relacje – BIEGAM W GÓRACH https://biegamwgorach.pl treningi w Tatrach, bieganie w górach i w terenie, biegi górskie, obozy biegowe w górach, Wed, 13 Jun 2018 16:46:23 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.6.2 Memoriał Józefa Psotki – lubię się nie ścigać https://biegamwgorach.pl/memorial-jozefa-psotki/ https://biegamwgorach.pl/memorial-jozefa-psotki/#respond Fri, 20 Oct 2017 12:00:42 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6986 XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Rohatka

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Rohatka

Dlaczego tak bardzo mi się spodobało? Bo piękne, jesienne i zarazem ośnieżone Tatry? Serdeczna atmosfera i przemili ludzie? Bo było fajnie ściganie? Bo właściwie nie było ścigania?

Było ściganie i nieściganie. Lubię się ścigać. Ale jeszcze bardziej lubię się nie ścigać, po prostu być w górach. Kocham przygody, lubię się bać i czuć się odważna, pokonywać wyzwania i trudności. Uwielbiam przestrzeń. Nieskończenie piękną przestrzeń. Przestrzeń, w której mogę iść szybko albo wolno, mogę dawać z siebie wszystko albo spokojnie pokonywać skalne trudności, w której jestem zupełnie sama i boję się dzikich zwierząt, albo jestem z ludźmi, takimi jak ja.

Dlatego pokochałam te zawody.

Zapisałam się po tygodniowym przeziębieniu. Przez dwa tygodnie zrobiłam dwa treningi. Tydzień przed – krótki mocny cross i dwa dni przed – 6 km i przebieżki. To nie było mądre, ale nie mogłam nie wystartować. Od trzech lat chciałam tutaj pobiec, ale zawsze coś wypadało. A takiej pogody w Tatrach dawno nie było w październiku.

Jak wiadomo bieganie pod górę nie jest moją specjalnością, a w tym roku mój trening w ogóle jest słaby. A na tych zawodach czas liczy się tylko pod górę. W sumie 20 km i 2000 m w pionie. Są dwie czasówki wliczane do wyników: z Tatrzańskiej Łomnicy na Polski Grzebień (16 km i 1700 m) i ze Zbójnickiej Chaty na Czerwoną Ławkę (3 km i 350 m). Cała trasa ma 36 km i ok 2500 m przewyższenia i trzeba się zmieścić w limicie 8 godzin i 15 minut. To dużo. Bardzo dużo. Ale biorąc pod uwagę odpoczynki między czasówkami, trudne warunki na zejściach z przełęczy, jak się okazało, wcale nie wracałam z drugiej mety spacerkiem.

Start o godzinie 9 z Tatrzańskiej Łomnicy. Warto wiedzieć, że „prezentacja” to nie nasza odprawa, czy inne spotkanie organizacyjne ale wydawanie numerów! Prezentacja zaczynała się o 7 i chwała Bogu, że odpuściłam. Byłam w Łomnicy jakoś po 8. W ogóle super miejsce na organizację zawodów. Biuro zawodów mieści się w pensjonacie Tenis Centrum z wielką halą tenisową i świetnym zapleczem hotelowym. Zostałam na noc po biegu.

Rano jest dość zimno, ok 7 stopni, a w ciągu dnia ma grzać słońce. Decyduję się jednak pobiec w długich legginsach i bluzce z długim rękawem. Do plecaka zabieram wymaganą wiatrówkę, raczki, rękawiczki i dodatkową opaskę na głowę. Jedzenie, ile wziąć żeli? Zabieram 4 – tylko na pierwszą czasówkę (nie wiem jakim cudem wzięłam jednak 3…) Grzebię się strasznie z tym szykowaniem, przypinaniem numeru, dziwnego chipa zakładanego na palec (nie wiem, co z nim zrobić) i w efekcie nie robię porządnej rozgrzewki, tylko 500 m, żadnych rytmów.

Start

Lecę jakbym biegła szybką, płaską piątkę, a nie 16 km pod górę. Wiem, że będę mieć czas w granicach 2:15. Biegłam w sierpniu mocno na Rysy, a tu jest ciut dłużej i więcej przewyższenia. To po jaką cholerę cisnę tak mocno? Tętno progowe jak nic! Zakwaszam się. I czuję się jakoś słabo. Gdy robi się bardzo stromo przechodzę do marszu, żeby uspokoić tętno. Po ok. 1 km wyprzedzają mnie jedna po drugiej dwie dziewczyny. Biegną tak lekko! Po jakimś czasie wyprzedza mnie jeszcze jedna skialpinistka, ale mam ją długo w zasięgu wzroku.

Bo wiecie, w tym biegu startują mocni słowaccy skialpiniści. Latem trenują pod sezon zimowy i zasuwają pod górę jak rakiety. A ja czuję na stromych podejściach jakąś dziwną niemoc. Na lekkich podbiegach i nielicznych płaskich odcinkach biegnie mi się za to super. Dziwne, bo przecież nie trenowałam prawie wcale szybkości, ale nie trenowałam też dynamicznych podbiegów. Szybko do mnie dociera, jestem zaczłapana tymi długimi wyrypami, nie mam dynamiki na podejściach.

Za Rainerową Chatą

jest wypłaszczenie, potem podbieg i kawałek zbiegu do Śląskiego Domu. Odcina mnie. Teren jest trudny, niby w dół, ale pod nogami nierówne głazy, z boku przeszkadza kłująca kosówka, kręta ścieżka, nie mogę złapać rytmu. Zaczyna mnie mdlić i kręci mi się w głowie. Muszę przejść co marszu. Na zbiegu! Kończą mi się żele. Wzięłam tylko 3 żele na ponad 2 godziny biegu. Może na punkcie pod Śląskim Domem coś będzie? Ale nic z tego. Doczłapałam jakoś, a tam tylko herbata. Tylko i aż. Słodka herbata! Zatrzymuję się na jakieś 2 minuty. Nie mogę oderwać się od tej herbaty, piję i piję, kubek za kubkiem. Napełniam flask i pokrzepiona biegnę dalej.

Jeszcze ok 3 km i 550 m przewyższenia. Siły po tej herbacie trochę mi wrócają i lecę na maksa. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tyle dałam z siebie na zawodach. Nogi już się pode mną uginają, a ja nie chcę się poddać. Dostrzegam przed sobą różową postać z białym plecakiem. Chcę ją dogonić, choć wiem, że to niemożliwe. Ale przynajmniej zniweluję do minimum stratę, żeby mieć szansę na trzecie miejsce po drugiej czasówce. Ten odcinek trasy znam dobrze, byłam tu w czerwcu z Forkiem. Dość wygodny, kamienny chodnik pod górę, im wyżej tym stromiej. A wyżej sporo śniegu. Już nie ma mowy o podbieganiu. Łapię się rękami śniegu i skał, dyszę jak lokomotywa. Na szczęście meta jest wcześniej, poniżej przełęczy.

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie

Meta 1 czasówki pod Polskim Grzebieniem

Polski Grzebień

Dobiegam i rzucam się na jedzenie! O niczym innym teraz nie marzę! Do wyboru chleb z nutellą, chleb ze smalcem, batony i herbata. Piję dużo herbaty. Odpoczywam tutaj grubo powyżej 15 minut. Ale robi mi się zimno, trzeba ruszać dalej. Zabieram dwa batony na drogę i wkładam raczki – obowiązkowe na tym odcinku.

Jest cudnie! Teraz mam czas napawać się widokami, które przecież doskonale znam. Ale za każdym razem jest inaczej. Inaczej pada słońce na szare skały, są inne chmury, jest spokojnie albo szaleje wiatr, słonecznie albo ponuro, mniej lub więcej śniegu. Są inni ludzie. Dolina Białej Wody wygląda przepięknie, szlak na Polski Grzebień od północnej strony w ogóle nieprzedeptany. Marzy mi się, żeby go przedeptać, może za tydzień? Zejście z Polskiego Grzebienia śliskie i niebezpieczne, ubezpieczone na czas zawodów dodatkową liną. Oj, ciężko by tu było bez raczków! A ja się krzywiłam, że każą nam je zabrać.

Zupełnie zapominam, że po przejściu przez Rohatkę do Zbójnickiej Chaty znowu trzeba będzie dać z siebie wszystko i maksymalnie się wysilić. To trudne zawody. Ale właśnie dlatego są tak ekscytujące!

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Dolina Białej Wody

Z Polskiego Grzebienia na Rohatkę – Dolina Białej Wody

Szlak na Rohatkę

jest za to dobrze przedeptany. Fajnie się wchodzi po śniegu. Dużo łatwiej niż latem po klamrach i skale. Na przełęczy wesoła ekipa gości z Horskiej Służby, którzy zabezpieczają trasę. Jeden z nich częstuje mnie „dopingiem” i wciska do ręki piersiówkę. Serdeczna atmosfera, biegacze wyluzowani, przecież tutaj się nie ścigamy.

Na zejściu znowu przydają się raczki i lina też jest tutaj na miejscu. Północna, chłodna strona Doliny Staroleśnej. Pamiętam, gdy byłam tu kiedyś pod koniec sierpnia i też było zimno. Dopiero gdy wyszłam na przełęcz ogrzały mnie promienie słońca. Zbiegam w raczkach prawie do samej Zbójnickiej Chaty, tyle lodu na szlaku. Tutaj jedni szykują się na kolejny start, inni leżą i odpoczywają, rozmawiają. Widać, że sporo osób świetnie się zna.

Można wystartować o dowolnym czasie, byle zdążyć przed 13:45. Znowu ciepła, słodka herbata. Nigdy herbata nie smakuje tak dobrze jak w górach! Odpoczywam ponad pół godziny, ale nie dłużej. Dłużej nie ma już sensu. Czuję, że słabnę i się wychładzam. Czas na kolejny wycisk! Ruszam.

Na Czerwoną Ławkę

Daję z siebie absolutnego maksa, choć ciężko mówić o jakiejś zawrotnej szybkości. Na szlaku sporo śniegu, miejscami stromo. I po prostu nie mam już sił, ale chcę nadrobić stratę z pierwszej czasówki. Tylko to teraz się liczy, czas, jak najszybciej do celu. Wyprzedzam dwóch biegaczy, którzy wystartowali przede mną, ktoś inny mnie dogania. Dziwnie się biegnie, gdy nie widzę zawodniczek, z którymi się ścigam. Walczę z nimi wirtualnie. A w zasadzie to nie z nimi, tylko z sobą, dystansem i czasem. Daję z siebie wszystko i jeszcze więcej. Już nie mogę, opadam z sił. Szlak miejscami zanika w niekończącej się przestrzeni szarych skał i śniegu, ciężko się zorientować, którędy biec. Jest, widzę metę, czerwone chorągiewki! Znowu trochę poniżej przełęczy. Co za ulga! Dobiegam, upadam na śniegu. Stopuję zegarek, po niecałych 35 minutach. Czas znowu się zatrzymuje. Łapię oddech, jak ryba wyciągnięta z wody. Ale jestem u siebie. W przecudnym miejscu. Oślepia mnie słońce. Widzę piękną, biało-szarą dolinę i ostre, czarne krawędzie szczytów, jakby wycięte na niebieskim niebie.

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Dolina Staroleśna

Meta 2 czasówki, pod Czerwoną Ławką, Dolina Staroleśna

Tutaj znowu świetna atmosfera, nie chce się stąd ruszać. Ale coś mi podpowiada, żeby już iść. Dobra decyzja, bo zejście z Czerwonej Ławki jest o wiele trudniejsze niż w moich najśmielszych wyobrażeniach. Stromo, oblodzone skały. Lodowane łańcuchy, przez które już prawie nie czuję dłoni. Przydałaby się uprząż i raki. Naprawdę to mówię – zwolenniczka stylu light and fast. Boję się, że puszczę łańcucha i sturlam się w dół po skałach i śniegu. Naprawdę się boję. Gdyby nie ci wszyscy ludzie, biegacze, którzy schodzą razem ze mną, spanikowałabym. Nie pamiętam, ile trwa to zejście, może pół godziny? Nie mogę uwierzyć, że latem zajmuje ono kilka minut. Wreszcie koniec łańcuchów, co za ulga, udało się, jestem szczęśliwa! Jest tu jeszcze dodatkowa poręczówka, ale już można zbiegać. Naprawdę super zabezpieczone zawody.

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Czerwona Ławka

Czerwona Ławka

Jeszcze tylko zbieg po śniegu do Chaty Téryho, a potem 12 km i 1300 metrów w dół do Tatrzańskiej Łomnicy. Fajnie się biegnie, już bez żadnej spiny. Ludzie biegną C2150-508 grupkami, towarzysko. Nikt już nie myśli o ściganiu.

Dopiero przed dekoracją dowiaduję się, że jestem czwarta. Nie udało się nadrobić czasu na drugiej czasówce, choć strata była niewielka.

Ale jakie to ma w ogóle znaczenie, czy byłam pierwsza, czwarta, czy dziesiąta? Czy przed śmiercią ktoś będzie mnie rozliczał z zajętych miejsc i uzyskanych czasów? Czy będę raczej wspominać to, gdzie byłam i co przeżyłam? Bo czy bycie pierwszą jest bardziej wartościowe od bycia ostatnią? Lubię się ścigać, ale jeszcze bardziej lubię się nie-ścigać. I takie były te zawody. Kolejny, cudowny dzień w górach! To co kocham najbardziej! 

XXXIII Memoriał Józefa Psotki, pod Polskim Grzebieniem, Foto. Martin Bartoň XXXIII Memoriał Józefa Psotki, pod Polskim Grzebieniem XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Rohatka XXXIII Memoriał Józefa Psotki, Tatry Wysokie, Dolina Staroleśna XXXIII Memoriał Józefa Psotki, pod Polskim Grzebieniem, Foto.

Przeczytaj również

]]>
https://biegamwgorach.pl/memorial-jozefa-psotki/feed/ 0
Gdzie są granice trudności w biegach górskich. Tromso Skyrace #2 https://biegamwgorach.pl/gdzie-sa-granice-trudnosci-w-biegach-gorskich-tromso-skyrace-2/ https://biegamwgorach.pl/gdzie-sa-granice-trudnosci-w-biegach-gorskich-tromso-skyrace-2/#comments Tue, 05 Sep 2017 17:23:58 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6401 Do momentu, kiedy niemal byłam świadkiem wypadku, byłam zachwycona biegiem. To były najpiękniejsze zawody w moim życiu. Wspaniały teren, góry i morze, na trasie skały, kamienie, strome podejścia i zbiegi, błoto i śnieg. Tutaj jest wszystko, co można spotkać w górach. Biegło mi się dobrze. Nie przejmowałam się dużą konkurencją wśród kobiet, po prostu biegłam swoje. Byłam naprawdę szczęśliwa, jak nigdy na żadnym biegu! I to wszystko nagle się skończyło. W jednej chwili optymizm zastąpiły czarne myśli. Wszystko pękło jak bańka mydlana. Poczułam się jak robot, który ma tylko ukończyć bieg, wszystko ze mnie uciekło, cały zapał do rywalizacji i napierania, stałam się obojętna. Niesamowite, jak psychika wpływa na to, co się z nami dzieje na zawodach.

Tromso Skyrace 2017. Foto Ian Corless

Tromso Skyrace 2017. Grań Hamperokken. Foto Ian Corless

Idę dalej granią, bojąc się, że spadnę. W jednym miejscu na stromej ściance z ekspozycją boję się zeskoczyć na dół, czekam na zawodnika, który schodzi pierwszy i robi dla mnie stopień z rąk. Dalej idziemy razem, trochę biegniemy. W międzyczasie dogania mnie zawodniczka, której uciekłam zaraz za punktem. Pada deszczyk, na grani robi się ślisko. Poruszając się w tempie 30 min/km docieram zrezygnowana do szczytu. Jest prawie pionowo, trzeba się wspiąć po mokrej skale. Wisi poręczówka. Ruch jest wahadłowy, trzeba wejść na szczyt i zejść tą samą drogą. Niezbyt mądre rozwiązanie. Wdrapuję się na szczyt, gdzie zostaję odhaczona przez wolontariusza.

Schodzę szybko trzymając się liny, a później pokonuję kawałek eksponowanej grani. I jeszcze jeden niebezpieczny odcinek, trawers przy skale, wąska półeczka, a z lewej strony ekspozycja. Dobrze, że jest lina. Ostrożnie przechodzę ten fragment, by dostać się do stromego żlebu, którym trzeba zbiec do doliny. To chyba najbardziej stromy zbieg na tej trasie. Podobnie jest w Tatrach na zejściu z Wagi do Doliny Ciężkiej, albo zejściu z Kieżmarskiego. Na pewno nie będziecie mieć takiego zejścia na żadnym dostępnym dla turystów szlaku. Najpierw wpadam w ruchome skały i piargi, gdzie zjeżdżam razem z lawinką kamieni, które haratają mi łydkę i Achillesa. Widzę ranę i krew, ale szybko o tym zapominam, muszę skupić się na zbiegu, żeby się nie przewrócić. Po kamienistym odcinku wpadam na śnieg. Wybieram piarg po lewej stronie płata śniegu. To samo robi dziewczyna za mną, którą wyprzedziłam za szczytem.

Tromso Skyrace 2017. Foto Martina Valmasoi

Grań Hamperokken. Foto Martina Valmasoi

Na tym koszmarnym zbiegu mimo wszystko wyprzedzam chłopaków, którzy zjeżdżali po śniegu. Koniec piargów, ale to nie koniec trudnego terenu. Zaczyna się kolejny mało biegowy odcinek. Niby lekko w dół, wydaje się idealnie, żeby przyspieszyć i nadrobić straty, ale nic z tego. Przed moimi oczami ukazuje się dolina kamieni, jak gołoborza w Górach Świętokrzyskich, jak kamieniste zbocza w Tatrach Wysokich i żadnej wyraźnej ścieżki, nierówne kamienie i głazy. Nie da się po tym biec. Próbuję nieudolnie skakać z kamienia na kamień. Dogania mnie dziewczyna, która zatrzymała się na grani przy wypadku. Patrzę jak sprawnie skacze ze skały na skałę i nic nie mogę zrobić. Próbuję tak samo, ale mi nie wychodzi.

Nadchodzi najgorsze co może cię spotkać na zawodach – myśli, żeby zejść z trasy, że to nie ma sensu. Zastanawiam się, co powiem Kasi, która czeka na mnie na punkcie. Pewnie będzie mnie zagrzewać do walki. Zamiast skupić się na biegu myślę tylko o jednym: zejść czy nie zejść? Nie tak wyobrażałam sobie ten bieg. Ciągle myślę o wypadku, nie mogę skoncentrować się na biegu. Co ja tutaj robię? Gdzie moja forma i dobre samopoczucie? Jaki to wszystko ma sens?

Skały wreszcie się kończą. Teren jest teraz bardziej biegowy, znowu błoto i strome zbiegi, ten fragment znam z podejścia. Trochę zbiegając, trochę ślizgając się, nadrabiam straty i doganiam dwóch zawodników. Jeszcze tylko kilometrowy odcinek w lesie i jestem na punkcie. Mówię Kasi, że jestem załamana, że to nie ma dla nie sensu. Ona już wie o wypadku i nie muszę jej tego opowiadać. Kasia oczywiście zagrzewa mnie do biegu, przecież jeszcze tylko jedna góra. Tylko jedna góra, ponad 1200 metrów podejścia. Biorę kijki i decyduję mimo wszystko skończyć ten bieg.

Tromso Skyrace 2017. Foto Martina Valmassoi

Grań Hamperokken. Foto Martina Valmassoi

Jeszcze raz Tromsdalstinden

Już nie myślę o miejscu i czasie. Chcę po prostu dotrzeć do mety w jednym kawałku. Najgorsze uczucie, jakie kiedykolwiek miałam na zawodach.

Przede mną 2 kilometry po łące, tym razem – już po deszczu – masa much i komarów, dwie przeprawy przez rzekę i pnięcie się stromo w górę po błocie. Mimo, że mam kijki, momentami łapię się ziemi, korzeni i drzew. Jest gorąco i lepią się do mnie te przeklęte komary! Nie mogę ich odgonić, bo w rękach mam kijki. Niby już się nie ścigam, ale co chwilę patrzę, czy ktoś mnie nie goni. Za mną nie ma nikogo, za to przede mną wyłania się z krzaków i wysokich traw zawodnik biegnący w dół. Na moje pytające spojrzenie odpowiada, że dla niego już dziś wystarczy, że ma już dość. Gość ma dosłownie to samo w głowie co ja. Ale ja się nie poddam. A przede mną jeszcze ponad 1000 metrów stromo pod górę, po głazach, błocie, przez rzeki i po śniegu.

Wspinam się, radząc sobie jakoś z komarami, na próg doliny, gdzie jest znajome mi wypłaszczenie i parę przepraw przez potoki. Komary w końcu znikają i robi się przyjemnie chłodno. Przede mną dwóch zawodników, a jednak nie jest ze mną tak źle, kogoś mimo wszystko doganiam! W jednym potoku zatrzymuję się na dłużej i polewam nogi lodowatą wodą, co za ulga. Jak przyjemnie byłoby zostać tutaj na dłużej!

Doganiam biegaczy przed podejściem na Tromsdalstinden. Znowu skały i stromo. Robi się zimno. Słońce zachodzi za chmury, zaczynają zamarzać mi stopy, jestem głodna. No tak, żeli miałam na 10 godzin a nie 11-12. Na punktach nic nie jadłam, nawet nie wiem, co tam serwowali. Doganiam kolejnego zawodnika i pytam, czy nie ma jakiś zbędnych batonów, żeli, cokolwiek. Ma! Częstuje mnie przepysznym batonem, czekoladowo-orzechowym, ależ mi smakuje! Pokrzepiona przyspieszam, zwłaszcza, że dostrzegam przed sobą jakąś zawodniczkę. Znowu mam cel, dognić ją przed tym szczytem. Chorągiewki pokazują drogę prosto do góry, ale idę zakosami, jest tak stromo.

Stok jest już nieźle przeorany, jest dużo więcej błota niż było tutaj parę godzin temu na zbiegu. „O, jak fajnie mi się tutaj zbiegało!” Myślę sobie. Jakże inne miałam wtedy nastawienie i cele. Walczyłam o jak najlepsze miejsce i czas, a teraz chcę tylko ukończyć, może w 11 godzin? Choć wydaje mi się to coraz mniej realne. Tak rozmyślając docieram na szczyt, pokonując przed samym szczytem wygodne, równo wyciosane, szerokie, śnieżne schody – komuś się nudziło.

Na szczycie biegnę w lewo, ale wolontariusze krzyczą do mnie i kierują mnie w prawo. Częstują mnie jeszcze pycha żelkiem. „O, jakbym teraz zjadła takich żelków więcej!” Zbieg po nierównych, nieułożonych w żaden chodnik skałach wygląda w moim wykonaniu pewnie komicznie, na świeżości skakałabym tutaj jak kozica, a biegnę tylko trochę szybciej niż marsz. Skały wreszcie się kończą. Nie wierzę własnym oczom, ale przede mną piękna, zielona dolina i niekończąca się łąka! Nareszcie coś innego niż szaro-czarne skały. W końcu, od dobrych trzydziestu kilometrów można swobodne biec! Wyciągam nogi, zmuszam się, żeby przyspieszyć do 5:00. Nogi nie chcą, ale wiem, że da się to zrobić siłą woli, po prostu zmusić się do szybszego biegu. Szybko uciekam zawodnikowi, który biegł ze mną od czasu poczęstowania mnie batonem. Za ok 1 km odwracam się i już go nie widzę.

Próbuję się jeszcze bardziej rozpędzić, z zegarka wynika, że jeszcze ok 5 km do mety. Może uda się jednak 11 godzin? Ale nie, po ok 4 km fajnego biegu (z przeszkodami w postaci przekraczania strumieni) wolontariusz każe skręcić w lewo pod górę i zaraz przypomina mi się profil trasy, jeszcze będzie jakaś górka! Znowu przekraczanie strumieni i podbiegi, zbieg i podbieg. Próbuję wszystko podbiegać i tak doganiam kolejnego zawodnika i szybko go wyprzedzam. Gubię się na chwilę na łące, czekam na biegacza, którego zostawiłam z tyłu, by za chwilę znowu mu uciec. Od jakiegoś czasu widać w dole Tromso, ale nie widzę tego ostatniego zbiegu do miasta. Trasa prowadzi do górę i w dół wśród łąk i lichych drzewek.

Dobiegam do stacji kolejki nad miastem, gdzie jest punkt odżywczy. Zegarek pokazuje, że zaraz powinna być meta, za ok 2 km, ale to mi nie wygląda na 2 km… „Punkt odżywczy?” Coś mi nie pasuje. Mimo, że to już prawie koniec biegu zaglądam na stoły, są chipsy, żelki wszelkiego rodzaju, czekolada. Chwytam garść żelków i chowam je do kieszonki plecaka, biorę jeszcze trochę chipsów i wybiegając pytam, ile jeszcze do mety. „ 6 km” słyszę. „6 km? Niemożliwe!”

Ostatnia „prosta”

Ostatni zbieg to chyba najłatwiejszy zbieg na całej trasie, wąska ścieżka, wiodąca zakosami przez łąki, a potem las. Biegnie mi się przyjemnie, nikogo nie gonię, przed nikim nie uciekam, 3 km jakoś szybko mija. Wbiegam do miasta, jeszcze tylko 3 km po asfalcie. Przed mostem stoją wolontariusze i pokazują drogę. Trzeba przebiec ścieżką pod mostem i wbiec na niego. Nie wiem, jakim cudem, ale biegnę w zupełnie innym kierunku, wzdłuż rzeki, odwracam się zaniepokojona faktem, że nie ma mnie na moście. „Gdzie ja jestem?” Most mam za plecami i oddalam się od niego. Wracam. Chyba jestem bardzo zmęczona. Tak, to takie zmęczenie na długim biegu, gdy nie ma w tobie emocji, gdy wszystko ci obojętne i nie masz energii, żeby na koniec przyspieszyć i cieszyć się biegiem. Niewielki podbieg na moście, a mnie ciężko utrzymać tempo 6:00, jakoś to wytrzymuję, potem w dół i jeszcze tylko 1 km kluczenia po mieście. Jest meta! Emelie Forsberg zapowiada mój finisz. Adam z Kasią wychodzą mi naprzeciw. Jak miło.

Tromso Skyrace 2017

Tromso Skyrace 2017

Gdzie są granice trudności?

Cieszę, że to już koniec. Ale nie ma we mnie euforii i endorfin. Czuję ulgę, że nie muszę już biec w tym terenie, że nic mi się nie stało. Ok, jestem dumna, że skończyłam, nie zeszłam z trasy, ale 14 miejsce wśród kobiet wcale mnie nie cieszy, czas jest jak dla mnie słaby, wiem, że odpuściłam. Za bardzo przeżyłam wypadek, który widziałam. Na mecie dowiaduję się, że dziewczyna żyje, ale w trakcie biegu tego nie wiedziałam. Doskonale teraz wiem, co czują alpiniści, którzy są świadkami wypadku w Himalajach, lub dowiadują się, że ich kolega zginął na wspólnej wyprawie. Naprawdę ciężko jest wtedy kontynuować swoje wyzwanie i być nieczułym na to, co się stało. Do dziś się zastanawiam, dlaczego nie przerwano biegu. Bo przeżyła?

Hillary Allen przeżyła cudem. Spadła z grani 30 metrów. Ma bliznę na skroni, połamała obie ręce, nogę i stopę. Przeszła kilka operacji. Miała szczęście, że wypadek widziała dwójka fotografów, zeszli w dół, owinęli folią NRC, przykryli puchówką i zadzwonili po pomoc.

Wypadki zdarzają się wszędzie. Są przypadki śmiertelne na maratonach, bo ktoś miał wadę serca i zmarł na mecie, a to przecież nie powinno zrażać do biegania maratonów, tylko skłaniać do robienia regularnie badań. Na biegach górskich też przecież powszechnością są upadki. Biegacze skręcają kostki, łamią ręce i nadgarstki, upadając na ręce. Z reguły jest to potknięcie o kamień na zbiegu, poślizgnięcie się na błocie czy mokrych skałach. Sama raz rozcięłam kolano i szczęśliwie nie pękła mi łąkotka, zraniłam policzek, zdjęto mnie z trasy i zszyto kolano. Mogę powiedzieć, że cudem nie walnęłam głową w kamienie, zbiegając w tempie 3:30 na Gran Canarii.

Jednak te wszystkie wypadki, które nie raz widziałam i moje własne doświadczenie nie spowodowały, że przestałam lubić biegi górskie. Wypadki są wliczone w ten sport. Mimo to wypadek na Tromso Skyrace wyjątkowo mną poruszył. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to nie był błąd biegaczki i można było tego uniknąć. Gdyby organizatorzy nie patrzyli na ten bieg tylko ze swojej perspektywy i spojrzeli na poziom zawodników. Wystarczyło zabezpieczyć trasę. Zamocować poręczówki, poustawiać ratowników. Lub po prostu nie poprowadzić trasy ostrzem grani, tylko trawersem.

Na KIMA, gdzie jest więcej prawie pionowych ścianek, są łańcuchy, klamry, liny, w szczególnie niebezpiecznych miejscach wiszą ratownicy i służą asekuracją, gdy ktoś sobie nie radzi. Tutaj eksponowana grań, mokro, ślisko i nic. Była tylko lina na prawie pionowym wejściu na Hamperokken. Zresztą wejście i zejście się pokrywały, więc biegacze mijali się na tym bardzo trudnym odcinku. Była jeszcze jedna poręczówka na trawersie przy pionowej skale z dużą ekspozycją. Bez niej, naprawdę nie wiem, czy bym przeszła. To są zawody, jest się koszmarnie zmęczonym, w stresie, to nie jest niedzielna wycieczka w góry z kolegami i przerwami na kanapki.

Jak już wspominałam, tak trudne i strome zbiegi i podejścia (800 metrów na 1,5 km) mamy u siebie w Tatrach, ale poza szlakami, w trudnych, kamienistych żlebach na najwyższe szczyty i przełęcze. W zawodach Tromso Skyrace może wziąć udział KAŻDY. Nie jest wymagane żadne doświadczenie, ani biegowe, ani wspinaczkowe. Spotkaliśmy gościa, którego był to drugi start w życiu (!). Gość przebiegł półmaraton i zapisał się na Tromso. Na jego szczęście nie zmieścił się w pierwszym limicie. Większość startujących, podobnie jak ja, mimo że biegłam już KIMA i Gran Paradiso, też z cyklu Skyrunning Extreme – zapisując się na ten bieg, nie ma zielonego pojęcia na co się pisze.

Gdzie są granice trudności i bezpieczeństwa w biegach górskich i czy w ogóle są? Odpowiem tak jak na wstępie. Nie ma ich. Są i będą chętni, żeby na zorganizowanych zawodach doświadczać ekstremalnych trudności i pokonywać ekstremalne długości w skrajnych warunkach. Po co? Może, żeby sobie i innym coś udowodnić? To pytanie na odrębny wpis. Ale powtórzę, to znak naszych czasów. Czasów fejsa, indywidualizmu i powszechnego fejmu, ale też przekraczania ludzkich granic i możliwości. Ja bym tylko chciała, żeby na ekstremalnych zawodach nie znajdowały się osoby przypadkowe, ale ludzie do takich warunków przygotowani i tych warunków w pełni świadomi. A jeśli puszczamy wszystkich jak leci, to zróbmy to tak, żeby możliwie ograniczyć ryzyko. Żeby każdy na mecie mógł się cieszyć, że przeżył właśnie przygodę życia.

EDIT: Jon Albon, tegoroczny zwycięzca, mówił po biegu, że w tym roku trasę poprowadzono ściśle granią, w porównaniu do poprzednich edycji, i dlatego bieg był wolniejszy.

Zdjęcia: Ian Corless, Martina Valmassoi

]]>
https://biegamwgorach.pl/gdzie-sa-granice-trudnosci-w-biegach-gorskich-tromso-skyrace-2/feed/ 2
Gdzie są granice trudności w biegach górskich. Tromso Skyrace #1 https://biegamwgorach.pl/tromso-skyrace/ https://biegamwgorach.pl/tromso-skyrace/#comments Mon, 04 Sep 2017 18:51:59 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6374

Hamperokken. Tromso Skyrace 2017. Foto Ian Corless

„Gdzie są granice trudności i bezpieczeństwa w górskich biegach, jeśli w ogóle są” – takie pytanie zadał mi Kamil w wywiadzie w zeszłym roku.

„Myślę, że ich nie ma, bo ludzie te granice ciągle przekraczają. Wyobrażam sobie zawody biegowe, w których będą elementy prawdziwie wspinaczkowe i będzie wymagany odpowiedni sprzęt i umiejętności, zresztą już teraz na niektórych zawodach trzeba mieć uprząż, by wpiąć się do zamocowanych lin.” – odpowiedziałam wtedy, a parę miesięcy później dowiedziałam się, że na mapie biegów ultra są już zawody Els2900 – 70 km i 6700 m przewyższeń w Pirenejach, poza szlakiem, a wisienką na torcie jest grań Cresta dels Malhiverns o skali II/III UIAA, do pokonania bez żadnych sztucznych ubezpieczeń, z własnym sprzętem.

No tak. Tak to już jest, że ludzie organizują coraz bardziej wyszukane zawody i są chętni, żeby w nich uczestniczyć. Ludzie szukają ekstremalnych wrażeń, bo czują się wtedy spełnieni. Brakuje im mocnych doznań i imponujących wyzwań w ich szarym, codziennym życiu. Piorunujący rozkwit biegów przeszkodowych i nie słabnąca popularność biegów ultra wszelkiej maści, to znak naszych czasów. Gdzie są granice ultra i granice ekstremum?

Najbardziej znana para biegaczy górskich Kilian Jornet i Emelie Forsberg też wymyślili taki bieg, ekstremalny w każdym calu, praktycznie bez żadnych zabezpieczeń (dwie nędzne liny w miejscach już naprawdę zagrażających życiu) i ja się tym biegiem zachwyciłam. A po biegu mam duże wątpliwości, czy takie zawody mają sens. Czy to jednak nie jest wystawienie zawodników na zbyt duże ryzyko, na które nie są przygotowani. Pokonywanie grani i zdobywanie trudnych szczytów ma dużo większy urok i jest o wiele bezpieczniejsze w samotności i ciszy, a nie w ramach rywalizacji na zawodach. Nie dlatego, że w samotności nie rywalizujesz, bo być może ścigasz się z czasem, chcąc przejść jakąś grań w jak najlepszym czasie. Ale dlatego, że jest to Twoje wyzwanie, uszyte na Twoją miarę, Ty sam określasz skalę trudności i trasę. A zapisując się na zawody często nie wiesz, na co się piszesz, zwłaszcza, gdy organizator nie wymaga od Ciebie żadnego przygotowania i doświadczenia.

Skąd u mnie taka zmiana nastawienia? Odpowiedź znajdziecie w mojej relacji z tegorocznych zawodów Tromso Skyrace.

No to od początku.

Tromso

Tromso mnie nie zachwyciło, choć wszystko tutaj jest inne. Przede wszystkim jest cały czas widno. Słońce niby zachodzi ok. 23 i wschodzi przed 2, ale i tak jest ciągle jasno. Temperatura w ciągu dnia waha się w granicach 15 stopni, w nocy – 10. W Tromso prawie wszystkie domy są drewniane albo obłożone drewnem, nad miastem wznoszą się czarno-szare góry, pokryte wiecznymi płatami śniegu. Mało jest tutaj drzew i soczystej zieleni, do której jesteśmy przyzwyczajeni w naszych górach. Robi wrażenie morze wciskające się w góry i do miasta. Ale samo miasto jest smutne i szare. Ku mojemu zaskoczeniu nie jest też tak sterylnie jak w szwajcarskich czy austriackich górskich miasteczkach. Większość ulic prowadzi pod miastem, w ciemnych, betonowych tunelach, gdzie można się poczuć jak w „Seksmisji”. Na ulicach raczej nie widać ludzi, pochowani w swoich domkach, wypełniają szare ulice dopiero, gdy raz na jakiś czas wyjdzie słońce. Nie chciałabym tutaj mieszkać, ale warto było zobaczyć tak odmienne miejsce od tych, do których jesteśmy w Europie przyzwyczajeni.

Camping

Zatrzymałam się na campingu w mieście. Też mnie nie zachwycił. Poza luksusową częścią kuchenną-łazienkową sam camping jest przeciętny. W miejscu przeznaczonym na namioty dużo błota, chaszczów, lichych drzewek i traw. Ciężko było wybrać dobre miejsce na namiot w gąszczu innych namiocików.

Zastanawiałam się, jak będzie mi się spało. Pierwszego dnia po przylocie, mimo że jestem bardzo zmęczona podróżą (12 godzin, samochód do Krakowa i lot z przesiadką w Oslo), o 23 jeszcze nie chce mi się spać. Jest całkiem widno, a za rzeczką ludzie grają sobie w piłkę, jakby to było popołudnie a nie prawie północ. W końcu udaje mi się zasnąć. Przed 9, mimo zmęczenia, pobudka, wybieramy się z Adamem i jego żoną, którzy mieszkają w centrum miasta, na wycieczkę po fiordach.

 

Fiordy w okolicach Tromso. Foto Adam Michalik

Fiordy w okolicach Tromso. Foto Adam Michalik

Fiordy

Cały dzień siąpi deszczyk i prawie nic nie widać, ale parę ciekawych miejsc udaje nam się zobaczyć. Niemniej jednak jest smętnie i depresyjnie. Zdecydowanie to nie są moje klimaty.

W piątek na szczęście się wypogadza i wreszcie udaje mi się zobaczyć, jak wyglądają tutejsze góry i morze w słońcu. Kibicowaliśmy na zawodach vertical. Chciałam, żeby ta pogoda utrzymała się do soboty.

Tromso Skyrace

Wieczorem odbieramy pakiety w hotelu w centrum miasta, gdzie zlokalizowane jest biuro zawodów i start. W tym miejscu muszę przyznać, że bieg jest zorganizowany tak prosto, jak się tylko da. W pakiecie koszula bawełniana, kilka torebek różnych mieszanek herbaty i numer z chipem. Żadnego pasta party, żadnej ceremonii otwarcia, bez zbędnych ceregieli.

Na trasie tylko dwa punkty odżywcze – jeden w dolinie za pierwszym szczytem, przez który przebiega się dwa razy i jeden na końcówce biegu, 5 km przed Tromso. Dzięki temu supportująca nas Kasia miała wszystko w jednym miejscu. Zostawiam jej dwie paczuszki z żelami i kijki, które chcę zabrać na ostatnie podejście. Przypominam, bieg ma ok 48 km i 4800 m przewyższenia. Poniższy profil nie uwzględnia zmiany miejsca startu na centrum miasta i wydłużenia trasy.

Profil Tromso Skyrace (przed zmianą)

Start

Jestem bardzo pozytywnie nastawiona do tego startu. Trudna, bardzo techniczna trasa i grań ekscytują mnie! Na Gran Paradiso cierpiałam – to był mój pierwszy bieg po 11 miesiącach bez startów i 9 miesiącach bez treningu, teraz czuję, że organizm już trochę się zaadoptował do wysiłku. Choć dla mnie kolejne ultra 3 tygodnie po 10-ciogodzinnym biegu jest i tak niewiadomą. Ale czuję się dobrze.

Ruszamy o 8 rano. 3 km po asfalcie przez miasto i dopiero potem pierwsza górka (ok 800 metrów). Oczywiście czołówka wystrzeliła, jakby to były zawody na 10 km, a nie 58 km i 4800 m przewyższenia. Ale ja mam plan na 10 godzin i jego się trzymam. Przy mocnej w tym roku stawce kobiet dawałoby mi 6-7 miejsce. Przez miasto biegnę w peletonie, dopiero na wąskiej ścieżce powstaje długi sznur zawodników. Nie ma za bardzo jak wyprzedzać, co mnie cieszy, bo nie zamierzam się spalać na początku. W takim pociągu biegaczy wbiegamy na pierwszą małą górkę. Po drodze jest parę zbiegów, na których w końcu mogę wyprzedzać. Trasa prowadzi utwardzoną ścieżką, zero trudności technicznych, najbardziej biegowy odcinek całych zawodów. Na pierwszym szczycie doganiam 3 kobiety, a wśród nich między innymi jedną z faworytek Megan Kimmel z USA. Na zbiegu trawiastym zboczem wyprzedzam kolejnych zawodników, w tym dwie kobiety. Trasa prowadzi grzbietem, ze wszystkich stron widać góry i morze. Jest pięknie. Przede mną widzę kolejne trzy dziewczyny. Zaczyna mi się bardzo podobać.

Tromso Skyrace 2017. Foto Ian Corless

Tromso Skyrace 2017. Foto Ian Corless

Tromsdalstinden

Po ok. 7 km zaczyna się strome podejście na pierwszą dużą górę – Tromsdalstinden (1238 m). Wszystkie dziewczyny przede mną wyciągają kije. Ja muszę sobie radzić bez nich. Przechodzę do marszu po dużych głazach, robi się tatrzańsko, trochę jak końcowe podejście na Sławkowski Szczyt, stromo i wielkie głazy. Gawędzę sobie z jednym z biegaczy, jest miło, szybko mija to podejście. Czuję się świetnie i przeczuwam, że to będzie dobry bieg. Zbocze wypłaszcza się i wbiegamy na grań. Jest tylko lekko do góry, ale ciężko się biegnie po nierównych skałach. Wybieram wariant po śniegu po prawej stronie grani. I tak, raz po skałach, raz po śniegu, dobiegam do szczytu. Cieszę się, pierwsze z trzech dużych podejść zaliczone w dobrej kondycji. Nie czuję zmęczenia. Mój plan jest taki, żeby przyspieszyć w drugiej połowie.

I tutaj zaczyna się teren, o którym nawet mi się nie śniło. Najpierw jest bardzo stromy zbieg po śniegu, niektórzy schodzą ostrożnie, inni zjeżdżają na butach, ja wybieram dupozjazd. Zatrzymuję się na skałach. Teraz mam przed sobą kamienie, czarne błoto, trochę traw, osypujące się piargi Jeśli znacie Tatry to jest tutaj o wiele trudniej niż słynny zbieg z Krzyżnego. Trzeba pokonać w takim terenie 800 metrów deniwelacji. 800 metrów w dół na 1,5 km! Garmin pokazuje pomiędzy 45 a 50% nachylenia. Ale ja lubię takie zbiegi i wyprzedzam tu parę osób.

Płacę jednak za ten zbieg i na dnie doliny moje nogi są jak z waty, czwórki dostały mocno w kość. Prawda jest taka, nawet jeśli trenuje kilkukilometrowe zbiegi, to raczej nie w tak stromym terenie. W dolinie na wypłaszczeniu mięśnie powoli dochodzą do siebie i zaczynam swobodnie biec, jakaś mniejsza górka i znowu w dół, a potem przeprawa przez rozlany górski potok. Nawet nie ma sensu go omijać, wbiegam do wody po kolana ze trzy razy. Robi się ciepło i po tym mocnym zbiegu czuję olbrzymią ulgę dla nóg!

Wydaje się, że teren w dolinie będzie już dość łatwy, ale nic z tego! Patrzę na zegarek, jestem na ok 500 m n.p.m., a punkt odżywczy jest prawie na 0. To oznacza kolejne 400 metrów w dół na krótkim odcinku (dokładnie 1,7 km). No i jest. Zbieg po błotnistej, wąskiej ścieżce, schowanej w wysokich trawach, tak stromy, że momentami zjeżdżam na tyłku łapiąc się czego się da, traw, korzeni, gałęzi, żeby tylko nie wylądować twarzą w błocie. Na kamienisty teren byłam nastawiona, takie błoto i tak strome zjazdy widzę pierwszy raz (może nie biegłam Rzeźnika, ale tam nie ma takich stromych zbiegów). Do tego robi się dość ciepło, pełno tu much i komarów. Ścieżka na szczęście się wypłaszcza, ale nic z tego, nie jest wcale łatwiej. Wąska ścieżyna prowadzi w wysokich trawach, prawie jej nie widać, trawy zasłaniają ukryte skały i korzenie, co chwilę wpadam po kostki w błoto, za chwilę znowu stromo, lecę w dół, przed upadkiem w błoto, znowu ratują mnie gałęzie drzew. Mam już serdecznie dość! Od kilkunastu kilometrów walczę z terenem i ani na chwilę nie jest łatwo. Po ok 2 kilometrach taplania się po kostki w błocie, wbiegam na dość suchą, miękką jak dmuchany materac łąkę, teraz otaczają mnie mchy, niskie trawy, wrzosowiska i niemrawe drzewka – całkiem inna sceneria niż jeszcze przed chwilą. Łapię rytm i odliczam minuty do punktu odżywczego.

Całą drogę w dół ze szczytu Tromsdalstinden świetnie widać na tym zdjęciu

Tromso Skyrace 2017. Foto Ian Corless

W tle Tromsdalstinden. Pięknie widać trasę ze szczytu w dół. Widok z grani na Hamperokken. Foto Ian Corless

Biegnie mi się przyjemnie aż do momentu, gdy ukazuje się przede mną górski potok. Nawet się cieszę, bo buty znowu przybiorą swoje prawdziwe kolory, a nogi zaznają schłodzenia, tyle że za moment ścieżka skręca i znowu trzeba przekroczyć potok, tym razem prawie po pas, trzymając się powalonego drzewa. Kilian mówił wprawdzie na odprawie, że parę razy będziemy przekraczać górskie rzeki, ale naliczyłam już dobre 5 razy, do tego trzeba dodać 5 w drodze powrotnej, a nie wiadomo, co jeszcze przed nami! Dobiegam wreszcie do punktu w dobrym nastroju. Czuję się super, mam zapas sił. Gdy wbiegam, z punktu wybiegają dwie dziewczyny. Jest dobrze! Biorę żele od Kasi, zostawiam zbędną kurtkę i rękawiczki, piję ciepłą herbatkę i wybiegam zadowolona. Mam za sobą 23 km i ok 1800 metrów w pionie.

Tromso Skyrace 2017, Hamperokken. Foto Ian Corless

Grań Hamperokken. Foto Ian Corless

Hamperokken

Pierwszą dziewczynę szybko wyprzedzam na podejściu, za chwilę doganiam kolejną i idę jakieś 100 metrów za nią. Wspinam się teraz na kolejny, najwyższy i najtrudniejszy szczyt Hamperokken (1404 m). W sumie mam ok 1400 metrów podejścia na 6 km. To o 300 metrów więcej niż na Rysy z Morskiego Oka na krótszym odcinku, do którego zalicza się jeszcze dwukilometrowa, skalista i eksponowana grań.

Najpierw pokonuję trawiasto-gliniaste, strome zbocze, gdzie doganiam i wyprzedzam dwóch biegaczy. Dziewczyna przede mną, zauważywszy mnie, zdecydowanie przyspiesza. Nie tracę jej jednak z oczu. Teren robi się coraz bardziej skalisty, przede mną widać coraz wyraźniej czekającą mnie grań. Gonię zawodniczkę przede mną, która ciągle przyspiesza, wbiega już na grań i chwilami znika za skałami. Ja też jestem już na grani. W między czasie pogoda się zmienia, robi się pochmurno i trochę mroczno. Nie lubię takiej zmiany w górach, nawet w Tatrach, gdzie znam prawie każdy kamień. Wtedy słyszę nadlatujący helikopter. Zbliża się i krąży przy grani, oddala się i znowu zbliża. Przed wejściem na ostrze grani mijam dwie osoby, które każą mi uważać. Mają dziwnie smutne miny. Zastanawiam się, po co helikopter? Może ktoś utknął w trudnym terenie i boi się zejść? Pokonuję grań najszybciej jak potrafię, staram się nie skupiać na ekspozycji, choć nie powiem, momentami trochę się boję.

Tromso Skyrace 2017. Foto Ian Corless

Tromso Skyrace 2017. Grań Hamperokken. Foto Ian Corless

I wtedy dostrzegam przed sobą dziewczynę, tą, która przede mną uciekała, a teraz cofa się w moim kierunku. To Megan Kimmel. „Co się dzieje?” Pokonuję trudniejszy odcinek, trzymam się rękoma skał na ostrzu grani i szukam stopni na stopy. Pode mną spora ekspozycja, patrzę w dół. O kurwa. Już wiem skąd ten helikopter. 30 metrów pode mną leży nieruchomo dziewczyna, blondynka ze związanymi, długimi włosami, ma zamknięte oczy, różową spódniczkę. Poznaję ją z pierwszej części biegu. Jest owinięta w folię NRC, przy niej dwie osoby (jak się potem okazało Martina Valmassoi i Ian Corless, którzy robili zdjęcia na grani). Helikopter wisi kilkadziesiąt metrów dalej nad łagodnym stokiem, w kierunku poszkodowanej idą ratownicy. Dwie biegaczki stoją na grani i wygląda na to, że nie mają zamiaru biec dalej. Czy były świadkami wypadku? Jestem przerażona, a w głowie milion pytań bez odpowiedzi. Czy ta dziewczyna żyje? Dlaczego nie przerwano biegu? Co robić? Biec dalej, nie biec? Patrzę przed siebie. Nad granią kłębią się chmury, robi się szaro i zaczyna kropić deszcz. Szczyt jest jeszcze daleko, jakieś 1,5 km szaro-czarnej grani. Robi mi się zimno, a moja wiatrówka została daleko w dolinie.

Tromso Skyrace 2017, Hamperokken. Foto Ian Corless

Hamperokken. Foto Ian Corless

Ciąg dalszy jutro.

A tak wygląda przejście grani

Zdjęcia Ian Corless

]]>
https://biegamwgorach.pl/tromso-skyrace/feed/ 7
Royal Ultra Skymarathon. Relacja #2 https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-2/ https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-2/#comments Sun, 23 Jul 2017 15:43:52 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6328 Kiedy ten ostatni zbieg?

Biegłam już ponad 37 km i ponad 6 godzin, pokonałam pięć przełęczy od 2500 do 3000 metrów n.p.m. Trasa prowadziła teraz nierównym, kamienisto-trawiastym trawersem jakiegoś zbocza. Niby tylko lekko pod górę, ale ścieżka wąska, głazy i nachylenie stoku sprawiały, że biegło się bardzo ciężko. Ścieżka prowadziła na kolejną przełęcz, 2670 m. Nie wiem jak to się stało, ale wywaliłam się na bok na skałę. Przed uderzeniem o kamień uratował mnie kijek, z którym stało się to, co nieuniknione. Pozbierałam elementy i schowałam do plecaka i kuśtykałam dalej już tylko z jednym.

Na przełęczy zapytałam wolontariusza, czy to już ostatnie podejście, zrozumiałam, że tak. Myślałam więc, że zostało jeszcze ok 15 km i głównie zbieg w dół (tak jak było na KIMA).  Przyspieszyłam, żeby dogonić dwie dziewczyny, które wyprzedziły mnie parę kilometrów wcześniej. Zbieg był dość stromy, na szczęście po łące i można było wciągnąć nogi. Dziewczyny wyprzedziłam jeszcze przed jeziorem na wysokości 1800 m. Dalej zbiegu ciąg dalszy, czyli już prawie 1000 metrów stromo w dół! Byłam pewna, że będziemy już biec tylko zbiegać. Z zegarka wychodziło, że mam jeszcze ok 10 km. „Meta jest na ok. 1600 m, więc będzie buy Windows 10 Professional product Key trochę płasko i delikatnie w dół” – tak sobie rozkminiałam. Na początku to się zgadzało, biegłam po prawie płaskiej ścieżce, a potem zaczął się podbieg, ale nie jakiś bardzo stromy. Myślałam, że to jakaś mała hopka. Ale podbieg się nie kończył.

Ucieczka i gonitwa za zającem

Dawałam z siebie wszystko, żeby nie dogoniły mnie tamte dwie dziewczyny, ciągle uciekałam. Biegłam teraz z dwoma zawodnikami, jeden przede mną, drugi za mną. Ten przede mną trochę mi uciekał, a ten z tyłu odstawał. Miałam zająca. Robiłam wszystko, żeby go nie zgubić. Oddalał się coraz bardziej, a ja go goniłam pod górę podpierając się jednym kijem. Ścieżka pod górę prowadziła przez las, było parno i gorąco. Na lekkim wzniesieniu las zaczął się przerzedzać. Byłam pewna, że za nim będzie już zbieg nad jezioro motorup.com.au do mety. Ale moim oczom ukazała się piękna, rozległa dolina z wijącą się do góry ścieżką, na której dostrzegałam małe, kolorowe poruszające się kropki. „O Fuck!” – krzyknęłam. Tam jest jeszcze jakieś podejście. Niemożliwe! Byłam zrezygnowana, ale wiedziałam, że gonią mnie dwie dziewczyny, które wydawały się dużo mocniejsze na podbiegach. Uciekałam ile sił.

Royal Ultra Skymarathon

Ostatnie podejście

Przed przełęczą dostrzegłam mojego zająca. Prawie go miałam! Wdrapałam się na nią (2310 m) i wtedy poczułam się jak w matrixie. W dole nie było żadnego jeziora, nie było widać mety! „To jeszcze nie koniec, będzie jeszcze jakieś podejście?” Zbiegłam na dół do schroniska, gdzie był punkt odżywczy. Rzucił mi się w oczy ser pokrojony w kostkę. Pierwszy raz na tym biegu spojrzałam na to, co serwują na stole. Ale nie mogłam patrzeć na jedzenie, uzupełniłam tylko wodę do jednego flaska. Pytam, ile jeszcze do mety i słyszę, że ok 5-10 km. Niezła maniana! Problem w tym, że widzę dookoła tylko wysokie góry i przełęcze. Stało microsoft10.com się dla mnie jasne, że trzeba jeszcze wspiąć się na jedną z nich! To mnie dobiło, chciałam się rozpłakać, ale nie miałam na to siły. Musiałam uciekać dalej i gonić mojego zająca, który znowu gdzieś zniknął.

Z jednym kijkiem, ledwo człapiąc musiałam wyglądać naprawdę marnie. Ale mój duch walki ciągle we mnie drzemał i nie pozwalał teraz się poddać. Za lekkim wypłaszczeniem na łące trzeba było skręcić w lewo za skałami i wtedy zobaczyłam podejście, stromiasto pod górę, a na nim parę kolorowych postaci pnących się jak ślimaki. Teraz to już musiała być ostatnia przełęcz.  Włączył się mój duch walki, przestałam już uciekać dziewczynom z tyłu, których ani razu nie widziałam za sobą i zaczęłam gonić te kolorowe postaci. „A może jeszcze parę osób wyprzedzę!” – myślałam.

Tymczasem robiłam się głodna. Nie miałam już żadnych żeli, od Kamila wzięłam tylko 5, licząc na to, że przede mną jest tylko długi zbieg, a te 5 i tak było na wszelki wypadek! Podeście miało pod koniec ok 45% i trzeba było opierać się rękoma o stok. Wdrapałam się wreszcie resztkami sił, zegarek pokazał wysokość 2551 m i 53 km. To już powinien być koniec zawodów – według tego, co podawali organizatorzy. Pytam windows 10 professional key purchase tradycyjnie, ile jeszcze do mety. „5 km” – usłyszałam. „5 km i 400 m w dół?” – dopytuję? „Nie – 900 metrów w dół”.

Royal Ultra Skymarathon

Ostatnia przełęcz, Celle del Nel 2551 m

Ostatni zbieg i najlepsza zabawa

Poprosiłam jeszcze wolontariusza, czy pomoże mi schować kijki do plecaka i w tym momencie zachwiałam się i prawie nie przewróciłam na drugą stronę stromego stoku. Wolontariusz musiał mnie łapać. Wzięłam trochę wody i zaczęłam żwawo schodzić. Biec się za bardzo nie dało, było ok 40% nachylenia i nierówne kamienie na wąskiej ścieżce. Bolało mnie wszystko, od pleców po palce u stóp. Dogonił mnie tu jeden zawodnik i to zmobilizowało mnie, żeby poruszać się trochę żwawiej. Gdy zrobiło się mniej stromo, zaczęłam biec, jak na moje odczucie, całkiem szybko. Ogólnie na tym ostatnim zbiegu było 4 km i 900 metrów w dół!

Dogoniłam mojego zająca, co bardzo mnie zmobilizowało, a za chwilę zobaczyłam schodzącą Natalię. Byłam pewna, że podejmie walkę, ale wyglądała na kompletnie zrezygnowaną. Włączył mi się znowu tryb uciekania i przyspieszyłam jeszcze bardziej. Biegłam tak, jakbym dopiero zaczynała zawody, skakałam od skały do skały po stromej, leśnej ścieżce, wijącej się krótkimi zakosami. Znów biegłam z tymi samymi dwoma biegaczami, których dogoniłam na zbiegu do poprzedniego jeziora. Znowu jeden mi uciekał i był moim zającem, a drugi zostawał z tyłu. Uciekałam Natalii i goniłam zająca. To była najlepsza zabawa na tym biegu!

Gdy stromy zbieg się skończył i wybiegłam z lasu ujrzałam wreszcie upragnione jezioro, nad którym gdzieś była meta. Wolontariusz pokierował mnie w lewo na asfaltową drogę wokół jeziora. Chciałam, żeby to już się skończyło, biegłam po płaskim asfalcie w tempie 6:0 resztkami sił. „Co ci Włosi jeszcze wymyślili? Każą nam jeszcze obiec całe jezioro?” Biegnę i biegnę, a tej mety nie widać. Ostatni kilometr dłużył się i dłużył! Nie lubię tych asfaltowych końcówek na biegach górskich, choć na tych zawodach asfaltu było naprawdę niewiele, może w sumie 2 kilometry.

Jeszcze tylko kawałek po piachu i trawie nad jeziorem i widzę wreszcie metę!

Royal Ultra Skymarathon. Relacja #2

Meta. Royal Ultra Skymarathon

Za metą

W jednej chwili zapominam o tym, że przed chwilą bolał mnie każdy centymetr ciała i rzucałam całe to ultra. Siadłam obok Kamila, który ciągle coś do mnie mówił, pytał, co mi przynieść, a ja nie miałam ochoty nic mówić ani opowiadać. Cieszyłam się, że mogę po prostu siedzieć, nikomu nie uciekać i nikogo nie gonić.

Gdy już ochłonęłam, wciągnęłam zasłużone dwa burgery, było piwo, miła pogawędka z Natalią i Przemkiem, prysznic, masaż, wielka pizza i dużo wody. Wieczorem rozkładanie namiotu. Następnego dnia składanie namiotu i całego majdanu i 1400 km starą skodzinką do Kościeliska.

Ogromnie się cieszę, że przetrwałam te zawody w dobrej kondycji, fajnie mi się zbiegało i nic sobie nie uszkodziłam. Dobiegłam jako 49 w open i 12 kobieta. Wyniki tutaj. Pobiegłam dużo lepiej niż bieg KIMA w zeszłym roku, choć tam byłam dziesiąta. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że lepiej był zdrowym i niedotrenowanym niż podchorowanym i przetrenowanym!

Co z moim postanowieniem, że rzucam ultra? Gdy siedzieliśmy na mecie, piliśmy piwo i jedliśmy co się da, uświadomiłam sobie, że znowu chcę pobiec takie zawody, chcę przeżyć piękny, ciężki dzień w górach, czuć ból w całym ciele, napierać stromo pod górę i swobodnie zbiegać skacząc po kamieniach, może pobiec lepiej, coś poprawić, cieszyć się tym, że mogę biegać i startować w takich fajnych imprezach!

Mój bieg na garminconnect.

Pierwsza część relacji tutaj.

Royal Ultra Skymarathon

Wyżerka na mecie

W czym biegłam?

  • biegłam w sprawdzonych na tatrzańskich szlakach Adidas Terrex Agravic
  • miałam plecak CamelBak Ultra Pro Vest, 4,5 litra i dwa flaski adidas Terrex po 400 ml
  • na podejściach pomagały mi sluminiowe, składane kije Mountain King Skyrunner

Co jadłam?

  • 10 żeli Squeezy (połowa z kofeiną)
  • dwie paczki żelków PowerBar
  • parę galaretek Aptonia
  • tabletki z elektrolitami Isostar
  • piłam bardzo dużo wody, a na punktach głównie colę

O moim treningu do tych zawodów pisałam we wpisie:

Zdjęcia: Kamil Weinberg, Ezno Zucco

]]>
https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-2/feed/ 4
Royal Ultra Skymarathon. Relacja #1 https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-1/ https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-1/#respond Sat, 22 Jul 2017 13:14:54 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6199 Royal ultra Skymarathon Gran Paradiso (dłuższej nazwy chyba nie dało się wymyślić 😉) – ok 57 km, 4300 m w górę i 4750 w dół we włoskich Alpach, 7 przełęczy powyżej 2500 m n.p.m., podejścia i zbiegi sięgające 45%. Bieg należy do Pucharu Świata Skyrunning Extreme i Pucharu Skyrunning Włoch. Jak dobrze był obsadzony, zobaczyłam dopiero dzień przed startem na uroczystym rozdaniu numerów. Jakoś dziwnie w ogóle się tym nie przejmowałam.

Nie miałam kompletnie żadnej napinki, żadnych oczekiwań wobec siebie. Nie analizowałam zbytnio profilu trasy ani listy startowej. Chciałam pobiec dobry bieg i dobrze się bawić, dla siebie.

Najdłuższa podróż życia

Przed startem spędziłam w aucie w sumie 5 dni/4300 km. Byłam w Belgii na imprezie, gdzie kibicowaliśmy w lokalnym biegu ultra, upiłam się trzema belgijskimi piwami i spałam nieopodal grilla, pod namiotem na szczęście, który Kamil pomógł mi rozłożyć. Kolejny punkt naszej wycieczki to Andorra i Pireneje. Uwielbiam spać pod namiotem i przez 8 dni na campingu w Ordino wreszcie wypoczęłam, choć noce były chłodne i spałam w puchówce. Pireneje są boskie i uwielbiam ten klimat. Noce dość windows 10 key sale chłodne, za to w dzień ok 25-30 stopni, trochę deszczu i wiatru. Czułam się tutaj świetnie i dobrze mi się biegało. Wysokość nie stanowiła Windows 10 Professional product Key sale dla mnie żadnego problemu. Zrobiłam dwie dłuższe wycieczki w górach i dwa krótsze treningi na wysokości ponad 2000 metrów. O moim treningu pisałam więcej tutaj. Na koniec kibicowałam Kamilowi na Andorra Ultra Trail. Świetna impreza i super trasy z dużym przewyższeniem. Na pewno wrócę jeszcze w Pireneje!

Pireneje, Andorra, trening, bieganie

Ostatni trening w Pirenejach na wysokości pond 2200 m

Po Andorze pojechaliśmy na dwa dni nad Lazurowe Wybrzeże, oczywiście pod namiot. Upał był straszny, ale pływanie w morzu wynagradzało wszystko. Próbowałam coś truchtać, jednak po 5 km byłam już wykończona. Nie radzę pić za dużo przed bieganiem w upały ponad 30 stopni, wszystko w środku się gotuje! Na campie załapaliśmy się jeszcze na super koncert – wakacji ciąg dalszy!

Do Włoch dotarliśmy w czwartek, 3 dni przed moim startem. Cudem udało się wjechać nad  jezioro Lago di Teleccio na wysokości 1950 m. Nie wspominałam, że podróżowaliśmy 18-letnią skodą bez klimatyzacji, w której coś się popsuło z chłodnicą. Górska droga wykończyła auto. Gdy zza przedniej klapy zaczynało się dymić, trzeba było stawać na 15 minut, żeby schłodzić silnik. Ja też byłam wykończona upałem i 7 godzinną jazdą bez klimy. Gdy wreszcie dojechaliśmy nad jezioro drogą o nachyleniu 15%, okazało się, że nasze schronisko nie stało nad samym jeziorem, ale trzeba było spakować najważniejsze rzeczy do plecaków i dojść 3 km w górę na wysokość 2200 m. Przygód ciąg dalszy!

Rifugio Pontese, Alpy

Przy schronisku Rifugio Pontese

W schronisku za bardzo się nie wyspałam. Powitała nas uśmiechnięta właścicielka, przesympatyczna Włoszka Mara, która gościła sporą grupę wspinaczy z Niemiec. Tak się złożyło, że wspinacze byli też członkami chóru. Nasz pokój na najbliższe 3 noce miał równo 2 metry kwadratowe i jedno małe okienko, mieściło się w nim tylko małe piętrowe, trzeszczące łóżko, resztę zawalał wielki bojler i szafka z prześcieradłami. Zostaliśmy ulokowani w przechowalni z napisem „Privat”. Jakoś udało mi się zasnąć przy akompaniamencie buy windows 10 key niemieckich pieśni na głosy, gitary i tamburyno, ale w nocy i tak budził mnie Kamil, który wiercił się na za małym łóżku nade mną. Następnego wieczora była z kolei impreza pożegnalna dla Niemców, a noc przed startem zebrały się w schronisku istne tłumy, w tym sporo biegaczy, panował Windows 10 Professional product Key Oem sale już taki rwetes i hałas, że było mi wszystko jedno czy zasnę czy nie, zresztą przed startem jeszcze nigdy nie udało mi się dobrze wyspać. Te wszystkie niedogodności wynagradzało piękno miejsca, w którym się znajdowaliśmy, cudna dolina otoczona strzelistymi szczytami i pięknymi ścianami, 200 metrów w dole pod schroniskiem turkusowe jezioro, raj dla wspinaczy i początek mojej niedzielnej trasy.

W międzyczasie trzeba było jeszcze zjechać na dół i na górę do Ceresole Reale, gdzie mieściło się biuro zawodów i meta (na wysokości 1600 m). Jak wspominałam jazda naszym autem po górskich drogach była przygodą samą w sobie. Włosi sprawili mi niespodziankę i wyróżnili w elicie zawodników. Było uroczyście. Wójt czy burmistrz i emerytowani wojskowi w regionalnych strojach wręczali nam numery, dostaliśmy wino i ser i ogólnie było bardzo miło i sympatycznie. Nie czułam, że jutro są jakieś trudne zawody. Niestety przez problemy z autem zrezygnowaliśmy z wykładu na temat Skyrunning’u, degustacji lokalnych potraw i jeszcze jakieś wystawy.

Royal Ultra Skymarathon Gran Paradiso. Wręczanie numerówRoyal Ultra Skymarathon Gran Paradiso. Wręczanie numerów

Royal Ultra Skymarathon Gran Paradiso. Wręczanie numerów

Na koniec dnia nasza codzienność, czyli dolewanie zwykłej wody do chłodnicy i turkotanie ciemno-zieloną skodzinką, z przystankami nad Lago di Teleccio, a potem marsz w górę do schroniska. Czy mielibyście czas na stresowanie się zawodami?

Start na wysokości 1950 m n.p.m.

Na zaporze nad Lago Teleccio o godzinie 6:30 czołówka wystrzeliła w tempie chyba po 3:0, biegłam 4 minuty na kilometr i wszyscy mnie wyprzedzali. 300 metrów płaskiego i wbiegliśmy na szlak. Już na pierwszym minimalnym zbiegu po kamieniach wyprzedziłam sporo osób. To dało mi do myślenia, że ten bieg przetrwam dzięki dobrym zbiegom. Gdy zaczęło się strome i wąskie podejście, prawie wszyscy wyciągnęli kijki. Nie planowałam na tak wczesnym etapie pomagać sobie kijkami, ale dałam się ponieść „presji tłumu”. To był chyba – na szczęście jedyny – mój błąd na tych zawodach. Tętno momentalnie wskoczyło prawie w 3 zakres (dodatkowa mocna praca rąk robi swoje, pamiętajcie o tym!). Z tym wysokim tętnem walczyłam do ok. 16 km i biegło mi się naprawdę ciężko! Jakbym nie miała aklimatyzacji (a przecież miałam po Tatrach i Pirenejach). Jakoś dotrwałam na tym tętnie do pierwszej przełęczy na wysokości 2990 m (Colle del Becchi). Na ostatnim stromym podejściu był super fajny techniczny teren, duże głazy, po których trzeba było skakać i strome podejście po śniegu. Wyprzedziłam tu parę osób.

Na zbiegu wreszcie mogłam odpocząć i trochę uspokoić tętno. Puściłam się swobodnie w dół po śniegu. Chyba nawet była tam poręczówka, z której nie skorzystałam. Na długim zbiegu w głąb doliny wyprzedziłam 3 dziewczyny. Teraz na Stravie widzę, że na większości zbiegów byłam szybsza od Amerykanki, która zajęła 2 miejsce. Zbiegało mi się naprawdę świetnie. Uśmiechałam się z radości do samej siebie i innych.

Royal Ultra Skymarathon Gran Paradiso. Start

Royal Ultra Skymarathon Gran Paradiso. Start nad Lago di Teleccio, 1950 m

Od przełęczy do przełęczy

Na końcu zbiegu był punkt odżywczy, a potem zaczęło się kolejne podejście (Bochetta del Ges 2692 m). Przestało mi być wesoło. Dziewczyny, które wyprzedziłam, bez problemu mnie tutaj dogoniły. Specjalnie nie liczyłam, która jestem wśród kobiet, ale z kilkoma dziewczynami ciągle się widziałyśmy, ja im uciekałam na zbiegach, one wyprzedzały mnie na podejściach. Nie chciałam w ogóle myśleć o rywalizacji, interesował mnie tylko mój bieg, skupiałam się na tym, żeby maksymalnie rozluźniać się na zbiegach i odpoczywać. Chyba pierwszy raz na zawodach nieźle mi się to udało, nie miałam prawie zakwasów w czwórkach po biegu (a wyszło przecież 4750 metrów w dół!).

Wile osób pisało po tym biegu, że był bardzo techniczny. Faktycznie były momentami bardzo strome podejścia i zbiegi, nawet po 45%, ale teren był jak dla mnie w większości biegowy (z wyjątkiem stromych podejść). Porównując do bardzo podobnych zawodów Kima w dolinie Val Masino, to tam jest dużo bardziej technicznie, wielkie głazy, podejścia i zejścia z łańcuchami, mało kiedy da się swobodnie biec. Tutaj było bardziej  tatrzańsko, z takim terenem jestem za pan brat!

Gdyby nie brak siły na podejściach uznałabym ten bieg za jeden z moich lepszych startów, pod względem taktyki i rozłożenia sił chyba najlepszy. Bardzo pomagały mi kije. Na trzecią przełęcz i najwyższy punkt na trasie – 3002 m, Colle della Porta wlazłam praktycznie tylko na nich wisząc. Nie pomagało to, że co chwilę ktoś, kto był za mną, pojawiał się przede mną, ścinając zakosy! To samo było na zbiegach. Dla wielu Włochów oznaczenia trasy mają charakter czysto orientacyjny. Ale żeby nie mówić o nich tylko źle, pewnie Was zaskoczę, ale na całej trasie nie zauważyłam ani jednego śmietka, opakowania, czy nawet skrawka opakowania po żelu! U nas to niestety rzadkość, a teraz w lipcu, w szczycie sezonu, aż boję się wyjść w Tatry…

Wracając do mojego podejścia, to tyle było tych dłużących się, stromych podejść na ponad 2500 metrów, że trochę wszystko mi się teraz zlewa. Z tej najwyższej przełęczy był zbieg po śniegu. Z nieukrywaną satysfakcją wyprzedzałam na stromym trawersie Włochów, osiłków, którzy przed chwilą ścinali zakosy. Więcej ich na tym biegu nie widziałam i bardzo mnie to cieszyło. Zbieg nie był zbyt długi i zaczęło się kolejne podejście po bardzo stromym piargu na 2922 m (Colle della Terra) i równie stromy piarżysty zbieg. Wyprzedziła mnie tu krępa Włoszka, która doganiała mnie już na podejściu. Kurczę, wyglądała jakby dopiero zaczęła zawody i jak ona zasuwała bez kijów! Dogoniła mnie dopiero na 27 km, a na mecie była 14 minut przede mną! Tymczasem ze mną było coraz słabiej. Czułam już prawie każdy mięsień, o podbieganiu prawie nie było mowy. 10 razy zrezygnowałam ze wszystkich zaplanowanych startów w tym roku i rzucałam całe to bieganie ultra. Zadawałam sobie pytanie, po co wyrządzam sobie tyle niepotrzebnego bólu? Nie zależy mi na wygranej, nie ścigam się o medale, więc po co? Na to pytanie znalazłam odpowiedź dopiero na mecie. Ale do mety było jeszcze parę godzin!

Na tym stromym zbiegu po piargu o nachyleniu 45%, zebrałam do butów całe garście mniejszych i większych kamyków, ale szkoda mi było czasu na zatrzymywanie się. Zacisnęłam zęby i goniłam Włoszkę.

Royal ultra Skymarathon. Relacja #1

37 km, przełęcz Colle del Nivole, 2640 m

Za ok. 5 km miała być kolejna przełęcz (Colle del Nivole, 2640 m), gdzie czekał na mnie Kamil. Chyba byłam słabsza, niż mi się wydawało, bo wyprzedziły mnie na tym odcinku kolejne dwie dziewczyny. Gdy zobaczyłam wreszcie Kamila, który z uporem robił mi zdjęcia, nie wiedziałam o co poprosić go najpierw, o żele, pomoc w schowaniu kijków czy napełnienie flasków. Pijąc kolę i wciągając żela, próbowałam w kilka sekund opowiedzieć mu wszystko, co wydarzyło się u mnie przed ponad 6 godzin, o tych wszystkich żmudnych i stromych podejściach, o super fajnych zbiegach, o Włochach ścinających trasę, o tym, że nie mam siły, ale biegnę dalej. Wyszło z tego tylko jakiś mamrotanie i już cisnęłam dalej. Na zegarku miałam już ok 37 km, ponad 6 godzin napierania i byłam pewna, że przede mną jedynie krótkie podejście na kolejną przełęcz, a potem już tylko kilkunastokilometrowy zbieg do mety. Myślałam, że czołówka już dawno jest na mecie, a ja zrobię te zawody w 8 godzin. O, jak bardzo się myliłam!

Ciąg dalszy jutro.

Zdjęcia: Kamil Weinberg

]]>
https://biegamwgorach.pl/royal-ultra-skymarathon-relacja-1/feed/ 0
Perły Małopolski – zabawa w błocie pod domem https://biegamwgorach.pl/perly-malopolski-zabawa-w-blocie-pod-domem/ https://biegamwgorach.pl/perly-malopolski-zabawa-w-blocie-pod-domem/#respond Wed, 21 Sep 2016 09:56:13 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=5427 Pochmurna niedziela, zimno (10 stopni rano), deszcz, kiepska pogoda na bieganie po górach, ale na zawody pod domem – doskonała! Na Perły Małopolski zapisuję się w piątek, uzależniając start od kondycji rany na stopie. Budzę się jak zwykle z bólem głowy, ale start jest dopiero o 12, więc zdążę jeszcze ten ból rozchodzić. Rzut okiem na ranę, jest ok, robi się strupek i prawie nie boli. Biegnę.

Zabieram Forka i jedziemy na dobrze znany nam stadion Biathlonowy w Kościelisku, gdzie czasami robimy szybkie treningi. Robimy, bo Forek zawsze krok w krok obok mnie. Latem stadion z reguły świeci pustkami, jest tylko mały czarny piesek pilnujący wojskowego budynku, czasami młodzież trenująca biathlon – głównie strzelają, trochę biegają lub jeżdżą na nartorolkach, a dzisiaj – tłumy biegaczy z rodzinami. Odbieram pakiet i dostaję jakiś dziwny numer, o innym kolorze niż inne, co będzie później powodem ciekawych sytuacji.

Biegnę oczywiście dystans długi, ok 20 km, czyli dwa okrążenia – w górę na polanę Butorów, potem czarnym szlakiem przez las do Mietłówki, następnie stromy zbieg do Witowa i znowu trochę w górę po kamieniach, a potem asfaltem do stadionu. Tylko dwa razy biegłam tą trasą – raz na treningu i raz podczas tych samych zawodów dwa lata temu. Byłam tu jeszcze na skiturach – bardzo przyjemnie jest zimą! I na rowerze – już mniej przyjemnie. Nie biegam przez Mietłówkę mimo że mam tę trasę prawie pod domem i prowadzi tamtędy bardzo widokowy szlak (na Tatry z jednej strony, na Gorce, Beskid Żywiecki i Sądecki z drugiej). Tam po prostu zawsze jest błoto! Szlak przez las to slalom po błocie między wielkimi kałużami i drzewami – na trening słabo, ale na zawody – jak znalazł! Gdy już przebrnie się przez trudny teren przez las i wybiegnie na Mietłówkę, jest całkiem przyjemnie, a zbieg do Witowa to po prostu bajka! Jak dla mnie, bo to dość techniczny zbieg.

 

Perły Małopolski Kościelisko profil trasy

Perły Małopolski Kościelisko profil trasy

Start

Ku mojemu zdziwieniu niezłe tłumy biegaczy na starcie, jak na taką beznadziejną pogodę i brak widoku na Tatry. Wcześniej startuje jeszcze dystans na 6 km, ze mną na starcie zawodnicy z 10 i 20 km.

Zaczynam żwawo, najpierw 500 metrów w dół, potem już spokojnie, bo przede mną 4 km dość stromego podbiegu na Butorów. Biegnę jakiś czas z dziewczyną z dyszki (która nota bene wygrała ten dystans), z którą tak sobie rozmawiamy:

  • Na jaki pani (!!!) biegnie dystans?
  • Na długi, a Ty?
  • Krótki – chwila przerwy i kolejne pytanie
  • Na 20 km? – już ze zdziwieniem
  • Tak – odpowiadam z uśmiechem
  • Na pewno się pani nie pomyliła? – Nie odpowiadam, biegniemy mocno pod górę i nie chcę się męczyć rozmową – Bo to numer z najkrótszego dystansu, chyba się pani pomyliły starty

Liderkę biegu na 10 km wyprzedziłam kilkaset metrów później, gdy podbieg zrobił się jeszcze bardziej stromy i przeszła do marszu. Skąd mogła wiedzieć, że znam te zawody i trasę prawie jak własną kieszeń, a może nie przeszło jej na myśl, że jakaś pani z długiego dystansu może ją wyprzedzić. W każdym razie mnie samą jeszcze na podbiegu wyprzedzają dwie inne dziewczyny z mojego dystansu.

Gdy wbiegam w las po stromym podbiegu, a dla większości podejściu, robi się płasko, lekko z górki, ale nie jest łatwo. Biegacze przede mną utrudniają orientację, którędy biec, żeby optymalnie omijać drzewa, wielkie kałuże i błoto, w którym można zgubić buta. Wreszcie, gdy dobiegam do wielkiej zielonej polany, robi się szerzej i można wyprzedzać, omijając wielkie błotniste kałuże, w których niejedna osoba się dzisiaj skąpała. Doganiam najpierw jedną dziewczynę, a potem kolejną, gdy kończy się polana i zaczyna wąski, techniczny zbieg błotnisto-kamienistym wąwozem . Tutaj to już wyprzedzam wszystkich. Agraviki trzymają genialnie na błocie, mokrej trawie i śliskich kamieniach. Skaczę przez korzenie, kałuże, powalone drzewa, zbiegam po tym błocie tak swobodnie, jakby to był stabilny asfalt, a nie zdradziecko śliskie podłoże, w którym niektórzy wywijają niezłe orły i lądują nie tylko tyłkiem ale i twarzą w błocie (dosłownie! Na fanpagu biegu do obejrzenia fotki, boki można zrywać). Czuję się jak ryba w wodzie, po prostu kocham takie trudne, strome zbiegi!

Tylko raz pomyślałam o stopie, zapytałam kontrolnie samą siebie: boli, czy nie boli? Nie boli! Jedyne, co zaczyna mi doskwierać to brak szybkości na płaskich odcinkach, ale jak można mieć szybkość, gdy jej się w ogóle nie trenuje. Czuję też kłucie w pośladku (jestem w trakcie rehabilitacji w Tatrareh, zaczęliśmy od stóp, pośladki czekają w kolejce). Ten ból jest o tyle nieprzyjemny, że promieniuje do tyłu uda, a pod koniec biegu już do łydki, w której czuję dziwne niby-skurcze, niby-drętwienie.

Perły Małopolski Kościelisko

Perły Małopolski Kościelisko

Powtórka z rozrywki

Tymczasem zbliżam się do stadionu, gdzie szczęściarze z dyszki mogą już pobiec w prawo, odebrać zasłużony medal i pić piwo, a przede mną jeszcze powtórka z rozrywki. Myślę sobie, że mogłam pobiec te 10 km, byłabym pierwsza i miałabym już z głowy, ale z drugiej strony nie mogę się doczekać powtórki błotnistego zbiegu o długości prawie 4 km! Ale najpierw trzeba jeszcze podbiec. To nie było głupie, że w czwartek przed zawodami zrobiłam jedyny trening siły biegowej w przeciągu dwóch miesięcy  – cały trening to był 15 minutowy mocny podbieg na Przysłop Miętusi, gdzie weszłam na tętno progowe i dzięki temu tak bardzo mnie dziś nie zatyka.

Na podbiegu dogania mnie sympatyczny biegacz (z Wieliczki jak się potem okazuje), który radzi mi, jaką techniką najlepiej pobiegać. Faktycznie, ma rację, niepotrzebnie silę się na jakieś dynamiczne ruchy, jak można sobie szurać małymi kroczkami i zużywać mniej energii. Biegniemy dalej razem, rozmawiając sobie miło. Nie pamiętam już zupełnie o czym, ale czas mijał bardzo przyjemnie. Szczerze, to byłam pewna, że ucieknę mu na zbiegu, ale trzymał się dzielnie ze mną do końca i pociągnął na płaskiej końcówce. (Dzięki!)

Po raz drugi dobiegam do polany Butorów, ten błotnisty stromy podbieg znam doskonale z moich wiosennych treningów crossowych i mogę porównać tempo, nie ma tragedii, to normalka, że jest wolniej niż na mocnym treningu. Łyk wody na punkcie odżywczym i dzida przez kałuże i las. Tę drugą pętlę biegnie mi się lepiej, pusto przede mną, łatwiej wybrać najlepszą ścieżkę. Tak samo na zbiegu, mniej wyprzedzania i mogę biec swobodniej, bez obawy, że w kogoś wpadnę. (Porównałam  oba zbiegi na stravie i co ciekawe, mam dokładnie ten sam czas na odcinku w dół). Na ostatnich 3 km po kamieniach pod górę i kawałek po asfalcie łapią mnie te dziwne skurcze o których wspominałam, ale w tej chwili nie ma to dla mnie już żadnego znaczenia. Jeszcze tylko piątki z dzieciakami i mój znajomy stadion.

Perły Małopolski Kościelisko

Perły Małopolski Kościelisko

Na mecie pan wodzirej w ogóle nie zwraca na mnie uwagi, jakbym była niewidoczna, choć cały czas nadaje i gada coś do mikrofonu. To pewnie przez mój dziwny numer o innym kolorze, jak ten z dystansu na 6 km.

Jak pobiegłam?

Pobiegłam o 1,5 minuty lepiej niż dwa lata temu, kiedy byłam w dużo lepszej formie i był to mój zdecydowanie najlepszy górski sezon. Warunki były wtedy dużo łatwiejsze, było sucho. Z drugiej strony nie czuję mocy na podbiegach, może to brak treningu, a może jeszcze zamulenie po Alpach i Kima? Mogę biec jak żółw bez zatrzymywania się nawet bardzo stromy podbieg, ale nie jestem w stanie przycisnąć i pobiec bardziej dynamicznie. Tutaj moje rywalki były zdecydowanie lepsze. Tak, to oznacza, że mam siłę, dzięki długim dniom spędzonym w górach, ale brakuje mi szybkości i dynamiki.

To już koniec sezonu, więc nie będę się już skupiać na trenowaniu szybkości. Myślę jeszcze o jakiś krótszych czy dłuższych zawodach, ale tak naprawdę marzę już o roztrenowaniu, wyjeździe na Sycylię na wspinanie i o treningu uzupełniającym, który będę intensywnie wdrażać jesienią i zimą.

Czy zawody na krótkim dystansie to dobry trening?

O tym będzie kolejny wpis, a tu zamieszczam tylko wykres mojego tętna, dodam, że 171 hr to prawie moje tętno progowe, a 158 to dolna granica mojego drugiego zakresu.

Perły Małopolski Kościelisko wykres tętna

Perły Małopolski Kościelisko wykres tętna

]]>
https://biegamwgorach.pl/perly-malopolski-zabawa-w-blocie-pod-domem/feed/ 0
Trofeo KIMA – relacja https://biegamwgorach.pl/trofeo-kima-relacja/ https://biegamwgorach.pl/trofeo-kima-relacja/#comments Wed, 07 Sep 2016 12:02:50 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=5171 Przyzwyczajona do skalistych Tatr sądziłam, że techniczne trudności Trofeo KIMA – 4200 metrów w pionie, 7 przełęczy powyżej 2500 m n.p.m. i skalisty teren – będą dla mnie najmniejszym wyzwaniem. A okazał się nim właśnie kamienisty, męczący teren, po którym ciężko było biec, nawet gdy było płasko; ciągła koncentracja, żeby nie wpaść w szczelinę między skałami, żeby trafić nogą tam gdzie trzeba. Tutaj nikt nie bawi się w układanie kamiennych chodników, do których jesteśmy przyzwyczajeni w Tatrach. Któryś z czołowych biegaczy napisał na Instagramie, że to było skakanie ze skały na skałę. Tak było!

Trofeo Kima 2016

Trofeo Kima 2016

Czy jestem zadowolona?

To był trudny, techniczny bieg, skyrunning w czystej postaci. Nastawiałam się na niego długo, myślałam, stresowałam. Nie będę pisać, że mi świetnie poszło, bo byłam 9 kobietą w prestiżowym biegu, a 12 kobiet w ogóle go ukończyło. To nie miejsce na liście wyników świadczy o tym, czy nam dobrze poszło i nigdy tak do tego nie podchodziłam. Miejsce jest względne, ale oczywiście fajnie jest porównywać się do najlepszych. Celowałam w czas lepszy o jakieś 2 godziny i wiem, że jest to w moim zasięgu. Ale tym razem byłam słaba, jak jeszcze nigdy podczas jakiegokolwiek startu. Po raz pierwszy zastanawiałam się poważnie nad zejściem z trasy, nie czułam mocy i nie miałam woli walki.

Na pewno nie było to spowodowane bardzo mocnym treningiem na dwa tygodnie przed biegiem (130 km i + 8400 m), bo nie raz tyle biegałam i było ok. Zresztą potem tydzień odpoczywałam. Może było to jeszcze osłabienie po chorobie, która trzymała mnie przez 3 tygodnie w lipcu i sierpniu, w okresie, kiedy powinnam najmocniej zapitalać z treningiem, a może to znowu te zatoki, które zaczęły męczyć mnie na tydzień przez startem (zaczynam poważnie myśleć nad operacją, bo ileż można się męczyć z powodu zapchanych zatok, bólów głowy i zatkanego nosa przez ponad 50% dni w roku?)

Val Masino Trofeo Kima start

Trofeo Kima 2016 – start!

Zejść czy nie zejść

Sądzicie, że lepiej było zejść z trasy, skoro nie szło mi od początku a nastawiałam się na wynik? Zastanawiam się nad tym przez pierwszą część biegu. Ale to nie wchodziło w grę, a moje myśli były podyktowane tylko słabością i zmęczeniem. To bieg jedyny w swoim rodzaju i trasa jedyna w swoim rodzaju. Ukończyłabym go, nawet gdybym była 2 godziny poza limitem, jak robiło wielu biegaczy. Te góry są po prostu piękne, a trasa nie ma nic wspólnego z czystym bieganiem, przebieraniem nogami w równym tempie i rytmie, byłe tylko przemierzyć kolejne, podobne do siebie kilometry. Ta trasa sama w sobie jest wyzwaniem, wyzwaniem jest ukończenie jej w ciągu jednego dnia!

Nigdy nie wiesz, co się może wydarzyć później, długie chwile słabości mogą nagle rozpłynąć się w górskiej przestrzeni, a ty odzyskasz siły wbrew logice, tak jak ja odzyskałam je po 8 godzinach. Te ostanie niecałe dwie godziny biegło mi się rewelacyjnie, wyprzedziłam 4 dziewczyny, które widziałam przede mną wiele godzin wcześniej, leciałam jak na skrzydłach i przybijałam piątki z dzieciakami w San Martino. Dla tych chwil było warto, dla tego doświadczenia i tych łez szczęścia!

Może nie pobiegłam najlepiej, nie spełniłam własnych oczekiwań, ale jestem dumna, że ukończyłam ten bieg (w limicie, który jest tak wyśrubowany, że zawody kończy tylko połowa zawodników, wyselekcjonowanych przez organizatora na podstawie biegowego i wspinaczkowego cv).

Trofeo Kima 2016 Skyrunning Extreme - Olga Łyjak, Rifugio Allievi Val Masino

Rifugio Allievi – w oczekiwaniu na moje zwłoki 😉

Jak przetrwać kryzys?

Co robiłam i myślałam, gdy nie miałam siły i mocy, zamiast się załamywać? Myślałam, że ponad połowa biegaczy jest w podobnej sytuacji do mojej, biegnie już poza limitem lub walczy o zmieszczenie się w nim i nie rezygnuje. Jadłam wszystko co miałam w plecaku: żele, żelki, saltsticki i wyznaczałam sobie małe pośrednie cele: dotrzeć w godzinę do schroniska w dolince, pokonać w 15 minut strome podejście z łańcuchami, wejść w pół godziny na kolejną przełęcz, zbiec w 40 minin z przełęczy Barbacan do Bagni Masino… Cieszyłam się, gdy byłam przed wyznaczonym czasem lub parę minut po i to dodawało mi skrzydeł, tak jak przekraczanie linii mety.

Trofeo Kima 2016 - Olga Łyjak, Rifugio Allievi Val Masino. Skyrunning Extreme

Przed Rifugio Allievi, myśli o zejściu z trasy po 26 km i 3000 m w pionie

Co jadłam, w czym biegłam

Na bieg zabrałam 8 żelów Squeezy (piwne po prostu rewelka!), 8 energy drinków (część z kofeiną), 3 paczki żelków Squezzy (rewelacja, bo nie są bardzo słodkie i fajnie się je ssie), parę tabletek SatlStick, parę tabletek z elektrolitami i glukozą Isostar. Bardzo dużo piłam na wszystkich punktach – bardzo smakował mi podawany izotonik – a było ich bardzo dużo, prawie na każdej przełęczy (!) i przy każdym schronisku. Poza tym nie jadłam specjałów z punktów odżywczych (poza kawałkiem czekolady). To była dobra strategia, ponieważ w ten weekend było bardzo gorąco, co odczuli również biegacze UTMB po drugiej stronie masywu Alp.

Biegłam w butach Adidas terrex agravic. Okazały się rewelacyjne na skałę, co już wcześniej testowałam w Tatrach, a dzięki dość rzadkiemu bieżnikowi świetnie sprawiły się na miększych odcinkach na trawie i glebie. Nie miałam żadnych otarć ani bąbli. A moja rana na stopie, której nabawiłam się przed biegiem, nie rozbabrała się aż tak bardzo, jak sądziłam.

Val Masino Trofeo Kima terrex agravic

Terrex agravic

Miałam dwa plecaki Compressport i kamizelkę Salomon S-Lab 1 litr, którą założyłam w połowie trasy.

Nie biegłam z kijami, choć używałam ich podczas rekonesansu trasy (ultralekkie składane na 4 części kije Trail Blaze marki Mountain King). Generalnie wzięłabym kije na trasę o takim przewyższeniu i tak stromych podejściach, ale w tym wypadku było za dużo technicznych i pionowych podejść i zejść z łańcuchami, więc co pół godziny trzeba by te kijki chować i wyjmować. Gdybym jednak wiedziała, że tak wolno będę się poruszać, to mimo to wolałabym mieć te kijki.

A w ogóle to ten bieg nie był jedynym celem mojej podróży i nie był w tym wszystkim najważniejszy. Spędziłam prawie 3 tygodnie pod namiotem w pięknych górach, poznałam prawie całą dolinę Val Masino, jej mniejsze dolinki, pnące się stromo pod same przełęcze i szczyty, zakochałam się w tych górach i w miasteczku San Martino. Spełniam swoje marzenia podróżowania i biegania w pięknych górach!

Zapraszam do obejrzenia pięknej fotorelacji tutaj.

Val Masino Valle Preda Rossa Monte Disgrazia Trofeo Kima

Valle Preda Rossa i Monte Disgrazia

Zdjęcia: Jacek Frąckowiak

]]>
https://biegamwgorach.pl/trofeo-kima-relacja/feed/ 2
Sky & Clouds Run – słowacki Bieg Marduły https://biegamwgorach.pl/skyclouds-run/ https://biegamwgorach.pl/skyclouds-run/#comments Tue, 21 Jun 2016 09:12:02 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=4948 Ten bieg potraktowałam jako mocniejszy trening, chciałam sprawdzić się na zawodach w trudnym terenie, moim zamiarem nie było cisnąć na maksa i zacząć wolno. Nie musiałam się zbytnio hamować, bo organizm sam zastrajkował. Na fejsie po biegu pisałam, że pierwsze kilka kilometrów pod górę były bardzo mocne i że biegłam w trzecim zakresie. Tak przynajmniej się czułam, ale po spojrzeniu już po biegu na stravę, doszłam do wniosku, że to wcale nie było mocne tempo.

Mnie się po prostu źle biegło, nie mogłam równomiernie oddychać i momentami czułam, że brakuje mi powietrza, miałam bardzo wysokie tętno. Po ok. 9 km postanowiłam odpocząć i zwolniłam, byłam już wtedy druga ze sporą przewagą, którą udało mi się mimo wszystko uzyskać na podejściu z Popradzkiego Stawu do przełęczy pod Osterwą. W połowie biegu zauważyłam, że mam strasznie spuchnięte dłonie i twarz (to poczułam) i lekko kręciło mi się w głowie. Mimo, że nie czułam jakiegoś wielkiego zmęczenia w nogach, to biegło mi się po prostu ciężko. I co jeszcze dziwne, prawie w ogóle się nie pociłam, mimo momentami dużego gorąca – słońce nie opuszczało nas prawie do końca. Biegłam z Jurkiem Krzemińskim i on najlepiej wie, jak to wyglądało. Ciągle narzekałam, że coś jest nie tak, dziwnie się czuję i że mam nawet spuchniętą twarz. Po biegu miałam ni stąd ni zowąd mokry kaszel (co w połączeniu z trudnościami w oddychaniu przywodziło mi na myśl obrzęk płuc, występujący np. w chorobie wysokościowej).

Czy to hipernatremia?

Przeanalizowałam to na spokojnie i nie ma innego wytłumaczenia jak to, że przesadziłam z elektrolitami, a dokładnie z sodem. Postanowiłam poeksperymentować i w piątek przed biegiem wypiłam w sumie 3 tabletki litorsalu (tabletki z sodem i glukozą do rozpuszczenia w wodzie), dużo soliłam, w obawie, żeby się nie odwodnić, ponieważ w sobotę miało być gorąco. Już rano przed startem powinnam zauważyć, że coś jest nie tak, bo ważyłam 57 kg, a moja waga wahała się ostatnio w granicach 55 kg. Nie da się aż tyle przybrać ładując węglowodany przez jeden dzień. W sobotę przed startem wypiłam znowu 2 litorsale i jeszcze 2 podczas biegu! Dodatkowo każdy żel ma sód, a zjadłam ich sześć. Podczas biegu dużo piłam – ok 4,5 litra i mało się pociłam – sód zatrzymuje wodę.

Miałam objawy, które charakteryzują hipernatremię przewodnienie, czyli: przybranie na wadze, duże pragnienie, zawroty głowy, spuchnięte dłonie, wysokie ciśnienie, szybki oddech, zaburzenia pracy serca, obrzęki. U mnie te objawy wystąpiły raczej w dość delikatnym wydaniu, skoro mimo wszystko mogłam biec i nic poważnego nic mi się nie stało. Jak się okazuje nawet doświadczeni biegacze popełniają błędy i starty treningowe, gdzie można różne rzeczy sprawdzać, to jednak dobry pomysł.

Czy jestem zadowolona?

Zbiegałam, jak na mnie dość spokojnie od samego początku, ale dzięki temu udało się też zachować energię na cały bieg, nie miałam kryzysu jak podczas Biegu Marduły. Zwiększyłam też przewagę nad dziewczynami i wygrałam z zapasem 15 minut. To nie był dla mnie szybki bieg, przede wszystkim z powodu trudnego terenu, ale też mojego samopoczucia i nastawienia, żeby nie szarżować. Mimo to poprawiłam czas Natalii Tomasiak z zeszłego roku o prawie 19 minut.

Przed biegiem wydawało mi się, że 4:15 na tej trasie do pestka, a dobiegłam z czasem 4:27.

Po biegu i na drugi dzień nie miałam bóli mięśni czy „zakwasów”, poza ogólnym zmęczeniem. Zmęczeniem też nagłym wzrostem kilometrażu z 50 km tygodniowo – jak przez ostatni miesiąc – do 80 km. Po Mardule zrobiłam 85 km i +4000 m, a w ostatnim tygodniu 80 km i +3000 m.

Czy jestem zadowolona? No właśnie. Niby tak, bo wygrałam i pobiegłam zgodnie z założeniem. Z drugiej strony trudno być zadowolonym, gdy prawie cały czas czułam jakiś dyskomfort i to nie taki spowodowany zmęczeniem mięśni, do którego jestem przyzwyczajona. Ciężko biec z uśmiechem na twarzy i cieszyć się skakaniem po skałach w pięknym terenie, gdy dzieje się coś nie tak w całym organizmie.

Sky & Clouds Run Tatry Runnig Tour

Trasa

Wydawało mi się, że będzie dość łatwa, czyli taka zwykła tatrzańska z ułożonymi chodnikami (TPN ostatnio rozpieszcza biegaczy, bo remontuje wiele trudniejszych szlaków, układając wygodne kamienne chodniki). Ale to Tatry Słowackie, a ja biegłam na fragmencie tej trasy raz w 2014 roku – na Magistrali ze Śląskiego Domu do Popradzkiego Stawu i zapamiętałam tylko trudny zbieg zakosami do Popradzkiego Stawu.

Po sobocie mogę powiedzieć, że cała trasa (z wyjątkiem 2 km asfaltowego odcinka) jest bardzo techniczna i trudna. I to mówi osoba, która od dwóch lat trenuje w Tatrach. Tak, słowackie tatrzańskie szlaki nie są tak przygotowywane i układane jest polskie, jest mnóstwo nieułożonych skalnych kamieni i non stop trzeba patrzeć pod nogi, nawet na bardziej płaskich odcinkach nie można było odpocząć od konieczności pełnej koncentracji, nie mówiąc już o zbiegach. To trasa dla twardzieli! I nie jest oznakowana! To już tradycja u Słowaków, że nie bawią się w znakowanie trasy, a każdy uczestnik musi mieć mapkę dostarczoną przez organizatora.

Trasa liczy niecałe 34 km i (według danych organizatora) +2100 m przewyższenia, według mapy 2070 m, choć zegarki z GPS pokazywały też mniejsze wartości, start i meta znajdują się w Szczyrbskim Jeziorze na wysokości ponad 1300 m n.p.m., dwa razy wbiega się na wysokość ponad 2000 m. Poza tymi trudnościami cała trasa jest przepiękna i malownicza, biegnie się w otoczeniu Tatr Wysokich z widokiem na Grań Tatr Niskich.

Tatry Running Tour

Sky & Clouds Run jest częścią cyklu, można pobiec we wszystkich trzech biegach lub tylko w wybranych. Cykl wersji Extreme to: w piątek Night Run – 4,5 km dookoła Szczyrbskiego Jeziora, sobota Sky & Clouds – 34 km i niedziela Interski Run – 8 km po stoku narciarskim. Jest też krótsza wersja Classic. Poza tym odbywały się również zawody nordic walking – Mistrzostwa Europy i Słowacji. W sumie jest to duża impreza, świetnie zorganizowana w przepięknym miejscu. Warto tu przyjechać na długi czerwcowy weekend!

Co dalej?

Radość z wygranej, czy udanego i pięknego widokowo biegu mija u mnie zawsze szybko i przychodzi czas na kalkulacje i planowanie kolejnych startów i treningów. Taka już jestem, że nie cieszę się długo, dlatego ten wpis jest taki trochę bez emocji. Poza tym jak już pisałam, nie do końca mnie ten bieg cieszył.

Teraz trochę odpoczywam (i trochę pracuję) we Wrocławiu i nie mogę już się doczekać, kiedy zobaczę Karkonosze i wystartuję w Maratonie Karkonoskim! Próbuję sobie przypomnieć, i nieubłaganie wychodzi mi, że ostatnio byłam w Szklarskiej Porębie i biegałam po Karkonoszach 3 lata temu! I jak sobie pomyślę, ile wtedy biegałam, to nie mogę uwierzyć. Czytam starego bloga, a tam napisane: „W sumie przez dwa tygodnie w Szklarskiej nabiegałam 270 km i ponad 100 km na rowerze.” Po górach! Ach, to były czasy! Kiedyś tak dobrze znałam Karkonosze, czas sobie tę pamięć odświeżyć!

Sky&Clouds Run Tatry Running Tour 2016 Sky&Clouds Run Tatry Running Tour 2016 Sky & Clouds Run Tatry Running Tour Sky&Clouds Run Tatry Running Tour 2016 Sky&Clouds Run Tatry Running Tour 2016 Sky & Clouds Run Tatry Running Tour Sky & Clouds Run Tatry Running Tour Sky & Clouds Run Tatry Running Tour Sky&Clouds Run Tatry Running Tour 2016 Sky&Clouds Run Tatry Running Tour 2016 Sky&Clouds Run Tatry Running Tour 2016 Sky&Clouds Run Tatry Running Tour 2016 Sky&Clouds Run Tatry Running Tour 2016 Sky & Clouds Run Tatry Runnig Tour ]]>
https://biegamwgorach.pl/skyclouds-run/feed/ 6
Bieg Marduły – udana rozgrzewka! https://biegamwgorach.pl/bieg-marduly-udana-rozgrzewka/ https://biegamwgorach.pl/bieg-marduly-udana-rozgrzewka/#respond Tue, 07 Jun 2016 08:35:39 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=4894 Bieg Marduły MP Skyrunning

Stresowałam się przed startem, wydawało mi się, że podchodzę do tego biegu na luzie, ale jednak miałam obawy, jak mi pójdzie, w końcu dawno w tak długim biegu nie brałam udziału. Zakładałam, że jeśli pobiegnę w 3:50 – 4:00 godziny, to będzie to super wynik, jak na moje przygotowania (pisałam o nich tutaj), a wyszło nawet lepiej.

Do Karbu jak w bajce

Pierwsze dwa kilometry wszyscy ruszyli bardzo mocno, ale nie dziwię się, nikt nie chciał stać w kolejce na Nosalu. Dziewczyny też ruszyły mocno, ja starałam się biec spokojnie, ale już przed wbiegiem na Nosal minęłam Natalię Tomasiak, potem Emilię Romanowicz, a na początku zbiegu Martynę Kantor. Chciałam na Nosalu wyprzedzić, jak najwięcej osób, wiedziałam, co się będzie działo na trudnym technicznym zbiegu – widać to na zdjęciach. Pozostałe dziewczyny były poza moim zasięgiem, tak mi się przynajmniej wydawało.

Bardzo dobrze mi się podbiegało, aż za dobrze, ale starałam się cały czas mieć zapas. Podbieg do Murowańca, Czarny Staw Gąsienicowy i Karb – do tego momentu biegło mi się znakomicie. Za plecami ciągle widziałam Martynę Kantor, ale nie przejmowałam się tym, wiedziałam, że ucieknę na zbiegu.

I właśnie na Karbie poczułam, że coś jest nie tak. Już wcześniej czułam, że drętwieje mi prawa stopa, myślałam jednak, że to z braku rozgrzania, że to zaraz przejdzie. Ale na Karbie zaczęły mnie łapać dziwne skurcze po wewnętrznej części stopy, promieniujące ku górze. Naprawdę się wtedy przeraziłam – nigdy nie miałam żadnych skurczy, już miałam wizję, że to koniec biegu. Nie mogłam normalnie zbiegać, prawa stopa była jak sparaliżowana. I nagle trach, poleciałam na tyłek na zbiegu, nic się nie stało, ale zbiegałam już ostrożniej, i zaraz druga gleba, tym razem na kolana. Uświadomiłam sobie, że to przez tą prawą stopę, w której nie ma czucia. Dotarło do mnie, że uciska mnie prawy but w górnej części stopy.

Postanowiłam jednak zbiec jakoś do Hali Gąsienicowej, starając się rozluźniać stopę i dopiero na początku podbiegu na Liliowe zatrzymałam się, żeby rozsznurować i ponownie zawiązać but. Byłam spokojniejsza i dalej uciekałam Martynie, już jej nie widziałam, a na Liliowym znajomi krzyczeli, że mam niewielką przewagę do Dominiki Stelmach (ok 3 min.). Super! – pomyślałam, ale na płaskim odcinku na grani znowu poczułam stopę i postanowiłam zatrzymać się na Kasprowym i jeszcze bardziej poluzować buta.

Walka od Kasprowego

Na Kasprowym czekał na mnie Rafał Malinowski z żelami i flaskiem, który pomógł mi też z butem, podczas gdy pakowałam żele za stanik i piłam. (Rafał, wielkie dzięki za pomoc!). I chyba właśnie na Kasprowym skończył się mój dobry bieg, a zaczęła się walka ze zmęczeniem. Na zbiegu bardzo się męczyłam, nie wiem, czy bałam się kolejnych gleb, czy ta prawa stopa od ucisku przez ponad 2 godziny pracowała nie tak, jak trzeba. Jakoś jednak pokonałam te kilka kilometrów zbiegu, ale na dole miałam już nogi jak z waty.

Byłam jednak pewna, że mam sporą przewagę nad Martyną i trochę poluzowałam. A tu jeszcze długi podbieg do Kalatówek i potem sporo podbiegów na Ścieżce nad Reglami. Biegłam już resztkami sił, a gdy zaczął się wreszcie trudy, techniczny zbieg Doliną Białego, odetchnęłam, cieszyłam się  ogromnie, że mam 4 miejsce, jak się okazało, przedwcześnie!

Mocne ostatnie 2 kilometry

U wylotu Doliny Białego usłyszałam za sobą tuptanie, obejrzałam się – Martyna! Niemożliwe – pomyślałam – jeśli mnie tutaj dogoniła, to znaczy, że ma więcej siły niż ja. W lesie udało mi się jeszcze jej uciekać, ale gdy wbiegłyśmy na płaski jak stół asfalt, Martyna po prostu wystrzeliła jak rakieta i minęła mnie bez żadnego problemu! To było straszne! Pierwszy raz ktoś mnie tak rozłożył na łopatki na końcówce biegu, byłam bezradna, nie byłam w stanie już przyspieszyć i jej dogonić, mimo, że biegłam już z całych sił – ostatnie dwa kilometry w tempie ok 4:00.

Biegnąc tę końcówkę i patrząc jak Martyna mi ucieka, pocieszałam się, że strata 4 miejsca nie jest jeszcze najgorsza, to nie była walka o podium. Mimo wszystko dzięki Martynie udało się podkręcić czas do 3:48. A z tego wyniku jestem bardzo, bardzo zadowolona!

Sprzęt, jedzenie i picie

Biegłam w butach adidas adizero XT boost – bardzo dobre buty na skały, trzeba tylko umieć je sznurować 😉

Zjadłam 7 żeli Squeezy – 3 żele i 4 drink żele

Wypiłam ok 2 litry płynów – trochę wody, coli i pół litra wody z miodem i elektrolitami

To był dobry pomysł, żeby nie brać kijków, większość podbiegów udało się podbiegać, a na stromych podejściach kije przeszkadzają. Przydałyby się natomiast na końcówce – podbiegu do Kalatówek i Ścieżce nad Reglami.

Wnioski

Nie spodziewałam się takiego wyniku, a mogło być jeszcze – o parę minut – lepiej, gdyby nie przygody z butami. Jednak na biegach górskich zawsze może się coś zdarzyć i nie ma co gdybać. Ten bieg uświadomił mi, że treningi idą w dobrym kierunku. Najbardziej jestem zadowolona z podbiegów, nie miałam też żadnych bóli w pośladkach ani łydkach po biegu (co zawsze było moim problemem). Tym razem dostały w kość najbardziej czwórki i… ramiona! Zdychanie w drugiej połowie biegu to skutek małego kilometrażu, a to akurat najłatwiej jest mi poprawić. Ten bieg to była udana rozgrzewka!

Bieg Marduły MP Skyrunning Bieg Marduły MP Skyrunning Bieg Marduły MP Skyrunning Bieg Marduły MP Skyrunning Bieg Marduły MP Skyrunning Bieg Marduły MP Skyrunning Bieg Marduły MP Skyrunning Bieg Marduły MP Skyrunning Bieg Marduły MP Skyrunning

Zdjęcia: Mika Qzniak, Andrzej Tomczyk, Krzysztof Borgiel, Magdalena Bogdan, Anna Karpiel-Semberecka

]]>
https://biegamwgorach.pl/bieg-marduly-udana-rozgrzewka/feed/ 0
Icebug Winter Trail. Wygrywasz, gdy pokonujesz swoje słabości https://biegamwgorach.pl/icebug-winter-trail-wygrywasz-gdy-pokonujesz-swoje-slabosci/ https://biegamwgorach.pl/icebug-winter-trail-wygrywasz-gdy-pokonujesz-swoje-slabosci/#comments Mon, 15 Feb 2016 14:36:28 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=4033 Poranne rozterki zmęczonej biegaczki

Budzę się o 6 rano i od razu wyłączam nastawiony wieczorem budzik. Półprzytomna decyzja – nie biegnę. Przysypiam jeszcze półsnem, a gdy znowu się budzę jest 7:37. Podtrzymuję decyzję. Nie biegnę. Ostatnia rzecz, o jakiej dzisiaj marzę, to ściganie się w śniegu ostro pod górę. Nie idę nawet na trening. Zostaję w łóżku z książką. Odpoczywam po dwóch dniach odśnieżania i noszenia drewna. Daję znać Jurkowi, że nie jadę, a on szybko odpisuje: Jedź! Fajnie będzie, a Ty będziesz żałować!

Dźwięczy mi to w głowie. Ma rację, będę żałować. Ale czy będzie fajnie, tego nie jestem pewna. Powoli zaczynam wstawać i wykonywać niemrawe ruchy, które przypominają pakowanie się i szykowanie na start. Robię to automatycznie, bez cienia entuzjazmu.

Za oknem szaro i pada śnieg z deszczem. Wczoraj podjęłam decyzję, że startuję, to czy dziś mogę ją tak zwyczajnie zmienić? Bo czuję się zmęczona? Ciało nie chce, ale w głowie słyszę ciche podszepty: będę żałować. W końcu w pół godziny jestem gotowa, a Forrest cieszy się na fajną wycieczkę.

Mój sprytny Yarisek jest jednak innego zdania i nie zamierza podjechać pod górkę po oblodzonej drodze. Czyli cały ten wewnętrzy dialog i wygrzebywanie się z łóżka na nic? Z pomocą przyjeżdża Witek, szef Chaty Biegacza, który na szczęście jeszcze nie wyjechał. Jedziemy w piątkę, niestety bez Forka. On odpocznie dziś za mnie.

Zakopianka, zmiana turnusów, w efekcie dojeżdżamy 15 min przed startem. Wyskakuję z auta gotowa na start i biegnę zapisać się na zawody, stukając kolcami po asfalcie. To moja rozgrzewka. Kątem oka dostrzegam Ewę Majer. Cholera, trzeba będzie się ścigać, a mi się tak bardzo nie chce!

Raz dwa trzy start!

Zaczynam biec i wreszcie czuję, że obudziłam się na dobre. Tętno na linii startu powyżej 130, gdy ruszam wskakuje na 165 i tak już do końca lub jeszcze wyżej. Nogi niosą. W tym tygodniu naczłapałam całe 18 km, jest więc luz, martwi mnie tylko to wysokie tętno. Na treningach wytrzymuję na takim poziomie maksymalnie godzinę, a przede mną 10 km podbiegu na Turbacz. Nie myślę o tym za długo, biegnę. Jeszcze na pierwszym asfaltowym kilometrze mijam Ewę i już wiem, że będę uciekać do samego końca. Tak, ten bieg to ucieczka. Przez ogólne przemęczenie to pierwszy w moim życiu bieg, gdy nie mam absolutnie żadnej radości. Jest tylko zadanie do wykonania. Dobiec na pierwszym miejscu.

Całkiem dobrze idą mi pierwsze podbiegi i podejścia na wąskiej ścieżce, gdzie udaje mi się wyprzedzić kilka osób. Po trzech kilometrach podbiegu czeka mnie to, co kocham najbardziej, zbieg! Trzy kilometry prawdziwej frajdy i wyprzedzania. Robię tu najszybszy kilometr w 3:24. Chcesz poczuć się, jakbyś frunął? Puść się na zbiegach!

Byle do punktu pod Turbaczem

To, co piękne, szybko się kończy. Przede mną osiem kilometrów pod górę, raz stromiej, raz łagodniej. Znam dobrze ten fragment z letniego biegania sprzed dwóch lat i zeszłego startu i wiem, że będzie się bardzo dłużył. Im wyżej, tym robi się zimniej. Nie ma słoneczka, jak rok temu i wieje zimny wiatr. Myślę tylko o tym, żeby nie przechodzić do marszu na podbiegach i nie zmarznąć za bardzo. Wiem, że ktoś mnie goni. Wiem też, że na zbiegu za Turbaczem ucieknę, teraz muszę jedynie utrzymać tempo.

Przede mną najtrudniejszy fragment trasy, szlak okalający Turbacz. Masz już 12 km w nogach i jesteś na pięknej szerokiej drodze, skąd trasa prowadzi w dół do mety, ale musisz skręcić w lewo pod górę i zrobić dwukilometrową pętlę wokół Turbacza. Na tym odcinku śnieg jest najmniej ubity, przez co biegnie się ciężko. A jeśli jesteś w dalszej stawce biegu, przed skrętem mijasz zawodników, którzy ten odcinek mają już za sobą i zbiegają szczęśliwi w dół.

Przed skrętem nie widzę nikogo nabiegającego z przeciwka, co uświadamia mi, że jest dobrze. Kilometr przed schroniskiem pod Turbaczem dogania mnie zawodnik i melduje, że goni mnie szczupła dziewczyna. Jest 200-300 metrów za mną, dobrze ciśnie pod górę, ale na zbiegach radzi sobie słabiej. Myślę – to Ewa. Uciekam dalej, byle do punktu odżywczego.

Sześć kilometrów fruwania czyli ostatni zbieg

Na zbiegu nikt mnie nie przegoni – to moja główna myśl na tym odcinku. Wypijam trzy ciepłe herbatki i lecę. Sześć kilometrów w dół po śniegu. Buty trzymają rewelacyjnie, nie boję się upadku, jedyne co mi grozi, to miękkie lądowanie. Pod koniec tego długiego zbiegu pojawia się wąwóz z kamieniami. Doganiam tu paru zawodników i szybko mijam. Trzeba się bardziej skoncentrować i omijać skałki. Jest fajnie!

Jeszcze tylko skok przez strumień i kilometrowy podbieg. Organizatorzy mają poczucie humoru. Biegnę tą trasą już trzeci raz i zawsze nabieram się na ten ostry zakręt w lewo i strumień. Na podbiegu już lekko odpuszczam. Nie widzę Ewy (która okazała się Kasią), zbieram więc siły na ostatni zbieg prosto do mety. Pół kilometra sprintu w dół wzdłuż stoku narciarskiego robię w tempie 3:30.

Wygrałam. Wygramoliłam się z łóżka, wycisnęłam z siebie wszystko, na co było mnie tego dnia stać i wygrałam! Parę minut później dowiaduję się, że goniła mnie nie jedna, ale dwie mocne dziewczyny. Ewą Majer okazała się rewelacyjna Katarzyna Winiarska, która uciekała przed Ewą i goniła mnie.

Przyznaję. Miałabym czego żałować spędzając ten dzień w łóżku z książką.

Nie wygrywasz, gdy jesteś pierwszy, wygrywasz, gdy pokonujesz swoje słabości!

Organizacja na medal

To mój czwarty start w zawodach Icebug (trzy starty w Winter Trail i jeden w Summer Trail) i za każdym razem jestem bardzo zadowolona. Na bieg można zapisać się na pięć minut przed startem, a nawet po, o czym przekonała się Malwina Jachowicz. Świetnie oznakowana trasa, świetna atmosfera. Dużo nagród do wylosowania. Może kiełbasa po biegu to nie jest to, o czym marzę, ale można było kupić pycha zapiekankę 😉

Link do mojego biegu znajdziesz tutaj.

Im mniej, tym lepiej

czyli w czym i z czym biegłam, co jadłam i piłam przeczytasz we wpisie: Z czym biegłam Icebug Winter Trail.

Wyniki

biegu 21 km, +/-1010 m (był jeszcze bieg górski 11,5 km i bieg na orientację)

Kobiety

  1. Olga Łyjak – biegamwgorach.pl – 02:04:43
  2. Katarzyna Winiarska – Przemyski Klub Biegacza – 02:06:13
  3. Ewa Majer – solgar.pl – 02:11:02

Mężczyźni

  1. Bartosz Gorczyca – Salco Sport Team – 01:38:30
  2. Piotr Biernawski – Attiq Fake Runners – 01:45:23
  3. Grzegorz Czyż – Grupa Azoty – Automatyka Tarnów – 01:46:06

 

Kliknij, by zobaczyć całe zdjęcia.

start Icebug Winter Trail 2016

Start Icebug Winter Trail 2016

Przewyższenie

Przewyższenie

Przewyższenie i tempo

Przewyższenie i tempo

Dekoracja

Dekoracja

]]>
https://biegamwgorach.pl/icebug-winter-trail-wygrywasz-gdy-pokonujesz-swoje-slabosci/feed/ 9