicznie. Tutaj moje rywalki były zdecydowanie lepsze. Tak, to oznacza, że mam siłę, dzięki długim dniom spędzonym w górach, ale brakuje mi szybkości i dynamiki.

To już koniec sezonu, więc nie będę się już skupiać na trenowaniu szybkości. Myślę jeszcze o jakiś krótszych czy dłuższych zawodach, ale tak naprawdę marzę już o roztrenowaniu, wyjeździe na Sycylię na wspinanie i o treningu uzupełniającym, który będę intensywnie wdrażać jesienią i zimą.

Czy zawody na krótkim dystansie to dobry trening?

O tym będzie kolejny wpis, a tu zamieszczam tylko wykres mojego tętna, dodam, że 171 hr to prawie moje tętno progowe, a 158 to dolna granica mojego drugiego zakresu.

Perły Małopolski Kościelisko wykres tętna

Perły Małopolski Kościelisko wykres tętna

]]>
https://biegamwgorach.pl/perly-malopolski-zabawa-w-blocie-pod-domem/feed/ 0