maratony górskie – BIEGAM W GÓRACH https://biegamwgorach.pl treningi w Tatrach, bieganie w górach i w terenie, biegi górskie, obozy biegowe w górach, Fri, 04 Mar 2016 10:58:41 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.6.2 Supermaraton Gór Stołowych – zmagania mimo wytrenowania https://biegamwgorach.pl/supermaraton-gor-stolowych/ https://biegamwgorach.pl/supermaraton-gor-stolowych/#respond Sat, 05 Jul 2014 19:28:08 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=3729 Supermaraton Gór Stołowych, super bo wydłużył się w tym roku do 50 km, a urósł do 2200 m, to mój najlepszy do tej pory maraton górski.

Najlepszy, bo:

  • nie miałam problemów żołądkowych
  • nie odwodniło mnie, mimo upału
  • byłam dobrze przygotowania
  • w efekcie odcięło mnie dopiero na 40 km, a nie na 30 jak wcześniej bywało 😉

Maratony górskie w zeszłym roku to były raczej starty testowe z powodu wielomiesięcznej kontuzji wiosną i latem. W tym roku było inaczej, wreszcie bez większych kontuzji. Jedyne zakłócenie przygotowań to rozcięcie kolana podczas maratonu na Gran Canarii (pisałam o tym tutaj) i miesięczna przerwa, potem szybki powrót do mocnych treningów i nabawienie się tzw. gęsiej stopki, która męczyła mnie prawie miesiąc, co zmusiło mnie do ograniczenia treningów. Ale ogólnie mówiąc, od lipca 2013 roku regularnie trenuję, co dla mnie jest wielkim sukcesem. Udało mi się też w ramach przygotowań zaliczyć kilka półmaratonów i innych biegów górskich.

Efekt treningów poczułam, biegłam mocno do 40 km i ku mojemu zdziwieniu na ok 40 km dogoniłam Błażeja. Niestety okazało się, że 9 żeli to jednak za mało, a na izotonik z bufetów nie mogłam liczyć, bo był rozcieńczony. Na ok 35 km zjadłam ostatni żel i na 40 km mnie odcięło. Oczywiście biegłam dalej, ale to już była raczej walka o przetrwanie, dobiegłam jakoś do ostatniego punktu odżywczego na 43 km, a tam tylko ten lipny izotonik. Na Błędnych Skałach już kręciło mi się w głowie i szczerze mówiąc, to bałam się, że się przewrócę, a tu trzeba było biec!

Przed Karłowem wyżebrałam od turystów Powerade’a, zawsze to coś. W Karłowie niósł mnie tłum kibiców, tam dogoniłam innego biegacza, co dodało mi otuchy, zawsze to raźniej pokonać ponad 600 schodów w górę. Biegliśmy, a raczej wchodziliśmy żwawo po dwa stopnie, dodając sobie nawzajem otuchy. Cały czas kontrolowałam, czy nie dogania mnie następna zawodniczka, przecież sporo czasu straciłam na ostatnich kilometrach. Ale kolega zapewniał mnie, że nawet jeśli mnie dogania, to na tych schodach już mnie nie przegoni. W sumie racja, ale i tak parłam do przodu na maksa, na jakiego było mnie w tym momencie stać 🙂 Jak się okazało na mecie, straciłam do Błażeja na tych 10 km aż 10 minut, chociaż miałam wrażenie, że to będzie raczej 30.

Cieszę się, że to mój pierwszy maraton bez problemów z żołądkiem, już wiem, że za poprzednie odpowiedzialny był Powergym Energy Plus. Wiele osób się na to skarżyło, mnie po prostu zatykało, bolał żołądek i nie byłam w stanie zjeść już żadnego żela. Dzięki poradom Błażeja po raz pierwszy tak dużo piłam w trackie startu, na bufecie w Pasterce wlałam w siebie chyba dwa litry. Otoczona wianuszkiem kibiców, którzy robili mi zdjęcia, piłam i piłam. Czy to aż tak dziwnie wyglądało? 🙂 Oczywiście odbiło się to koniecznością dwóch postojów w krzakach, a garmin pokazał nieubłaganie, że czas biegu był krótszy o 4 minuty niż czas całkowity. Zatem postoje na bufetach i krzaki kosztowały mnie aż 4 minuty!

Ten bieg nie byłby też taki wspaniały gdyby nie Tata, który nam kibicował, robił zdjęcia w różnych punktach i podał żele w Pasterce. Wielkie Dzięki! Tato, spisałeś się na medal!

A teraz trochę fotek 🙂

Nocleg już tradycyjnie przy schronisku w Pasterce w namiocie, który trzeba było najpierw rozbić 🙂

Pasterka Maraton Gór Stołowych

Pasterka Maraton Gór Stołowych

Gdzieś na trasie, chyba już druga połowa 🙂

Maraton Gór Stołowych
Stromy i techniczny zbieg po ponad 4 godzinach w nogach to już nie lada gratka 🙂

Maraton Gór Stołowych

Po 40 km. To tutaj dogoniłam Błażeja, który jak tylko mnie zobaczył, przyspieszył 😉

Maraton Gór Stołowych

Ostatni karkołomny podbieg na Szczeliniec upłynął w miłej atmosferze przy olbrzymim dopingu turystów. Tutaj proszę, żeby mi nie robić zdjęć 😉

Maraton Gór Stołowych

Wreszcie finisz. A kto tam się czai z piwkiem? 🙂

Maraton Gór Stołowych

Tuż przed metą trzeba było ostro skręcić w prawo, a pewnie większość osób z tego rozpędu, jak ja, chciała biec prosto 😉

Maraton Gór Stołowych

I na koniec super impreza i dekoracja 🙂

Maraton Gór Stołowych

Następnego dnia obowiązkowe składanie namiotów 😉

Maraton Gór Stołowych

Maraton Gór Stołowych

 

TUTAJ są dostępne wyniki.
Zdjęcia: Jerzy Łyjak, Piotr Dymus

 

]]>
https://biegamwgorach.pl/supermaraton-gor-stolowych/feed/ 0
Transgrancanaria. Start bez mety https://biegamwgorach.pl/transgrancanaria-2014/ https://biegamwgorach.pl/transgrancanaria-2014/#respond Sat, 01 Mar 2014 11:54:08 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=3748 Transgrancanaria

Transgrancanaria A GOAL A DREAM. Zastanawiałam się nad tym hasłem przed biegiem, ale nie przypuszczałam, że będzie ono miało dla mnie tak wielkie znaczenie.

Przygotowania do startu szły mi jak po maśle. Takiego początku sezonu jeszcze nie miałam w całej mojej 3-letniej biegowej przygodzie. Chciałam pobiec super i na maksa możliwości. Chciałam wygrać! I wiedziałam, że mnie na to stać.

Zaczęłam bardzo mocno, ścigając się z inną zawodniczką o prowadzenie biegu (jak się potem okazało zwyciężczyni Nuria Dominguez Azpeleta, 4:03:39). Po wbiegnięciu w okolice Pico de las Nievies (1938 m) zaczął się bardzo trudny technicznie, stromy i kręty zbieg, ok 9 km, na którym zostawiłam Hiszpankę nieco w tyle. Stopy paliły od tarcia o kamienie. Wiedziałam, że będzie ostra walka do samego końca, bo Hiszpanka nie odpuszczała, a za nami na pewno czaiły się kolejne zawodniczki, które widziałam na linii startu.

Gdy teraz o tym myślę, leciałam jak szalona, skakałam po skalach, przecież tak uwielbiam techniczne zbiegi, czułam się świetnie, a wyznaję zasadę, że lepiej nie hamować na zbiegach, żeby nie zajechać czwórek. To co, miałam człapać?

I na tym koniec relacji z biegu… Wyścig skończył się na 9 km, a dokładnie na 12. Ale nie w mojej głowie!

Poślizgnęłam się na płaskiej skale pokrytej piaskiem i upadłam kolanem na ostry kamień z wielkim impetem, ocierając przy okazji policzkiem o inną skałę. Krew trysnęła, a ja szybko poderwałam się do dalszego biegu, mimo wielkiego bólu kolana, nawet nie patrząc, co tam się dzieje.

Ból po jakimś czasie przestał mi dokuczać, martwił mnie upływ krwi, leciała po policzku i z kolana. Obawiałam się, że noga będzie przez to słabsza, że krew zamiast sobie krążyć w nodze, to wylatuje na zewnątrz z cennymi składnikami, których już nie uzupełnię. Tak, takie miałam głupie myśli!

Tymczasem Hiszpanka mnie wyprzedziła i powoli zaczęła się oddalać. Nie ma bata, zaczęłam zbiegać ostrożniej, nie zamierzałam jednak schodzić z trasy, mimo, że miałam wątpliwości jak długo z tą krwawiącą nogą pociągnę w takim tempie. I musiałam odpowiadać na krzyki kibiców: „I’m OK. I’m fine” z uśmiechem na twarzy.

Biegłam tak do 12 km do punktu odżywczego w San Bartolome, gdzie zamierzałam tylko obmyć ranę i czymś ucisnąć. Zobaczyłam wtedy rozwalone kolano, masakra, dziura na 1 cm o długości 3 cm. Służba medyczna usadziła mnie na krześle. Poprosiłam o uzupełnienie bidonów, żeby oszczędzić na czasie. Ale pan sanitariusz mimo moich ponagleń wcale się nie spieszył! Mówię mu, że czas ucieka, żeby się streszczał z tym oglądaniem rany, a on nic, gramoli się, szukając odpowiednich bandaży i płynów do dezynfekcji. Zaczęłam liczyć kolejne zawodniczki przebiegające przez punkt, które zamierzałam gonić, piłam, jadłam, żeby nabrać energii. Myślałam tylko, ile czasu będę musiała nadrobić. A sanitariusz, po opatrzeniu nogi, długo przypatrywał się mojej ranie na policzku, która nawet mnie nie bolała!

W końcu coś mi zaczęło nie pasować, sanitariusze ruszali się jak muchy w smole, a ja liczyłam uciekające minuty. Pytam wreszcie nieśmiało, czy mogę biec? Popatrzyli na mnie zdumieni! Pierwsza moja myśl: po co się w ogóle zatrzymywałam? Ale za chwilę zaczęłam czuć ból, nie byłam w stanie zgiąć nogi, przyszło otrzeźwienie i zderzenie z rzeczywistością… Dotarło do mnie, że to koniec.

Zawieźli mnie karetką do kliniki. Tam lekarze się dziwili, że w ogóle z tą nogą biegłam, myśleli, że karetka przywiozła mnie prosto z trasy. Dostałam zastrzyk i zszyto mi kolano. Płakałam, nie z bólu, wyłam, że nie mogę dokończyć biegu!

Następnie zabrali mnie karetką do szpitala do Maspalomas, gdzie zostałam przepytana o przebieg wypadku przez kliku lekarzy. Miałam narysować jak to wyglądało, bo język zaczął mi się plątać z ilości przeżyć i bólu, a jedni chcieli, żebym mówiła po niemiecku, inni po angielsku, a ja gadałam jakąś mieszaniną. Zrobiono mi prześwietlenie zarówno kolana jak i policzka, czy nie ma tam pęknięć. Na szczęście to tylko tkanki miękkie i za tydzień miałam zdjąć szwy. Dostałam receptę na silne leki przeciwbólowe, doczłapałam do taksówki i do hotelu.

Żal, żal i jeszcze raz żal mam wielki, że tak to się skończyło. Nigdy jeszcze nie miałam tak dobrej formy przed jakimkolwiek maratonem, górskim czy płaskim i chciałam ją tu wykorzystać. Dostałam za to wielką lekcję pokory. Góry to nie przelewki, one zawsze dyktują warunki. Jeśli przegniesz, możesz zapłacić. A może to był po prostu zwykły pech?
Meta pozostała tylko moim marzeniem.

Tak wyglądała ta historia na zdjęciach. Część zdjęć z rekonesansu pierwszej części trasy.

Transgrancanaria Transgrancanaria Transgrancanaria Transgrancanaria Transgrancanaria Transgrancanaria
]]>
https://biegamwgorach.pl/transgrancanaria-2014/feed/ 0