psychologia – BIEGAM W GÓRACH https://biegamwgorach.pl treningi w Tatrach, bieganie w górach i w terenie, biegi górskie, obozy biegowe w górach, Fri, 30 Sep 2016 08:44:46 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.6.5 Trzeba być silnym, żeby powiedzieć NIE https://biegamwgorach.pl/trzeba-byc-silnym-zeby-powiedziec-nie/ https://biegamwgorach.pl/trzeba-byc-silnym-zeby-powiedziec-nie/#comments Mon, 19 Sep 2016 05:00:43 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=5333 trening Biała Skała, Tatry

Biała Skała, Tatry

Napisałam tekst, jaki trudny bieg mnie czeka. Nastawiałam się na niego pół roku, to miał być najfajniejszy i najtrudniejszy start sezonu – taki, jaki najbardziej lubię. Glen Coe Sklyline bieg o długości 55 km i +4750 m przewyższenia, należący do Skyrunning Extreme Series. Na trasie trudne odcinki techniczne, m.in. przejście eksponowaną granią o III stopniu trudności (Curved Ridge), pełny trawers grani Aonach Eagach ridge, zawierający odcinki wspinaczkowe II stopnia. Nie ma łańcuchów ani lin, tak jak na Trofeo Kima, wolna amerykanka i masz prawo bać się o swoje życie.

Profil trasy wygląda tak.

Glen Coe Skyline 2016 profil trasy

Glen Coe Skyline 2016 -profil trasy

Uwielbiam takie wyzwania! Zaprosiła mnie organizacja Skyrunning, oferując wpisowe i dwa noclegi z wyżywieniem. Fajnie!

Jeszcze tylko podróż do Modlina – 6 godzin prowadzenia auta. Potem lot do Glasgow, nocleg w hotelu przy lotnisku, rano wypożyczenie auta i 2 godziny górskiej jazdy z kierownicą po prawej stronie. Start w niedzielę w ekstremalnym terenie około 10 godzin i we wtorek ta sama, samotna, dwudniowa podróż.

Nie pojechałam.

Zrezygnowałam z wymarzonego biegu, z wyzwania, celu, który mnie nakręcał, do którego się przygotowywałam, z robienia tego, co kocham!

Porażka

No totalna słabość! Nie dałam rady. Wykupione bilety, zarezerwowane noclegi. Nastawiałam się na ten bieg od dawna, trenowałam na tatrzańskich graniach, przeżywałam, odliczałam dni, oglądałam zdjęcia trasy i wyobrażałam sobie siebie na skalistych graniach i trawersach. Chciałam walczyć o jak najlepsze miejsce w cyklu Skyrunning Extreme.

A tu dupa.

Stopa nie wygojona po starcie w Kima, niby ok, ale boli i blokuje mnie na zbiegach, zmieniam technikę zbiegu i obciążam lewą nogę. Zatoki dały o sobie znowu znać już przed Kima i głowa boli mnie codziennie. Wstaję z bólem głowy, budzę się z nim w nocy i kładę się z nim spać. Zakumplowaliśmy się. Nie mogę trenować. Dwa dni przed planowanym wyjazdem okazuje się, że jadę jednak sama. Lubię podróżować. Ale kolejna samotna, długa podróż w przeciągu 10 dni, to za dużo. Prowadzenie auta, ból pleców od tej samej pozycji, nieprzespane noce, zmęczenie ciągłym pakowaniem i rozpakowywaniem. Moja torba podróżna leży wciąż na wpół rozpakowana, nie opłaca mi się jej składać, namiot wciąż rozwalony na podłodze. Biurko zawalone papierami, bo między wyjazdami zabieram się za moją normalną pracę, tonę w papierach i główkuję w paragrafach. Za dużo tego wszystkiego.

Nadal myślisz, że to porażka?

Siła

Powiedzenie sobie nie, zrezygnowanie z wymarzonego, najważniejszego w sezonie startu, z tego co uwielbiam robić, gdy wszystko jest gotowe i zaplanowane, wymaga siły. Trzeba być odważnym, żeby umieć powiedzieć: stop, za dużo ryzykuję, to zakrawa już o jakieś szaleństwo. To świadomy wybór między tym, co dla mnie naprawdę dobre, co dobre dla zdrowia, a projekcją w mojej głowie i doraźnym celem. To cholernie trudny wybór. Ale to dobry wybór.

Wyleczę stopę, dojdę do siebie, odpocznę i będę jeszcze biegać! Chcę być zdrowa, szczęśliwa i spełniać marzenia do końca życia. Nie chcę poświęcać moim marzeniom tak dużo, że nie będę mogła ich w ogóle realizować.

Gdy masz poważne wątpliwości, podyktowane troską o siebie i własne zdrowie, czy kontynuować bieg, czy pojechać na zawody, nie bój się wycofać. To nie jest słabość ani porażka. Gdy umiesz dostrzec siebie w dłuższej perspektywie i potrafisz zrezygnować z doraźnej satysfakcji, to jest to Twoją siłą.

]]>
https://biegamwgorach.pl/trzeba-byc-silnym-zeby-powiedziec-nie/feed/ 6
Daj sobie prawo do porażki i wygrywaj! https://biegamwgorach.pl/daj-sobie-prawo-do-porazki-i-wygrywaj/ https://biegamwgorach.pl/daj-sobie-prawo-do-porazki-i-wygrywaj/#comments Thu, 15 Sep 2016 07:12:29 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=5269 „Położyłam laskę na ten bieg, traktuję go treningowo i jak przygodę, żeby poznać trasę, bez napinki.” – napisałam niedawno do Jacka – „W ogóle już mi się nie chce spinać, to takie męczące.”

Nie masz czasami tak, że im bardziej się spinasz, nastawiasz na jakiś konkretny wynik, myślisz ciągle o wydarzeniu, które Cię czeka, jako to najważniejsze, docelowe w roku czy twoim życiu, chcesz wypaść jak najlepiej i niemal cały czas skupiasz się na tym jednym celu, to właśnie wtedy Ci nie wychodzi? Czy to ma być ślub, matura, ważny egzamin czy zawody sportowe? Chorujesz, nie masz formy, tyjesz, ktoś ciągle rzuca kłody pod nogi, wszystko idzie nie tak, jak planowałeś, a w tym ważnym dniu czujesz się zestresowany i ogólnie jest Ci źle?

Pomyśl wtedy, czy nie wypaliłeś się już na etapie przygotowań. Czy doprowadzenie wszystkiego do perfekcji, chęć przygotowania się w stu procentach i ciągły stres z tym związany nie wyssały z Ciebie całej radości z dążenia do wymarzonego celu.

Czasami mam takie właśnie podejście do zawodów. Robię treningi na sto dwadzieścia procent nie zważając na gorsze samopoczucie czy zdrowie. Chcę za wszelką cenę poznać trasę i robię jakieś nieplanowe wyrypy, które mnie zbyt obciążają przed zawodami. Stresuję się przed startem, bo chcę wypaść jak najlepiej i nie mogę spać całą noc. Efekt na zawodach jest wtedy odwrotny od zamierzonego. Zamiast biec wypoczęta z uśmiechem na twarzy przeżywam męki, psychiczne (bo nie idzie mi tak, jak planowałam) i fizyczne (nie mam mocy, bo się przetrenowałam lub jestem osłabiona). I to ma być moje hobby?

Podobnie miałam z pracą, gdy zaczynałam jako adwokat samodzielnie prowadzić sprawy sądowe. Odbierałam każdy telefon od klienta o każdej porze i odpowiadam od razu na wszystkie maile siedem dni w tygodniu. Przeżywałam każdą sprawę sto razy bardziej niż moi klienci, czasami nie spałam lub budziłam się w środku nocy i układam w myślach odpowiedź na apelację (jeszcze mi się to niestety czasami zdarza, ale znacznie rzadziej) albo zasypiałam ucząc się mowy końcowej na pamięć. Wszystko chciałam robić perfekcyjnie, musiałam przeczytać wszystkie komentarze i orzeczenia na dany temat, zanim napisałam dwa zdania pozwu. Bałam się, że jeśli nie napiszę czegoś w piśmie, to zawalę sprawę, bo to może być właśnie ten koronny argument, który zadecyduje o wygranej lub przegranej.

Dopiero po latach praktyki nauczyłam się, że nie muszę być perfekcyjna, sąd też nie jest perfekcyjny, mój klient nie jest perfekcyjny i przeciwnik nie jest perfekcyjny. Że nie wszystko zawsze zależy tylko ode mnie i coś może pójść nie tak. Po prostu dałam sobie samej prawo do błędu. Prawo do przegranej i prawo do czasu tylko dla siebie. Nie odbieram telefonów od klientów po 18 i przed 10, podczas obiadu czy kawki z koleżanką, nie odpisuję na maile wtedy, kiedy nie pracuję, nie oddzwaniam na wszystkie nieodebrane telefony, nie odsłuchuję sekretarki. Lubię moją pracę, jest dla mnie ciekawym wyzwaniem intelektualnym, ale mam do niej dystans i pracuję dlatego, bo w ten sposób zarabiam. I to wszystko!

Nie, nie wszystko. Mam wrażenie, a nawet jestem pewna, że pracuję coraz lepiej i coraz mniej! Dzięki dystansowi, przestrzeni tylko dla siebie i wielu chwil oddechu, nie gubię się w szczegółach, nie tracę czasu na pierdoły, niepotrzebne rozmowy i maile, potrafię skupić się na istocie rzeczy, wyłapać ją i znaleźć jak najlepsze rozwiązanie. Nie mam potrzeby napisania najlepszej na świecie apelacji i mam świadomość, że strzelam czasami gafy, ale suma summarum wygrywam te moje sprawy!

Nastawienie się na sukces jest dobre, ale trzeba umieć znaleźć w tym luz. Dopóki myślisz, że to co robisz, jest najważniejsze na świecie i poza tym nie ma nic innego, jesteś spięty. Odpuść sobie. Daj sobie prawo do porażki, prawo do popełnienia błędu. Dzięki temu zyskasz dystans, świadomość, że nie wszystko zawsze musi wyjść tak, jakbyś chciał, że są czynniki niezależne od Ciebie i nie wszystko zawsze jesteś w stanie przewidzieć, a to czym się akurat zajmujesz jest ulotne i względne. Bycie cały czas perfekcyjnym i robienie wszystkiego na sto procent jest niezwykle męczące i doprowadza do szybkiego wypalenia. Można się wypalić nie tylko zawodowo, ale również w życiu prywatnym i w swoim hobby.

Wrzuć na luz i daj sobie prawo do przegranej, a zobaczysz, że pójdzie Ci rewelacyjnie!

]]>
https://biegamwgorach.pl/daj-sobie-prawo-do-porazki-i-wygrywaj/feed/ 1
Odważ się i zrób jeden krok! https://biegamwgorach.pl/odwaz-sie-zrob-jeden-krok/ https://biegamwgorach.pl/odwaz-sie-zrob-jeden-krok/#comments Mon, 08 Aug 2016 08:18:14 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=5040 Czasami wystarczy zrobić tylko jeden krok w stronę wymarzonego celu i to wystarczy, by go osiągnąć, bo pozostałe dziewięć kroków mogą zrobić inni, a ten nasz pierwszy jest niezbędny, żeby rozpocząć cały proces.

Śniło mi się, że mnie okradziono. Złodzieje weszli przez okno i ukradli komputer stacjonarny i telewizor (ciekawe, bo to rzeczy, których akurat nie mam). Brat i tata byli przeciwni wzywaniu policji,  twierdząc, że to nic nie da. Upierałam się jednak, że warto, nawet jeśli nie wierzyłam, że to ma sens. Dla siebie, w imię własnego przekonania. Próbowałam ich przekonać w ten sposób: załóżmy, że aby coś się zadziało (np. złapanie złodzieja) potrzebne jest dziesięć kroków. Ja mogę zrobić tylko jeden lub żadnego. Ale ktoś inny może zrobić dziewięć pozostałych. Czasami wystarczy więc tylko jeden krok, żeby dać szansę jakiejś nowej rzeczywistości lub osiągnąć określony cel.

Kiedy mając 27 lat postanowiłam odejść z etatu w kancelarii i bardzo chciałam już pracować na własny rachunek, po prostu to zrobiłam, nie mając żadnego konkretnego planu. Odeszłam z firmy, zrobiłam jeden krok. Wtedy dopiero, gdy cale dnie miałam wolne od pracy i obowiązków i mogłam się porządnie wysypiać, oczy otworzyły mi się na różne możliwości. Spotykałam się ze znajomymi, którzy mają swoje firmy i z tych spotkań powstały pomysły, które przeszły moje najśmielsze oczekiwania!

Tak samo było z przeprowadzką w góry. Gdy już podjęłam decyzję, nie martwiłam się o pracę czy klientów, nie miałam sprecyzowanego planu, co dalej. Zrobiłam jeden krok – a było nim w zasadzie podjęcie decyzji – i wierzyłam, że się uda.

Zazwyczaj jest tak, ze na początku nowej drogi w życiu możesz zrobić tylko jeden i aż jeden krok, bo dalszej drogi po prostu nie widzisz: podjąć jakąś ważną decyzję, uśmiechnąć się do kogoś, spotkać się z kimś, pojechać w nowe miejsce. Ale gdy już się odważysz i go wykonasz, roztoczą się przed Tobą nowe horyzonty i wszystko okaże się jasne i proste!

Życie jest jak wędrowanie po górach. Im wyżej się wspinasz, odważasz się na trudną wędrówkę w nieznane, tym więcej widzisz, wyłaniają się przed Tobą kolejne góry i piękne doliny. Początkowo idziesz jednym utartym szlakiem, ale im wyżej jesteś, dostrzegasz w oddali coraz więcej różnych ścieżek i możliwości. Możesz wybrać spośród wielu nowych dróg i iść dalej tą, która najbardziej Ci odpowiada.

Odważ się, wyjdź z domu i postaw pierwszy krok w nieznane!

 

Zdjęcie: Jacek Frąckowiak

]]>
https://biegamwgorach.pl/odwaz-sie-zrob-jeden-krok/feed/ 5
Pasja życia https://biegamwgorach.pl/pasja-zycia/ https://biegamwgorach.pl/pasja-zycia/#comments Sun, 06 Mar 2016 19:24:00 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=4382 Trening w Tatrach. Bystra

Trening w Tatrach. W drodze na Bystrą

Niedawno w biegowej blogosferze rozpętała się burzliwa dyskusja. Pewien wpływowy bloger napisał na swoim fanpagu, że „większość biegających ludzi jest POJEBANA”, „biegający ludzie to w większości osoby, które zamiast zyskiwać zdrowie dzięki bieganiu, zwyczajnie je RUJNUJĄ”, a ci „którzy są ekspertami w branży i prowadzą poczytne blogi, zazwyczaj przechodzą przez poważne kontuzje lub są w ich trakcie”, osoby te „zapomniały o tym, że nasze ciało jest tym, czego powinniśmy bezwzględnie słuchać. Nie trener, nie książka, nie tabelki, nie lajki, nie puchary i trofea!”, a „dzięki swoim błędom, pokazują innym jak nie zrobić tego samego…”

Tą wypowiedzią została urażona znana i lubiana blogerka, poczuła się wywołana do tablicy i trochę pod presją (takie mam wrażenie) opisała ze szczegółami przypadek swojej kontuzji, co trzymała w sekrecie przed swoimi fanami przez wiele tygodni. Przeciążeniowe złamanie kości (nie chce wnikać w szczegóły, nie podaję też nazwisk – celem mojego wpisu nie jest analiza tego pojedynczego przypadku, a jeśli śledzisz blogi biegowe, to znasz te szczegóły). Rozumiem, czemu nie chciała o tym mówić publicznie. Sama przed sobą długo nie mogłam się przyznać, że doprowadziłam się do anemii i niemocy, każdego dnia obwiniałam się, że przez wiele miesięcy bagatelizowałam sygnały i nie robiłam badań kontrolnych. Tym bardziej ciężko jest opowiadać o tym publicznie i czekać na lincz.

Ta dyskusja na naszym polskim podwórku zbiegła się z premierą filmiku o Annie Frost („Paradise Lost”). Jedna z najszybszych ultarsek świata szczerze opowiada swoją historię, mówi, że w pewnym momencie stała się obiektem biegania, bieganie ją określało, bez biegania nie była sobą. Jeśli śledzisz światową czołówkę ultra, to wiesz, z jakimi kontuzjami i chorobami zmagała się ta znakomita biegaczka, do której należy wiele do dziś niepobitych rekordów tras.

Jak można doprowadzić własne ciało do skrajnego wycieńczenia, do przeciążeniowego złamania kości w trakcie zawodów, do anemii, depresji i zupełnej niemocy? I to na własne życzenie?

Trzeba być kompletnym idiotą. Jakże mądrzy są ci, którzy nigdy nie doznali najmniejszej kontuzji!

Pomyślałeś tak? Masz prawo.

Ale prawdopodobnie nigdy nie miałeś pasji. Biegasz dla zdrowia albo dla wyników, ale nie jest to istotą twojego życia.

Czym jest pasja?

Jeśli każdego dnia wypełniają cię myśli o kolejnej życiówce albo wygraniu zawodów, to nie jest to pasja.

Jeśli biegasz i ćwiczysz codziennie z zaciśniętymi zębami, bo chcesz schudnąć albo wyrzeźbić ciało, to nie jest to pasja.

Jeśli biegasz dla zabawy, towarzystwa lub żeby wrzucić fotkę z treningu na insta, to tym bardziej nie jest to pasja.

Czytałeś biografię van Gogha „Pasja życia”? Jeśli tak, to wiesz co mam na myśli, nawet jeśli sam tego nie doznałeś. Nie czytałeś? To może byłeś choć raz w życiu zakochany. Tak na maksa, gdy nic nie liczyło się bardziej od tej drugiej osoby. Teraz zamknij oczy, przestań czytać i przypomnij sobie te chwile.

Pasja to szaleństwo

Biegasz nie dla zdrowia, wyników czy innych racjonalnych i mierzalnych celów. Biegasz, bo czujesz przymus. To jest jak narkotyk. Leśna ścieżka, wokół cisza, spokój, słyszysz tylko swój głęboki oddech i stąpanie po ziemi, szelest liści, zespalasz się z naturą. Chcesz biegać więcej i więcej, każdego dnia wracać do tych odczuć i doznań. Przyjrzyj się życiu najlepszych himalaistów. Czy oni siedząc w namiociku targanym wichurą na 7400 wsłuchiwali się uważnie w swoje ciało i zadawali pytania: „Boli mnie głowa, trzeba wrócić do bazy”? Absurd. Na ich przykładzie najdobitniej widać, jak można być zagłuszonym pasją. A van Gogh? Nie odchodził od sztalugi, póki nie skończył. Samotny, nierozumiany, odrzucony przez społeczeństwo. I tym sposobem tworzył kilka obrazów dziennie, które zachwycają do dziś miliony ludzi. Dzięki pasji człowiek zdolny jest do największych wyczynów, przekraczania kolejnych granic i nieprzestawania w działaniu, tworzeniu, mimo największych przeciwności.

Nie wiem, co siedzi w głowie każdego maratończyka czy ultrasa, który mimo skręconej kostki czy złamanej nogi, nie zamierza schodzić z trasy i kończy zawody, choćby miał wyrządzić sobie największą krzywdę. Może powoduje nim wyłącznie ślepa ambicja i chęć osiągnięcia celu, zdobycia kolejnego trofeum albo pochwalenia się przed innymi, że jest mocarzem, bo nie dość, że skończył ultra, to zrobił to ze złamaną nogą. Być może.

A może kieruje nim coś więcej?

Pamiętam, kiedy rozcięłam kolano i policzek na 9 km maratonu, krew lała mi się strumieniem po nodze, czułam jej smak w ustach, ból był nie do opisania, a ja cisnęłam dalej. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby wykręcić numer alarmowy albo zejść z trasy. Chciałam, by zatkano mi dziurę w kolanie na punkcie odżywczym, bym mogła biec dalej bez utraty krwi. Nie myślałam, że wyrządzam sobie krzywdę, w ogóle wtedy nie myślałam. Zabójcza mieszanka adrenaliny i endorfin sprawiała, że chciałam tylko biec, z całych sił, przeżyć ten bieg jak najlepiej, cierpieć, cieszyć się, czuć ból mięśni, sól na twarzy, pędzić przez góry, malownicze miasteczka i wąwozy, dać z siebie wszystko i mimo wszystko – dobiec do upragnionej mety i poczuć spełnienie.

Nazwij mnie głupią idiotką, która naraża swoje zdrowie i życie. Po mnie to spływa. Tym jest właśnie pasja. To wewnętrzna siła, mus, który każe robić to, co przynosi tak ogromną radość i szczęście, poczucie, że się naprawdę żyje, dochodzi do jakiejś granicy, sensu życia – że jest to silniejsze od bólu i zagłusza świadomość niebezpieczeństwa.

* * *

Osiągam szczyt i upadam bardzo nisko. Podnoszę się, by zdobyć kolejny szczyt, może lepiej, inaczej, mądrzej, może popełniając te same błędy. W ostateczności i tak liczy się tylko to, czy dojdę do istoty człowieczeństwa i poznam piękno świata i życia. Można tego doznać majsterkując, łowiąc ryby, uprawiając ogródek, malując obrazy, spacerując po lesie, oglądając tv (szczerze wątpię, żartowałam), zdobywając ośmiotysięczniki czy biegając maratony i przekraczając swoje granice. A można nigdy tego nie doznać, wegetując całe życie. Wybór należy co ciebie. Ja wolę zdobywać, upadać, cierpieć, czuć euforię, spełnienie, moc, niemoc – doznawać.

trening w Tatrach. Bystra

Trening w Tatrach. Bystra

]]>
https://biegamwgorach.pl/pasja-zycia/feed/ 10
Porzuć schematy i działaj! https://biegamwgorach.pl/porzuc-schematy-i-dzialaj/ https://biegamwgorach.pl/porzuc-schematy-i-dzialaj/#comments Wed, 02 Mar 2016 14:06:28 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=4088 bieganie w Tatrach

Jestem osobą, która do wszystkiego musi dojść sama. Pochodzę z rodziny inżynierów, architektów i osób uzdolnionych artystycznie. Gdy powiedziałam, że chce zostać adwokatem, wszyscy pukali się w głowę. Bez kontaktów?

Po studiach, nie dość, że dostałam pracę w renomowanej kancelarii prawniczej, zdałam na wymarzoną aplikację, później zdałam egzamin adwokacki, to w między czasie udzielałam się w samorządzie, byłam przez dwie kadencje radną Sejmiku Województwa Mazowieckiego i doradcą prawnym Wojewody. Zapierdzielałam wtedy jak mały samochodzik. Wszystko, co osiągnęłam, zawdzięczam własnej ciężkiej pracy, wierze w sens tego, co robię i naiwnym myśleniu, że można robić dosłownie wszystko, jeśli tylko bardzo się chce.

Uwierzycie, że można osiągnąć wymarzone cele bardzo ciężką pracą, włożyć w coś mnóstwo energii i zaangażowania, a później tak po prostu z tego zrezygnować? Wyjechać z miasta, w którym 10 lat pracowało się na własne nazwisko, zejść z tych wszystkich „stołków”, tylko po to, żeby zrealizować jakieś mgliste marzenie?

Nie uwierzycie.

Jeśli myślicie schematami.

Wolność to samodzielność i decydowanie o własnym życiu bez żadnych ograniczeń. Dzisiaj robię to, jutro co innego. Jeśli wszystko zawdzięczam tylko sobie, a nie komuś, kto coś mi „załatwił”, to nie jestem wobec nikogo zobowiązana, żeby trwać przy tym czymś. Nie muszę spełniać niczyich oczekiwań. Sama wszystko kreuję.

Jaki ma to związek z bieganiem? Na tym polu jest podobnie. Nikt mnie nie promuje, nie należę do żadnego klubu, nie stoi za mną żadna wielka marka, przy której mogłabym poczuć się jak gwiazda, i wobec której mam zobowiązania by robić to czy tamto, tak, czy inaczej.

Marzenia, robienie tego, co kocham, dążenie do celu, ciężka praca i wiara, że to co robię, ma sens. To mi przyświeca. We wszystkim.

Pewnego dnia zaczęłam biegać w górach, coraz więcej i więcej. Kilka lat temu znane były w Polsce 3 górskie maratony i 3 biegi ultra. Nie było ani mody, ani klimatu, ani za dużo możliwości startowania w krótszych biegach, na których można by było zaczynać. Od razu trzeba było wskoczyć do głębokiej wody. Pobiegłam kilka maratonów górskich i pomyślałam, że przeprowadzę się do Zakopanego. To marzenie kiełkowało i kiełkowało. I jak wiecie, zrealizowałam je; w dwa tygodnie od podjęcia decyzji, nie znając tutaj nikogo.

Pod koniec 2015 roku wymyśliłam, że chciałabym pobiec w Skyrunning Extreme Series. Wysłałam wiadomość do International Skyrunning Federation (nie wiedziałam, do kogo trafi, może do sekretarki, która to oleje?), napisałam dwa zdania o sobie. Odpisał niejaki Marino Giacometti, że podeśle mi link do zapisów i prześle mojego maila do jakiejś bazy. Nie napisał już do mnie, a ja przegapiłam zapisy na Kima i Tromso (rozeszły się w 5 minut).

Czy mnie to zniechęciło? Byłam jeszcze bardziej zdeterminowana! Napisałam do organizatorów Kima. Przesłali mi formularz zapisów i kazali czekać. Po paru dniach dostaję maila: „Dear Skyrunner
Welcome to the Extreme Series! We’re pleased to confirm you a slot for the 2016 Kima Trophy.”

Ale to jeszcze nie wszystko, za parę dni na mojej skrzynce pojawia się: „Hi Olga,
The ISF have notified us that they have offered you a guaranteed place into the Salomon Glen Coe Skyline.”

Znacie to uczucie, gdy dochodzi się do czegoś własną pracą, samemu się kreuje, wymyśla jak, co i kiedy zrobić i to przynosi efekty? Na pewno, bo też macie takie doświadczenia! To rozpierające poczucie, że świat jest piękny, wolny, a ja mogę wszystko! Nie ma w nim żadnych intryg, konszachtów i rzucania kłód pod nogi.

Niestety są. Nie jestem aż tak naiwna. Ale mnie to nie dotyczy! Robię swoje, według własnych zasad i wartości.

PS. Dopiero pisząc ten tekst, sprawdziłam, kto odpisał na mojego maila w grudniu. Marino Giacometti to twórca skurunningu, założyciel i szef ISF. Może on mnie wtedy jednak wrzucił do tej bazy? 😉

]]>
https://biegamwgorach.pl/porzuc-schematy-i-dzialaj/feed/ 5