Beskid Sądecki – BIEGAM W GÓRACH https://biegamwgorach.pl treningi w Tatrach, bieganie w górach i w terenie, biegi górskie, obozy biegowe w górach, Thu, 28 Jun 2018 13:10:26 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=6.6.2 Wyszehradzki Ultramaraton im. Prezydenta Lecha Kaczyńskiego 34 km – relacja https://biegamwgorach.pl/34km-relacja/ https://biegamwgorach.pl/34km-relacja/#comments Thu, 14 Sep 2017 07:00:59 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=6514 Wyszehradzki Ultramaraton im. Lecha Kaczyńskiego 34 km - relacja

Miałam nie pisać relacji z mojego ostatniego startu, ale nowa nazwa tak mnie rozbawiła i jednocześnie zasmuciła, że postanowiłam upamiętnić ten bieg na blogu.

O tym, że o nowej nazwie dowiedziałam się w piątek przed startem, pisałam wczoraj. Myślałam początkowo, że to żart i dlatego to zbagatelizowałam. Ale na dekoracji okazało się, że to nie jest żart. Tak, Lech Kaczyński, który jak wiadomo, wiele miał wspólnego z bieganiem i sportem, patronem najbardziej popularnych biegów górskich w Polsce. Pan Zygmunt zapewnia, że nazwa zostanie i dojdą jeszcze nowe. Ciekawe, jakimi imionami, których polityków, zostaną nazwane biegi dla dzieci. I ciekawe, czy też zostanie to ogłoszone 3 dni przed zawodami, żeby wszyscy, którzy mieli się zapisać, zapisali się i porezerwowali noclegi.

No dobra, zostawmy politykę, zajmijmy się bieganiem. Na tym blogu jest już relacja z biegu na 100 km, 64 km, pora na 34.

Nie jestem jakoś specjalnie wytrenowana, ale czułam, że w tempie 6:00 jestem w stanie pobiec, czyli w czasie 3:20-3:25. Skąd niby mogłam to wiedzieć? A no z czasów, jakie robiłam na mocniejszych wybieganiach, czyli w drugim zakresie. Dwa tygodnie przed zwodami pobiegłam trailową dychę na zmęczeniu w 45 minut, potem wbiegłam na Rysy w 2 godziny i 6 minut w dolnej granicy 2 zakresu. Wyglądało to wszystko dobrze, jak na brak trenowania szybkości. O moim treningu w sierpniu pisałam tutaj.

Do Krynicy przyjechałam w piątek po południu. Odebrałyśmy ze znajomymi pakiety. Ciężko było przebić się przez miasto, ciągle jakiś bieg, barierki, brak przejścia na drugą stronę deptaku, potem jeszcze zamknięta ulica, o czym nie było żadnej informacji, widniała jedynie tablica, że droga będzie zamknięta w sobotę. W końcu o 20 udało mi się dotrzeć do pensjonatu i po 21 poszłam spać.

Obudziłam się o 6, jeszcze nigdy tak długo nie spałam przez żadnymi zawodami. W ogóle się nie stresowałam. Zjadłam wafle ryżowe z awokado i masłem orzechowym i pobiegłam na deptak. Miałam 3 km, ale po drodze spotkałam Przemka Barnowskiego i przeszliśmy sobie gawędząc do autokarów, które miały zawieść nas na start.

Start o godzinie 12, a my w Piwnicznej byliśmy już o 11. Bez sensu, ale widocznie tak pasowało organizatorowi. Tłum biegaczy czekał przy punkcie odżywczym, gdzie co chwilę wbiegali i wybiegali zawodnicy z dłuższych dystansów. Słońce grzało mocno i trzeba było chować się w cieniu. Rozmawiamy sobie z Przemkiem o taktyce na bieg. Chciałam pobiec bardzo mocno, sprawdzić, jak to będzie pobiec taki dystans na maksa, a potem zobaczyć, czy mnie odetnie, ile wytrzymałam. Jarałam się na ten start.

No i poszliśmy! (Co ciekawe 15 minut przed planowanym startem, kolejna wtopa organizatora, Marcin Rzeszótko i Bartek Przedwojewski ledwo zdążyli dobiec z rozgrzewki). Tłum biegaczy wybiegł na asfaltową drogę, 200 metrów płasko, po chwili ostro pod górę. I w tym momencie poczułam, że coś jest nie tak. Tętno skoczyło mocno do góry, zaczęłam się w środku gotować. Fakt, było gorąco, ale ja bardzo dobrze znoszę upały. Zrobiłam rytmy na rozgrzewce, więc wysokie tętno nie powinno mnie zaskoczyć.

Jedna po drugiej zaczęły wyprzedzać mnie dziewczyny, a ja nie byłam w stanie przyspieszyć, czułam, że tylko człapię. Myślałam, że to tylko chwilowy kryzys, który niedługo przejdzie. Chwilami przechodziłam do marszu, żeby uspokoić tętno i odblokować nogi. Właśnie, nogi. One były jakby zablokowane, jakby nie dopływała do nich krew. Z czasem przeistoczyły się w dwie kłody drewna.

Gdy stromy podbieg się skończył i wybiegliśmy na betonowe płyty wzdłuż zielonych łąk, próbowałam zmusić się do biegu w tempie 6:00, ale nogi odmawiały, jakby nie były moje i nie słuchały moich poleceń. W lesie, na zbiegach trochę udało się przyspieszyć. Na kamienistym zbiegu do Wierchomli też była ostra mijanka, tutaj już było sporo biegaczy z setki i 64. Ale płaski asfalt w Wierchomli znowu obnażył moją słabość. Miałam przecież dopiero 10 km w nogach, powinnam tutaj zasuwać co najmniej po 4:30! A ledwo człapałam po 5:30-6:00. Myślałam o zejściu z trasy. Wiedziałam już, że wyścig dla mnie się skończył, musiałabym jednak długo czekać na transport. Jak się potem okazało, byłabym w Krynicy dopiero o 17 razem z depozytami. Postanowiłam biec z myślą, że robię już tylko trening.

Ale tak jak w sobotę nie męczyłam się jeszcze na żadnym treningu. Nie ze względu na tempo, ono było wolne! Po prostu ciągnęłam za sobą dwie ciężkie kłody i czułam, jakbym ważyła 10 kg więcej. Na podejściu na Szczawnik wiedziałam, że takie strome podbiegi mogę przetruchtać. Ale nie dzisiaj. Źle mi się podchodziło i źle truchtało. Wymyśliłam więc system, 20 kroków marszem, 30 truchtem. Skupiłam się na liczeniu i czas mijał szybciej. Tym sposobem wyprzedzałam wszystkich po kolei. Tutaj był tłum, dużo więcej osób niż dwa lata temu, gdy biegłam 64 km.

Na zbiegu oczywiście poleciałam szybko, zostawiając innych daleko w tyle. Ale umówmy się, na zbiegu jedyna sztuka, to umieć się puścić. Większość biegaczy tego nie potrafi. A nie musisz nic robić, tylko się puścić i koordynować ruchy, czasami przeskoczyć przeszkodę, umieć zabalansować ciałem na nierównej nawierzchni. Nie trzeba w to wkładać wiele wysiłku.

Najgorszy fragment to podbieg do Bacówki nad Wierchomlą i dalej na Runek. Lekko pod górę, powinnam tutaj zasuwać, a ja zmuszałam się do truchtu. Co chwilę zatrzymywałam się i klepałam nogi, były zdrętwiałe, nie czułam, żeby płynęła przez nie krew. Znowu trochę biegłam, trochę szłam. Tym razem system 50/20. 50 kroków biegnę, 20 idę. To wybijało mnie z monotonii ciągnięcia sztywnych nóg.

Byłam wtedy jeszcze czwarta. Ale zaraz za Bacówką wyminęła mnie dziewczyna. Próbowałam za nią biec, ale nic z tego. Człapałam dalej. Doczłapałam do Runku, wreszcie zbieg. Ale już nawet źle mi się zbiegało. Zaczął boleć mnie brzuch. Jeszcze parę mniejszych podbiegów, na których zmuszałam się, żeby nie przechodzić do marszu. Co ciekawe, nogi mnie nie bolały, po prostu nie mogłam nimi szybko przebierać. Ostatni zbieg na deptak w Krynicy był koszmarem, a na 500 metrów przed metą nie mogłam biec nawet po 5:30. Pamiętam, że biegnąć setkę szybciej tutaj finiszowałam!

Dobiegam w 3 godziny i 46 minut, jako 5 kobieta. Tempo 6:39. Uważam, że i tak dobrze, jak na to, co działo się w tym czasie z moim ciałem. Link na stravie tutaj.

Całe szczęście na mecie spotkałam kilku fajnych znajomych i szybko zapomniałam o cierpieniu. To było fizyczne cierpienie, bo zmuszałam ciało, które nie chciało biec, do wysiłku. Ale większe były męki psychiczne, poczucie, że nie mogę biec tak szybko, jak bym chciała i jestem do tego zdolna.

Znam przyczynę tego stanu. Dziewczyny, Wy mnie zrozumiecie. Byłam dokładnie dzień przed miesięcznicą, tzn. miesiączką. Z reguły wtedy nie biegam żadnych mocnych jednostek. Źle mi się biega nawet 5 km, truchtam po 5:30 i mam ochotę jak najszybciej skończyć trening. Chyba jeszcze nigdy nie trafiłam z zawodami akurat w ten najgorszy dzień, bo nie pamiętam, żeby kiedykolwiek tak źle mi się biegło. No cóż, zawody przeszły do historii, nie udało mi się powalczyć o pudło, ale co jak co, zrobiłam mocny trening. Mam nadzieję, że zaprocentuje.

Jeszcze co jadłam i w czym biegłam.

Jadłam – 7 żeli Squeezy

Piłam wodę na punktach, kolę na ostatnim przy Bacówce

Biegłam w butach Adidas Terrex Agravic Speed*. Lekkie (215 gramów), mało amortyzacji, mały drop, drobny, niski bieżnik, dobrze przyczepna guma Continental. To świetne buty na takie zawody, gdzie jest sporo asfaltu, betonu, szuter, trochę błota i kamieni. Brak amortyzacji może niektórym przeszkadzać na stromych zbiegach. To dobre buty na szybkie, krótkie biegi trailowe.

* Dostaję buty od Adidasa, ale nie mam żadnej umowy, że mam się nimi chwalić. Wspominam o nich, bo to naprawdę fajne, lekkie buty do trailu, wdają się trwalsze od ich siostrzanej wersji Terrex Agravic. Niedługo napiszę o nich coś więcej.

]]>
https://biegamwgorach.pl/34km-relacja/feed/ 3
64 km w górach z uśmiechem na twarzy https://biegamwgorach.pl/64-km-w-gorach-z-usmiechem-na-twarzy/ Fri, 24 Jul 2015 14:15:35 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=2804 64 km Festiwal Biegowy w Krynicy

Bieg 7 Dolin 64 km

Czasami jest tak, że jesteśmy zmęczeni, podchorowani, zwyczajnie nie chce nam się czegoś zrobić, a jednak nam to całkiem nieźle wychodzi.

Czy to jest oznaka doświadczenia, obiegania się w takich startach? Mam tak po 10 latach pracy prawniczej. Nie kręci mnie już ta praca tak bardzo, jak kiedyś, nie jaram się każdą nową sprawą w sądzie i każdą umową, którą trzeba przeanalizować, po prostu robię to, co do mnie należy, czy mi się chce, czy nie chce i zazwyczaj wychodzi lepiej, niż się spodziewałam.

Trochę tak było z moim startem w biegu na 64 km w ramach Festiwalu Biegowego w Krynicy. Nie chciało mi się, na myśl o bieganiu robiło mi się słabo, byłam zmęczona, nie do końca zregenerowana po Biegu Granią Tatr, od tygodnia męczyły mnie zatkane zatoki i ból głowy. W przeddzień startu miałam nawet myśl, żeby przepisać się na krótszy dystans 34 km, ale po pierwsze nie było takiej możliwości, po drugie uznałam, że nie mam jednak na tyle szybkości, żeby ścigać się na krótszym dystansie. Dłuższy zawsze można jakoś „przeczłapać”.

Targana wątpliwościami odnośnie tego startu nie spałam pół nocy, ale ucierpiała na tym najbardziej Justyna, która miała mi pomagać, a przeze mnie też nie mogła się wyspać. O dziwo rano obudziłam się bez zatkanego nosa i bólu głowy. Może organizm potrafi się zmobilizować, mimo, że głowie się nie chce?

Trasę znałam z zeszłorocznego Biegu 7 Dolin. Bieg na 64 km zaczynał się w tym roku w Rytrze i kończył w Krynicy i miał większe przewyższenie w stosunku do ubiegłorocznej trasy na 66 km. W zeszłym roku, biegnąc na 100 km, pierwsze 66 km z Krynicy do Piwnicznej pokonałam w czasie 7 godzin i 20 minut. Oczywiście chciałam pobiec lepiej, najlepiej poniżej 7 godzin. Zamierzałam zacząć w takim tempie, jak rok temu, a za Piwniczną przyspieszyć. W Piwnicznej (ok 30 km) planowałam być mniej więcej po 3 godzinach, a kolejny odcinek z Piwnicznej do Krynicy (34 km) przebiec w 4 godziny. Plan był prosty 🙂

Biegło mi się naprawdę dobrze. Co prawda na pierwszych 2 km asfaltu w Rytrze wyprzedziło mnie ok. 60 osób. Ale to standard, że większość zaczyna bardzo mocno, póki jest w miarę płasko, a pierwszy podbieg weryfikuje miejsce w stawce. Niestety podbieg na Przehybę początkowo jest bardzo wąski, musiałam więc lawirować i wyprzedzać po krzakach i pokrzywach, to z lewej, to z prawej. Dobre 5 km pod górę to ciągłe wyprzedzanie na wąskiej ścieżce. Potem się trochę poluzowało, a ja już do końca biegu przesuwałam się do przodu. Za nawrotką na Hali Przehyba mogłam się zorientować, że jestem pierwszą kobietą i ile mam przewagi nad kolejnymi dziewczynami. Nie zamierzałam jednak za bardzo przyspieszać, aby uciekać dziewczynom, które były kilka minut za mną, trzymałam się własnego planu i tempa.

Na zbiegu do Piwnicznej po nieszczęsnych, dających w kość płytach betonowych, odczułam pierwsze skutki startu w Biegu Granią Tatr, miesiąc wcześniej. Zaczęły boleć mnie kolana i stopy. Dodatkowo pomyliłam trasę z innymi biegaczami i dołożyliśmy ok. 500 metrów. Drobne kamyczki w butach doskwierały niemiłosiernie. Chciałam je wysypać na przepaku w Piwnicznej. Udało się jakoś przetrwać asfalt, tam bolało najbardziej.

Przy punkcie odżywczym był tak niesamowity doping, że przez chwilę myślałam, że to już meta, a przez emocje wszystko zaczęło mi się mieszać. Biec do punktu, czy nie biec, co powiedzieć Justynie, jak wytłumaczyć kwestię butów (chciałam je zmienić). Przez to wszystko spędziłam tam dobre kilka minut. Do punktu wbiegłam w czasie ok. 3 godz i 10 minut (miały być 3 godz) a wybiegłam z czasem ok. 3 godz. i 2o minut. Uzupełnianie wody, pakowanie żeli i tłumaczenie Justynie, żeby do punktu w Wierchomli wzięła z auta moje asfaltowe startówki, tak mnie pochłonęło, że w ostateczności nie wysypałam kamieni z moich minimalistycznch butów, a na tym zależało mi przecież najbardziej. W efekcie kolejne 10 km biegło mi się okropnie. Ale biegłam i dalej wyprzedzałam.

W Wierchomli wypatrywałam Justyny z butami jak objawienia. Gdy na poboczu zobaczyłam moją czerwoną Yariskę, poczułam ulgę. W punkcie byłam mniej więcej po godzinie, tak jak ustalałam z Justyną. Czekała mnie tu jednak kolejna przerwa na zmienianie butów, przekładanie chipa… Wiedziałam już, że przez te postoje 7 godzin ciężko będzie złamać. Jednak jakoś przestało mi na tym zależeć i po prostu chciałam cieszyć się biegiem. Dodatkowo po zmianie butów biegło mi się miękko i przyjemnie.

Cieszyłam się, że jestem w stanie szybko podchodzić na stok narciarski pod Szczawnikiem, a potem szybko z niego zbiec. Rok temu biegnąc setkę na tym odcinku umierałam. A teraz mogłam się zmierzyć z tą trasą z uśmiechem na twarzy. Dopingowałam wszystkie dziewczyny biegnące setkę, które mijałam. Dopingowałam chłopaków, których spotykałam na podbiegu do Bacówki nad Wierchomlą, którzy się obijali i szli, zamiast biec.

Przed Bacówką zaczęło mi się dziwnie kręcić w głowie i czułam się tak, jakbym miała zaraz zemdleć, dłonie zaczęły puchnąć. Przez chwilę pomyślałam, że mogę tego biegu nie skończyć. Szybko zastanowiłam się, co zrobić. Może to brak elektrolitów? Postanowiłam zjeść trochę soli, która jak na zawołanie znalazła się w punkcie odżywczym przy schronisku. Złapałam pomarańcze i posypałam białym, słonym proszkiem. Czegoś tak okropnego jeszcze nie jadłam! Wciągnęłam jeszcze ostatniego żela i kryzys minął tak szybko, jak się pojawił. Na zbiegu z Runku, 7-8 km do mety wyprzedziła mnie Magda Kozielska (pierwsza w biegu na 34 km), krzyknęła, że kolejne dziewczyny są daleko i żebym biegła swoje, odkrzyknęłam „powodzenia”, po czym straciłam ją z oczu za kolejnym zakrętem.

Zbieg z Runku to była już formalność, chociaż nogi mnie bolały (głównie kolana) i może to się wydawać dziwne, ale szybkie zbieganie po tylu kilometrach potrafi boleć bardziej niż podbieganie. Kolega Kuba, którego poznałam na podbiegu do Bacówki i mobilizowałam do biegu, teraz mnie wyprzedził. Przed Runkiem został z tyłu i chyba sobie gdzieś odpoczął, bo leciał teraz jakieś 4 min/km. To chyba jedyna osoba, która mnie wyprzedziła. Fajnie, bo miałam motywację, żeby go gonić. Do tego jeszcze bardzo fajny doping znajomych na tym odcinku spowodował, że do mety biegłam już jak na skrzydłach!

Suma sumarum mogę powiedzieć, że to mój pierwszy długi bieg, w którym prawie wszystko poszło zgodnie z planem, bez wielkich kryzysów, bez wyczerpania, bez kontuzji, z uśmiechem na twarzy.

Cieszę się też bardzo, że Arturowi Jabłońskiemu doskonale poszło. Przez cały bieg zastanawiałam się, jak mu idzie i czy pobiegnie poniżej 6 godzin. Wygrał z czasem 5:58:37! Gratuluję Trenerze!

Tutaj znajdziecie wyniki.

Tym startem miałam już zakończyć krótki dla mnie sezon ścigania, ale nadal czuję niedosyt, forma rośnie (wreszcie!), więc obrałam sobie za cel jeszcze jeden fajny bieg w trochę wyższych górach. Będę pisać niebawem!

Pozdrawiam z Kościeliska! 🙂

Bieg 7 Dolin 64 km Festiwal Biegowy Bieg 7 Dolin 64 km Festiwal Biegowy 64 km Festiwal Biegowy w Krynicy 64 km Festiwal Biegowy w Krynicy 64 km Festiwal Biegowy w Krynicy ]]>
Pierwsza setka. Trening głowy https://biegamwgorach.pl/pierwsza-setka-trening-glowy-czesc-2/ Thu, 31 Jul 2014 08:16:38 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=2656 Jak przygotować głowę do pierwszej setki?

Książki o ultra czytałam z zapartym tchem zanim jeszcze przyszło mi do głowy, że w ogóle coś takiego będę biec. Czytając je, nawet nie chciałam biegać ultra! Najbardziej przerażał mnie trening, te kilometry w nogach i godziny spędzone samemu na trasie. Nie wyobrażałam sobie długich wybiegań po chodnikach w Warszawie, czy nawet nad Wisłą, gdzie do tej pory biegałam maksymalnie 20 km. Jednak słowa Scotta Jurka, żeby zaprzyjaźnić się z bólem, Kiliana, żeby zjednoczyć się z górami i złapać swój rytm, Deana Karnazes’a, że jeśli nie możesz dobiec do mety, to zawsze możesz się doczołgać i wiele wiele innych przeżyć i rad różnych zaprawionych ultrasów wypełniało moją głowę i inspirowało, gdzieś tam tliła się nieśmiała chęć przeżycia tego samego.

Te wszystkie historie z różnych biegów i przygotowań, te słowa o bólu i cierpieniu, o pokonywaniu własnych słabości, których do końca nie rozumiałam, brzmiały w mojej głowie podczas biegu i bardzo, bardzo pomagały. Gdy nadszedł pierwszy kryzys o 6 rano byłam pewna, że przejdzie. Wszyscy przecież mówili, że kryzys zawsze przejdzie, najwyżej przyjdzie kolejny. Gdy na 80 km było już tak strasznie, że nie wyobrażałam sobie, co będzie za 20 km, że nie będę w stanie postawić ani jednego kroku na finiszowym deptaku w Krynicy, dodawała mi nadziei opowieść Karnazes’a, który do mety swojego pierwszego ultra doczołgał się na czworaka. „Doczołgam się, ale nie zejdę z trasy”, mówiłam Łukaszowi, który chyba pół żartem, a może na poważnie, widząc mój opłakany stan, sugerował, aby zejść z trasy.

Pomogły mi też słowa Józka Pawlicy, żeby biec dla kogoś i myśleć o tej osobie podczas kryzysu. Nie sądziłam przed biegiem, że tę radę zastosuję i zastanawiałam się, jaki to musi być kryzys, żeby otuchy mogło dodawać myślenie o cierpieniu innych. A jednak. Gdy drogą do Bacówki nad Wierchomlą mogłam już tylko żwawo maszerować, a wcześniej – na treningach – ten podbieg wydawał mi się płaski, do biegu zmobilizowała mnie myśl o ludziach, którzy marzą o tym, żeby przebiec choćby kilometr, żeby wstać z wózka i przejść chociaż parę kroków. Myślałam o nich i… zaczęłam biec. Dla nich. To pomogło.

Gdy o tym teraz myślę, dochodzę do wniosku, że to nieetyczne: wykorzystywać cierpienie chorych osób, żeby pomóc sobie podczas biegu, który jest przecież tylko zabawą, spędzaniem wolnego czasu. Uważam, że nigdy nie biegnie się dla innej osoby (chorej czy zdrowej). Biegniemy dla siebie, biegniemy, żeby przeżyć przygodę, poznać siebie, możliwości i ograniczenia własnego organizmu, zdobyć medal, poczuć się lepiej, pokonać kolejne niemożliwe. Dodawanie ideologii, że biegnę dla kogoś, pomaga tak naprawdę tylko mi, a nie tej cierpiącej osobie.

Nie mniej jednak, bez tych wszystkich metod oszukiwania własnej głowy i ciała, wmawiania sobie, że można, jeśli już nie można, tłumaczenia sobie, że jest super i cudownie i że przecież kocham biegać, kiedy ciało i umysł mówią dość, bez względu na to, jak te metody oceniamy, przebiegnięcie pierwszego ultra mogłoby stanąć pod znakiem zapytania.

Poza tym czytanie książek o bieganiu, jest dla mnie tak samo przyjemne, jak bieganie, i jest inspirujące. A przy okazji przygotowuje psychikę do ciężkich treningów i startów.

Najwięcej zaległości czytelniczych można nadrobić, kiedy złapie nas kontuzja. Po upadku na Kanarach wreszcie znalazłam czas na czytanie.

Doceńcie znajomość trasy

W ramach przygotowań do ultra bardzo ważne jest poznanie trasy. Z punktu widzenia moich dotychczasowych startów myślę, że nie jest to tak istotne przy półmaratonach czy nawet maratonach górskich, które kończy się w 4-5 godzin i nim człowiek się obejrzy, jest już na mecie. Jeśli jednak biegnie się 10-12, czy w dłuższych ultra nawet 20-40 godzin, brnięcie samemu, z bólem, w nieznane, staje się jeszcze większym wyzwaniem.

Wyobrażacie sobie, że stoicie na starcie biegu przez góry trwającego 17 godzin i nie wiecie, co Was czeka na trasie. Nie wiecie, jakie będą miejscowości po drodze i gdzie będą zlokalizowane punkty odżywcze, nie wiecie, kiedy skończy się ten koszmarny podbieg, albo zbieg po luźnych kamieniach, kiedy wybiegniecie wreszcie z tego ciemnego lasu lub kiedy wbiegniecie do lasu, gdy z nieba leje się żar?

Nikt mi tego nie doradzał, ale pamiętałam opowieści Scotta Jurka, który trenował na trasie Western States i dlatego postanowiłam przebiec trasę Biegu 7 Dolin. Wybrałam połowię kwietnia, gdy już robiło się ciepło (10-15 stopni) i zaczynałam już biegać po zagojeniu się kolana. W 9 dni przebiegłam 95% trasy. Niektóre odcinki nawet parę razy. W sumie zrobiłam w tym czasie, z plecakiem, przemieszczając się od schroniska do schroniska 230 km. Niezły trening. A przy okazji poznałam piękny Beskid Sądecki, przepiękne wschody i zachody słońca i cudne widoki łagodnych gór z Tatrami w tle.

Trasę biegu pamiętałam więc niemal na pamięć, wiedziałam, kiedy będzie podbieg a kiedy zbieg, gdzie będzie asfalt, a gdzie kamienie i błoto. Gdy na końcówce, 95 kilometrze, Łukasz irytował się i wściekał, kiedy wreszcie wybiegniemy z lasu i gdzie ta Krynica, ja znając szlak byłam spokojna i łatwiej było mi ostatkiem sił pokonać te ostatnie kilometry. Panika na końcówce, gdy człapie się resztkami sił, to chyba najgorsze rozwiązanie. Znajomość trasy bardzo pomaga, dodaje pewności siebie. W trudnych momentach, gdy w pamięci mamy ten sam szlak przebiegnięty na treningu, bez bólu i z uśmiechem na twarzy, łatwiej oswoić się z bólem.

Pozostałe odcinki

 

Profil trasy - Bieg 7 Dolin

Profil trasy – Bieg 7 Dolin

Beskid Sądecki - rekonestans trasy Biegu 7 Dolin

Zbieg do Piwnicznej

rekonesans trasy Bieg 7 Dolin

Fragment trasy. Hala Łabowska

]]>
Pierwsza setka. Przygotowania https://biegamwgorach.pl/pierwsza-setka-przygotowania-czesc-1/ Wed, 30 Jul 2014 07:04:20 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=2624 Supermaraton Gór Stołowych

Supermaraton Gór Stołowych, 50 km, +2200 m to mój najdłuższy bieg przed pierwszą setką

Zbliża się Bieg 7 Dolin, postanowiłam odświeżyć sobie przygotowania sprzed roku i zmagania na trasie mojej pierwszej setki.

Może i Wam się to przyda, jeśli szykujecie się na swoje pierwsze ultra.

Cały serial składa się z 5 odcinków. Zaczynam od przygotowań.

Skąd pomysł na 100 km?

Tego startu nie powinno być. Czułam, że 100 km i +4500 m przewyższenia to po 3,5 roku biegania za wcześnie. I fizycznie i psychicznie. Wiedziałam, racjonalnie rozumując, że mogłabym w tym roku pobiec 70-80 km, ale nie 100. I tak się okazało podczas biegu. 20 dodatkowych km, wydaje Ci się, że to tak niewiele? Na biegu ultra to wieczność, podczas której wszystko może się zdarzyć.

Dlaczego jednak zdecydowałam się pobiec? Jako mój pierwszy, w pełni zaplanowany debiut w ultra wymyśliłam sobie Bieg ultra Granią Tatr w 2015 roku. Jakoś tak spontanicznie, nie znając nawet za bardzo trasy i jej trudności (biegałam wtedy w Tatrach tylko zimną, głównie po dolinkach). Ale niestety zaostrzono warunki startu i okazało się, że trzeba mieć 3 pkt w maksimum dwóch biegach, czyli jeden start punktowany na 2. Przeanalizowałam wszystkie biegi z listy i za 2 pkt były tylko same setki… No cóż…

Termin wrześniowy Biegu 7 Dolin najbardziej mi odpowiadał. Dodatkowo wygrałam pakiet na Festiwal Biegowy za 2 miejsce w Biegu Pamięci na 10 km w Warszawie, zatem wybór był prosty, padło na Krynicę. Od początku jednak czułam, że to nie będzie mój wymarzony debiut w ultra, tylko jako takie przebiegnięcie.

Po biegu nadal uważam, że było za wcześnie na ten start. Myślę, że aby dobrze pobiec setkę nie wystarczy przebiec kilku czy nawet kilkunastu maratonów górskich (chyba, że jest się Salazarem, zawodowcem, a nie amatorem, który biega od 3 lat, albo ma się przeszłość sportową i wytrzymałość z innych dyscyplin np. rajdów przygodowych czy skitourów). Typowy amator, którego jestem przykładem, który po trzydziestce wstał zza biurka i zaczął się ruszać, nie powinien po przebiegnięciu maratonu od razu rzucać się na 100 km w górach. Powoli, najpierw maratony górskie, potem 50-60 km, potem 70-80, tak, aby organizm stopniowo przyzwyczajać i uczyć długotrwałego wysiłku, a także stopniowo modyfikować trening i zwiększać objętość. Ponadto mając doświadczenie ze startów na 70-80 km lepiej poradzicie sobie z dobraniem tempa biegu, zwłaszcza na początku. Z tym mają problemy zwykle debiutanci, którzy potem słono płacą za swój zbytni zapał na pierwszych kilometrach. Ja wystartowałam w setce niewiele zmieniając mój dotychczasowy trening, a brak doświadczenia na dystansach 70-80 km dał się we znaki, i to bardzo…

Jak trenowałam?

Trening z myślą o przebiegnięciu 100 km zaczęłam już na początku 2014 roku, kiedy powoli przyzwyczajałam się do myśli, że tę setkę jednak pobiegnę, chociaż do końca nie byłam tego pewna. Moja pewność bardzo zmalała a nawet spadła do zera, gdy 1 marca na biegu Transgrancanaria rozcięłam kolano. Wymusiło to miesiąc przerwy w bieganiu a potem bardzo powolny powrót do treningów z bólem kolana. Tak naprawdę biegałam dużo w styczniu i lutym (w Gorcach i Tatrach) a potem stopniowo od kwietnia – pierwsze długie bieganie w Beskidzie Sądeckim (wyprawa z Forrestem przez cały Beskid) i Górach Świętokrzyskich. Do lipca moje najdłuższe wybiegania w górach to 37 km. Poza tym robiłam biegi ciągłe i crossy w drugim zakresie. W maju trochę pauzowałam, przeciążyłam prawe kolano, oszczędzając lewe (te rozcięte). A od czerwca znowu zaczęłam mocniejszy trening.

Do treningu zaliczałam też starty w górach – od końca maja do końca sierpnia przebiegłam treningowo 4 górskie półmaratony (Półmaraton Mustanga, Perły Małopolski: Szczawnica, Rabka Zdrój i Zawoja), Bieg Sokoła w Tatrach i dwa maratony (Supermaraton Gór Stołowych i Złoty Maraton w randze Mistrzostw Polski), na których testowałam sprzęt i odżywianie.

Myślę, że starty w górach na krótszych dystansach niż docelowy, oczywiście z zachowaniem umiaru i odpowiedniej proporcji treningi/starty, dobrze przygotowują do większego wyzwania, zwłaszcza, jeśli można biegać o różnych porach dnia i w różną pogodę. Ja startowałam i w upał i w chłodne deszczowe dni po zabłoconych górskich szlakach, a wszystkie te warunki wystąpiły podczas Biegu 7 Dolin.

Poza zwykłym treningiem jak do maratonu (głównie biegi ciągłe w 2 zakresie, do czego zaliczam też półmaratony biegane w 2 zakresie), robiłam długie wybiegania w górach, w styczniu i lutym do 2-3 godzin, potem po 4 godziny, a w lipcu i sierpniu już w Tatrach po 6-8 godzin i ze sporym przewyższeniem +2500-3300 m. Dwa tygodnie przed startem pobiegłam treningowo półmaraton w Zawoi, a tydzień przed startem wybieganie w Tatrach 3 godz. +1.300 m. Przez ostatnie dwa miesiące przed startem biegałam ponad 100 km i +5000 m tygodniowo, wszystko w górach, nie licząc paru treningów na stadionie.

Czułam się dobrze przygotowana, wiedziałam, że na 8 godzin biegnięcia non stop po górach jestem gotowa (tyle miała moja najdłuższa wycieczka w Tatrach z przewyższeniem + 3.300 m, po której czułam się bardzo dobrze i mogłam jeszcze swobodnie biec bez bólu). Intuicyjnie przeczuwałam jednak, że po 8 godzinach na trasie czeka mnie wielka niewiadoma.

Z perspektywy czasu i doświadczenia po przebiegnięciu Flexistav Bieg Granią Tatr uważam, że zdecydowanie lepiej jest pobiec 100-km bieg, będąc nie dotrenowanym, niż przetrenowanym. Zeszły rok był dla mnie bardzo mocny. We wrześniu byłam już lekko przetrenowana, miesiąc przed startem robiłam mocne 12-km biegi ciągłe w 2 zakresie i bardzo długie wybiegania w Tatrach. 6 dni przed startem również zafundowałam sobie mocny trening w górach, z bardzo szybkim zbiegiem z Wołowca, po którym mięśnie czworogłowe miałam jak galaretki. Ból kolana, a potem problem z rozcięgnami podeszwowymi w trakcie startu w Krynicy i jeszcze przez miesiąc po nim – to efekt zbyt mocnych treningów. No i miałam już wtedy niską hemoglobinę (skoro już w maju poziom był poniżej normy, to we wrześniu, po mocnych startach i treningach, bez żadnej suplementacji ani zmiany diety, nie mogło być lepiej).

W następnej części przeczytacie m.in. o tym, jak ważny jest trening głowy i jak to się robi oraz co daje dobra znajomość 100-kilometrowej trasy.

I jeszcze parę fotek wspominkowych 🙂

Finisz Złotego Maratonu. Fot. Błażej Łyjak. Start o godz. 11 w upał

Finisz Złotego Maratonu. Start o godz. 11 w upał

MP w maratonie górskim. Złoty Maraton w Lądku-Zdój. Fot. Błażej Łyjak

MP w maratonie górskim. Złoty Maraton w Lądku-Zdój. Fot. Błażej Łyjak

Bieg Sokoła w Tatrach

Bieg Sokoła, 16 km, +1100 m. Start odbył się zaraz po mocnej ulewie o godz. 15

Następne części

]]>
Krynica – Łabowska Hala https://biegamwgorach.pl/krynica-labowska-hala/ Sat, 19 Jul 2014 17:13:30 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=5840 1. dzień. Krynica –  Schronisko na Jaworzynie Krynickiej

Wyruszamy po przygodę przez Beskid Sądecki! Forek i mój cały ekwipunek.

wyprawa w Beskid Sądecki, Krynica

Ruszyłam około godziny 15 zostawiając auto w garażu (istny przypadek). Czerwonym szlakiem przez Czarny Potok, 10 km z gubieniem się. Pogoda idealna, ciepło, trochę słońca. Zdecydowałam się jednak wziąć minimusy, New Balance WT10. Biega się dobrze, choć ciężko się przyzwyczaić do 8 kg balastu na plecach. Zabrałam zrobione wcześniej kulki orzechowo-daktylowe i kokosowo-kakaowe, 1 kg bananów, dla Foresta nic. Ale plecy i tak bolały.

W schronisku nie było nikogo, turyści pojawili się dopiero wieczorem i w sobotę. A jednak nie wszyscy siedzą w święta przy stole! 🙂

Do jedzenia mogłam dostać tylko pierogi z mięsem, więc podziękowałam i wzięłam piwo, a Forest dostał gratis pół kg pieczonego schabu i parę suchych kromek chleba ze smalcem ze skwarkami – w Wielki Piątek!

2. dzień. Łabowska Hala

Rano nieplanowana wycieczka do Krynicy. Doszłam do wniosku. że przez najbliższe 3 dni nawet jak zbiegnę do jakiegoś miasteczka to nic nie kupię (Święta!), postanowiłam więc pobiec do auta po zostawione tam zapasy – 2 kg suszonych owoców i orzechów i 1 kg bananów, zabrałam też 2 kg suchej karmy dla Foresta. Będziemy jechać na tym samym wózku 😉

Pobiegłam zielonym szlakiem przez Przełęcz Krzyżową, wróciłam czerwonym przez Czarny Potok. No i wyszedł nieplanowany trening z rana 16 km.

Po godzinie 12 ruszyłam już z 9 kg plecakiem do Schroniska na Hali Łabowskiej, zaczęło padać, ale jakoś mnie to nie wzruszyło, a Forest był wręcz zachwycony i zaliczał każą kałużę 🙂 Niestety zostawiłam w schronisku rękawiczki, więc był powrót i wyszło w sumie 13 km.

W schronisku generalnie pustki, ale pojawiają się a to rowerzyści, a to piesi turyści.

  • link do trasy – 16,5 km, +850 m – Jaworzyna Krynicka – Krynica – Jaworzyna
  • link do trasy – 13 km, +300 m – Schronisko na Jaworzynie Krynickiej – Schronisko na Hali Łabowskiej

* * *

W drodze na Jaworzynę Krynicką.

wyprawa w Beskid Sądecki, w drodze na Jaworzynę Krynicką

Beskid Sądecki. Schronisko na Jaworzynie Krynickiej

Moje świąteczne zapasy.

wyprawa w Beskid Sądecki, zapasy

W drodze na Halę Łabowską. Tak wyglądała większa część trasy, tylko Forest był zadowolony 🙂

Beskid Sądecki, w drodze na Halę Łabowsk

Odpoczynek przy małym świerczku i z fajnym widokiem na Beskid Niski 🙂

Beskid Sądecki, w drodze na Halę Łabowską

W kompresach i minimusach biega się bardzo dobrze 🙂

Beskid Sądecki, w drodze na Halę Łabowską

Forest wie, gdzie jest najlepsze miejsce 😉

Schronisko na Hali Łabowskiej

Schronisko na Hali Łabowskiej. Mój dom przez najbliższe dwie noce.

Schronisko na Hali Łabowskiej

]]>
Pierwsza setka. Niekończący się kryzys https://biegamwgorach.pl/pierwsza-setka-niekonczacy-sie-kryzys-czesc-4/ https://biegamwgorach.pl/pierwsza-setka-niekonczacy-sie-kryzys-czesc-4/#comments Wed, 09 Jul 2014 14:31:00 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=2699 Bieg 7 Dolin ultramarton 100 km

Radość na mecie. Bieg 7 Dolin

Z Piwnicznej do Wierchomli

Zaczyna się robić gorąco a przede mną stromy podbieg do Łabowej po płytach. Spotykam mocnego zawodnika w spodenkach Salomona. To Krystian Ogły, chory, krew leje mu się z nosa. „To dopiero masakra” – myślę sobie. Maszerujemy chwilę razem pod górę, po czym gdy robi się bardziej płasko, Krystian mi ucieka. Jest dopiero 70 km, a ja czuję, że tak łagodny podbieg, który na początku biegu był dla mnie niezauważalny i który pokonywałam w tempie 5:00, staje się dla mnie wyzwaniem.

Upał zaczyna doskwierać, kompletnie opadam z sił, których miałam jeszcze tak wiele na zbiegu do Piwnicznej. To znaczy mam energię, ale nogi nie chcą biec. Zaczynam iść po prawie płaskim terenie. Za sobą słyszę stukane kijków. Doganiają mnie „maruderzy”, to mi uświadamia, że jest ze mną naprawdę źle. Do tego dochodzi kolejny kryzys mentalny. Świadomość, że jeszcze ponad 4 godziny człapania albo i więcej, jeśli nie pokonam kryzysu, staje się nie do zniesienia. Staram się odgonić te myśli i skupić na biegu. Próbuję biec, udaje mi się to i znowu doganiam Krystiana.

Czuje się jednak coraz gorzej, nie mogę już przełknąć żadnej kulki, na myśl o słodkim smaku robi mi się niedobrze. Nie jestem jednak odwodniona i nie mam zawrotów głowy ani wymiotów (co zdarzało mi się nieraz na maratonach górskich). W krzakach byłam już 6 razy, bardzo dużo piłam i jadłam. Wiem, że ten kryzys to zmęczenie mięśni, to zmęczenie organizmu po 8 godzinach mocnego napierania. Może to jednak było za szybko?

Wiem już, o co chodzi. Właśnie zaczęła się moja pierwsza setka, moje pierwsze ultra, w tym momencie, po 8 godzinach i 70 km zaczyna się prawdziwy wyścig, wyścig z samą sobą, z własnymi ograniczeniami, z bólem, łzami i zwątpieniem. Jeszcze do 70 km myślałam o rywalkach i o tym, że za nic nie dam się żadnej przegonić, że nie oddam tego 2 miejsca choćby miało boleć jak diabli. Teraz jestem w piekle. Boli strasznie, takiego bólu jeszcze nie znałam, nie mam pojęcia, co z tym bólem zrobić. Teraz już mnie nie obchodzi, że wyprzedza mnie właśnie Żaneta Bogdal, biegnąc pod górę tak lekko jak piórko, ledwo dotykając czubkami palców do ziemi. Rywalki nagle przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Jestem tylko ja i mój ból. Rozcięgno podeszwowe w prawej stopie pali jak ogień, zbiegi stają się koszmarem. „Kiedy się to skończy? Jak dotrwam do mety?”

Z wielkim bólem zbiegam po ostrych kamieniach do Wierchomli, każdy krok w dół to dla mnie olbrzymie wyzwanie. Ten zbieg, pod względem trudności, nie ma nic wspólnego z tymi, które trenowałam w Tatrach, jednak zmęczone ciało ma już tego serdecznie dość. W Wierchomli jest asfalt, prawie płasko. Widzę przed sobą Żanetę, która biegnie swobodnie, jakby wyszła właśnie na sobotni jogging. Ja próbuję biec głową, zmuszam się ostatnimi podrygami woli, poczucie wstydu nie pozwala mi przejść do marszu na tym płaskim odcinku. Odwiedzam poboczne krzaki, omal się nie przewracam ze zmęczenia i nie ląduję w pokrzywach. Myślisz, że jest ze mną źle? Jest tragicznie! Takiej słabości się nie spodziewałam!

Doczłapuję się cudem do punktu w Wierchomli, gdzie znajduje się trzeci przepak. Biorę tylko 2 żele i colę. Na przeklęte, słodkie i lepiące się kulki daktylowo-orzechowe nie mogę już patrzeć. Ten wynalazek nie zdał egzaminu, zamiast dodawać energii, napawał mnie obrzydzeniem. W punkcie czeka na mnie Łukasz (który chciał pobiec w 10 godzin), nawet go o nic nie pytam, po minie widzę, że jest źle, bardzo źle. Daję mu jedną colę i ruszamy razem. Z nim jest jeszcze gorzej, ledwo truchtamy po płaskim, a zaraz zacznie się ostatnie, strome podejście po stoku narciarskim pod Szczawnikiem. Z nieba leje się żar.

Piekło pod Szczawnikiem

Nie bolą mnie czwórki, nie bolą pośladki, po prostu nie mam zupełnie siły, żeby wdrapywać się pod górę. Idę zygzakiem, żeby było trochę łagodniej i z humorem radzę Łukaszowi to samo. Staram się robić dobrą minę do złej gry, wnieść trochę śmiechu do tej beznadziejnej sytuacji. Poruszamy się dosłownie jak muchy w smole! Chce mi się płakać, chce mi się wyć z bólu. Ale nie mam siły wykrzesać z siebie nawet jednej łzy, nie mam siły na nic. Marzę o tym, żeby wskoczyć na krzesełko wyciągu nad naszymi głowami, marzę o tym, żeby to piekło się wreszcie skończyło. Słońce pali jeszcze bardziej. „Czy tak wygląda piekło?” A przecież jesteśmy tu z własnej, nieprzymuszonej woli, dla hobby, dla przyjemności.

Łukasz co chwilę się zatrzymuje i krzyczy, ja człapię, gdybym teraz usiadła, nie dałabym rady się podnieść. Mijają nas kolejne osoby, też się zataczają. Ktoś siedzi na cudem znalezionym kawałeczku cienia i nie wygląda za dobrze. Łukasz pociesza, ze jeszcze tylko 17 km, czyli takie nic, krótkie wybieganie. Dobry żart. Dla mnie te 17 km w tamtej chwili wydaje się wiecznością, wiecznością spędzoną w piekle, upale i bólu, który nie ma granic. Nie mylę się, na zbiegu boli jeszcze bardziej. Przeciążone rozcięgno, które bolało już na zbiegu do Wierchomli teraz napina się jeszcze mocniej, każdy krok w dół to uczucie gwoździa wbijającego się w stopę. Zaczynam ryczeć, łzy lecą po mojej słonej od potu twarzy, panikuję, poddaję się.

Łukasz na zbiegu jest przede mną, co chwilę się zatrzymuje i czeka na mnie. Widząc mój opłakany stan sugeruje, żeby zejść z trasy. DNF? Nie, to nie dla mnie, ja jestem twarda. Doczołgam się do mety na czworakach, ale przy moim nazwisku nie będzie DNF. I muszę mieć te cholerne 2 punkty na Bieg ultra Granią Tatr. Po to tu przyjechałam.

Zaczynam się bać, co będzie się działo w dalszej części trasy. Wiem, że do Bacówki nad Wierchomlą będzie podbieg, z którym jakoś dam sobie rade, ale na ostatnim 8-km zbiegu z Runku po prostu będę szła. Ta świadomość mi nie pomaga. Jeśli będę szła jeszcze ponad 15 km, to znaczy, że spędzę w piekle jeszcze 3-4 godziny. 12 godzin staje się coraz mniej realne, ucieka gdzieś w zapomnienie. Przyrzekam sobie, że to moja ostatnia setka, spróbowałam, zobaczyłam, jak to jest i nigdy więcej się w to nie bawię.

Długa droga do Bacówki

Do Bacówki nad Wierchomlą, 6-km łagodnego, szutrowego podbiegu, idziemy, ledwo powłócząc nogami. Mówię do Łukasza, że to jakaś masakra, idąc tak będziemy na górze za 1,5 godziny. Trzeba natychmiast coś wymyślić! Czekam na cud, który sprawi, że nagle przypłyną nowe siły. Niesamowite, 10 godzin temu taki podbieg wydawałby mi się płaski, dziecinnie prosty, a teraz nie jestem w stanie zmusić się do żwawszego podnoszenia nóg.

Moja wyobraźnia snuje wizje, że ktoś podwozi nas samochodem, odpoczywamy na wygodnej kanapie i wysiadamy wypoczęci w Bacówce, zagaduję rowerzystę, żeby pożyczył mi rower. On mój żart bierze na poważnie i podaje mi rower. Odpowiadam żartem, że bardzo chętnie, ale nie dam rady nawet wsiąść na rower, a co dopiero utrzymać na nim równowagę. Doganiają nas kolejni zawodnicy, którym udaje się truchtać. Humor mnie nie opuszcza, sugeruję, żeby się skrzyknąć razem i podjechać stojącą przy drodze ciężarówką. Koledze jednak nie jest do śmiechu, patrzy na mnie dziwnie i nic nie mówiąc rusza do przodu.

Chcę zapomnieć o bólu, udać, że go nie ma, że to tylko wymysł mojego umysłu, wypędzić go z głowy raz na zawsze. Zaczynam śpiewać, że życie jest piękne i kocham bieganie! Pomaga mi myśl o wszystkich ludziach, którzy są uwięzieni na wózkach, nie mogą chodzić, którzy marzą o tym, żeby móc przebiec choćby kilometr, marzą, żeby wstać i przejść parę kroków, poczuć zmęczenie. Tak, są ludzie, których marzeniem jest poczuć zmęczenie! Wtedy uświadamiam sobie, że ja przecież mogę biec! Nie mam sparaliżowanych nóg. Oni nie mogą w ogóle i nigdy nie będą mogli, a ja jestem w stanie to zrobić. Co z tego, że piekielnie boli, ale mam dwie sprawne nogi, zależy to tylko od mojej woli. To pomaga. Zaczynam człapać, a jednak się da! (Parę miesięcy później słuchałam w Trójce audycji o chłopaku na wózku, którego największym marzeniem było poczuć zmęczenie, przejść na nogach 100 km i nie czuć ich z bólu).

Doczłapuje do mnie Łukasz, skupiony, nic nie mówi, to znaczy, że jest z nim bardzo źle. Obawiam się, że w jego głowie kłębią się myśli o zejściu z trasy, ale mu na to nie pozwalam. Poruszamy się w na tyle opłakanym tempie, że 1 km przed Bacówką dogania nas Justyna Frączek, idąc żwawo z kijami. Nie zamierzam się z nią ścigać, oddaję te 3, wymęczone do tej pory miejsce z pełną rezygnacją i pokorą. Jestem pogodzona z tym, że w tym momencie jestem człapakiem. Nic więcej nie jestem w stanie zrobić, nic więcej wykrzesać, mimo, że jestem bojowniczką i zawsze walczę do końca. Ale to jest już walka tylko z sobą i trasą.

Z Runku ze łzami w oczach

Przy Bacówce Łukasz siada, Justyna zatrzymuje się przy bufecie, ja tylko biorę wodę, banana i napieram dalej do przodu. Może jej jeszcze ucieknę? To jednak mrzonki mojego zmęczonego umysłu. Wiem, że największym wyzwaniem będzie dla mnie zbieg z Runku. Za 3 minuty jest już za mną Justyna, mówi, że jeszcze wszystko może się zmienić, żebym się nie poddawała, ale nie mam ani siły, ani woli, żeby podjąć z nią walkę. Znika mi szybko z oczu na zbiegu a potem na podbiegu na Runek. Przed Runkiem dogania mnie Łukasz. Bardzo mnie to cieszy, bardzo nie chcę, aby miał gorszy czas ode mnie. Pytam, czy odzyskał siły, namawiam, żeby leciał własnym tempem, ale on mnie dopinguje i czeka na zbiegach.

Jest lepiej, niż sądziłam, jestem w stanie zbiegać w tempie 7:00, ale mimo dopingowania przez Łukasza, znowu się rozklejam, płaczę z bólu, wyję. Łukasz co chwilę pyta, ile jeszcze, pyta co jakieś 200-300 metrów, jakby minął już kilometr (padł mu już zegarek). On też ma niezły kryzys, choć nie chce po sobie niczego pokazać. Informuję go o naszych postępach, które są opłakane. Mijają nas kolejni zawodnicy, których przed Piwniczną wyprzedzałam. Poznają mnie, dopingują. Podziwiam ich!  Co z tego, że parę godzin temu byłam przed nimi, skoro teraz walczę z każdym krokiem, a oni pędzą jak kozice?

Ultra zaczyna się po 90 km

Łukasz ciągle mnie pogania i czeka na mnie, a ja ze łzami w oczach mówię, żeby leciał swoje. 5 km do mety, a mam wrażenie, że to wieczność, ze ten zbieg nigdy się nie skończy. Mam już 95 km w nogach, lecz głowa nie jest w stanie tego pojąć i cieszyć się, że zostało tylko 5. W głowie przede mną jest nadal setka, piekło i męczarnia. „To jest właśnie ultra, moje ostatnie ultra” – postanawiam po raz kolejny z całą stanowczością.

Zaczyna się burza, robi mi się zimno, a kurtka została w Rytrze. Tempo jest tak wolne, że nie daję rady ogrzać się biegiem. Pioruny walą dookoła, gdy po kałużach i błocie wybiegamy chwilowo z lasu. Lejąca się po mnie woda miesza się z łzami. Boję się, że trafi mnie piorun i będzie to naprawdę moja pierwsza i ostatnia setka. Płaczę, panikuję. Przestaję myśleć o bólu i wyścigu, zaczynam uciekać przed burzą.

Na zakrętach Łukasz znika mi z oczu. Za mną też nie ma nikogo. Zostaję sama i czuję się jak na wojnie, tyle że zamiast bomb walą pioruny, ale moje życie jest tak samo zagrożone, a ja jestem wycieńczona. Przypominają mi się słowa Taty, że bieganie ultra po górach kojarzy mu się właśnie z wojną, tylko to jest męczarnia na własne życzenie i nie ma nic wspólnego z wzniosłym celem, jest zabawą. Chce mi się z tych myśli śmiać i płakać. Mijam wolontariuszkę, mówi, że już tylko 2,5 km w dół i jeszcze tylko powalone drzewa. Jakie znowu drzewa? Nie pamiętam tu w kwietniu żadnych drzew. Doganiam Łukasza, pocieszam, że tylko 2,5 km i jakieś drzewa. Łukasz jest wściekły, pyta gdzie jest ta Krynica, że „ciągle las i las, kiedy do cholery ten las się skończy, niemożliwe, żeby za 2 km była Krynica, skoro ciągle jesteśmy w lesie!” – wrzeszczy. Oj, ma wielki kryzys.

Bieg 7 Dolin

2 km do mety i powalone drzewa. Zdjęcie? Nie, dziękuję!

Za nami już 98 km, a te 2 km nie mają końca. No i pojawiają się drzewa. Usiane w poprzek wąskiej ścieżki. Ledwo stawiam kroki, ledwo podnoszę stopy, żeby nie potknąć się o własną nogę, a teraz mam przebrnąć przez 500 m powalonych drzew? Przełażę przez te drzewa trzymając się rękami, żeby tylko nie upaść, zaczynam się z tego śmiać. Jest mi wszystko jedno. Ale za drzewami jest już naprawdę bliżej niż dalej, świadomość, że jeszcze tylko jeden kilometr czyli jeden procent trasy działa jak narkotyk! Ciągle jesteśmy w lesie i Łukasz się złości, ale ja znając trasę, wiem, że zaraz będzie upragniony, wymarzony deptak przed metą.

Meta czyni cuda

Na zbiegu po błocie przed asfaltem już nie czuję bólu. Uśmiech od ucha do ucha maluje się na mojej twarzy. Cały ból, cierpienie, udręczenie, wymęczenie, mordęga przestają istnieć w jednej sekundzie, nie czuję już gwoździ wbijających się w stopy. Jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. 500 metrów przed sobą widzę metę, po bokach bijący brawo kibice, ich doping niesie mnie w tempie po 4:30, czuję się lekka jak piórko. Niewyobrażalne szczęście, że to już koniec, udało się, nie poddałam się, wytrzymałam całe to piekło, biegłam na finiszu, nie człapałam!

Zaraz za metą Błażej, Tata, Forrest, Łukasz i ja wiem już, że tu wrócę, że to nie ostatnia setka. Wspomnienia z biegu nagle przestają mieć jakiekolwiek znaczenie. Że to ostatnia setka, bo tak bardzo bolało? Wręcz przeciwnie, myślę, że można lepiej, że da się ten ból lepiej pokonać, że da się biec mimo bólu, że wszystko jest w głowie, że następnym razem będę lepiej przygotowana psychicznie i pokonam ból, zanim mnie sparaliżuje, że go oszukam, nie dam mu się zwalić z nóg.

Poznać siebie

To był piękny bieg. Cudowne przeżycie, poznanie swoich granic i możliwości. Cudowne właśnie dlatego, że było tak ciężko. Dowiedziałam się o sobie więcej, niż przez kilka lat życia. Poznałam lepiej siebie, wiem jak zachowuję się w naprawdę kryzysowych sytuacjach, wiem, że mam na tyle sił, żeby wesprzeć nie tylko siebie ale i innych, wiem, że pomaga mi rozmowa z ludźmi, że potrafię zapomnieć o bólu myśląc o cierpieniu i niemocy innych, że w beznadziejnej sytuacji mam poczucie humoru, że się boję, ale mimo strachu nie poddaję się. Wiem, że mogę liczyć na pomoc innych, że nie jestem sama.

Bieganie ultra uczy dystansu, dystansu do świata i swojego życia, do tego, co w życiu mniej istotne i łatwo przemijające, uczy doceniania rzeczy naprawdę ważnych, przyjaźni, zdrowia, piękna przyrody, bliskości kochanych osób, życzliwości, uczy tego, że ból i cierpienie przemijają, a za nimi kryje się coś pięknego, że warto przetrwać najgorsze chwile, aby być naprawdę szczęśliwym, że warto wierzyć w siebie i innych.

I na koniec, wiem, że to zabrzmi jak banał, ale czuję się silniejsza, takie przeżycia dają moc, jeśli przeszło się przez taki ból, nic mnie już w życiu nie złamie!

PS. Dobiegłam z czasem 12:42:30.

Podsumowanie techniczne

w kolejnym odcinku, bo ten przekroczył już wszelkie dopuszczalne normy długości.

Poprzednie odcinki

 

Bieg 7 Dolin

Kibice w Krynicy dopisali

Bieg 7 Dolin

Błażej z Krzychem finiszują razem

Bieg 7 Dolin

Błażej gratuluję Żanecie świetnego biegu, była parę minut za nimi i zajęła 2 miejsce w kategorii kobiet

Bieg 7 Dolin

Dekoracja w kategorii K-30

]]>
https://biegamwgorach.pl/pierwsza-setka-niekonczacy-sie-kryzys-czesc-4/feed/ 4
Pierwsza setka. Ta łatwiejsza większa połowa https://biegamwgorach.pl/pierwsza-setka-ta-latwiejsza-wieksza-polowa-czesc-3/ Mon, 07 Jul 2014 09:05:22 +0000 http://biegamwgorach.pl/?p=2674 Przed startem

Przepaki przygotowane. W każdym po 8 kulek orzechowo-daktylowych, 2 lub 4 żele, po dwie 0,5 litrowe butelki z izotonikiem i cola. Biorę ogromną ilość jedzenia, mam w pamięci odcięcie na Supermaratonie Gór Stołowych i bardzo chcę tego uniknąć. Zamierzam co pół godziny wcinać jedną kulkę lub żela. Teraz się śmieję z tych kulek. Z perspektywy czasu, to nie był dobry pomysł, całkowicie mnie zatkały i nie byłam w stanie wepchać w siebie już nic słodkiego.

Nie biorę do przepaków żadnych ubrań czy butów na zmianę, jak radzą niektórzy zaprawieni w ultra znajomi. Według mnie w biegu na 100 km przebieranie się to tylko strata czasu. Biorę tylko pas biodrowy, a w nim 7 kulek, 2 żele i kurtka na pierwszy odcinek trasy. Kasza jaglana na kolację z musem jagodowym. Wystarczy tylko pójść spać o 18 i obudzić się jak nowo narodzona o 1.30 w nocy. Start o 3 w nocy to dla mnie pierwsze wyzwanie. Nigdy nie musiałam wstawać w nocy, żeby napierać po górach przez ponad 10 godz. Na dodatek nie mogę zasnąć mimo, że nie myślę o biegu i w ogóle się nim nie stresuję. Na nic zdało się przestawianie organizmu przez ostatnie kilka dni i chodzenie spać o 18-19.

Zasypiam w końcu ok. 23 i budzę się o 1 w nocy. Dobre i to. Błażej z Krzychem spali jeszcze mniej, a my z Łukaszem urządziliśmy im wesołą pobudkę. Błażej ledwo wstaje zdziwiony, że musi jeszcze przebiec 100 km, bo właśnie mu się śniło, że już z Krzychem dobiegli. Ten sen okazał się proroczy. Forrest swoim zwyczajem roznosi wszystkim buty po pensjonacie, w nadziei, że ktoś zechce się z nim pobawić w berka. W dobrych nastrojach jedziemy w ciemną noc na start.

 

Kulki orzechowo daktylowe i mus jagodowo-kokosowo-daktylowy. Kulki wzięłam na start

Kulki orzechowo daktylowe i mus jagodowo-kokosowo-daktylowy. Kulki wzięłam na start

Od startu do Rytra

Zaczynam wolno. Powtarzam jak mantrę słowa Marcina Świerca i Błażeja: „jeśli wydaje Ci się, że biegniesz za wolno, to zwolnij jeszcze bardziej”. Wydaje mi się, że wolniej już się nie da! Oddech spokojny, pierwszy zakres. Magda Łączak i Ewa Majer wyrywają do przodu, nawet na nie nie patrzę, biegnę swoje. Gdy wbiegamy do lasu ze zdziwieniem spostrzegam, że większość biegaczy nie ma zwykłych czołówek. Oni mają lampy halogenowe! Po chwili orientuję się, że to jednak z moją czołówką jest coś nie tak. Świeci jakby chciała, a nie mogła. Nie zmieniłam baterii. Pierwsza moja organizacyjna wpadka. Na szczęście pierwsza i ostatnia. Super jak na debiut w ultra. Zbiegam jak pokraka, wpadając w każde błoto i lądując w prawie każdej kałuży, czekając na upragniony świt. Na Jaworzynę Krynicką wchodzi/wbiega mi się bardzo dobrze, aż za dobrze, wyprzedzam wszystkich, którzy uciekli mi na zbiegu ze swoimi czołówkami-halogenami. Noc jest ciemna, nie ma księżyca, widać za to przepiękne gwieździste niebo. Zatapiam się w tej ciemności.

Na zbiegach z Jaworzyny do Hali Łabowskiej próbuję się podczepić do szczęśliwego posiadacza latarki-halogenu, ale wszyscy mi uciekają. Wyprzedza mnie Justyna Frączek. Mijamy się tak parę razy na odcinku do Rytra zamieniając kilka zdań. To trzeci start Justyny na tej trasie, a jej najlepszy wynik to 12:30 i mówi, że chciałaby go poprawić.  Wnioskuję z tego, że nie biegnę za szybko, skoro moim celem jest czas w granicach 12 godzin.

Do Rytra wszystkie podbiegi wydają mi się dziecinnie proste, czego nie będę mogła powiedzieć w dalszej części biegu. Myślę: „Jest dobrze, nawet bardzo dobrze”. Ale wiem też, że wszystko może się jeszcze zdarzyć. I właśnie się zdarza. Za Halą Łabowską wpadam po kostki w wielką kałużę i ląduje na tyłku w błocie, każdy but waży teraz o pół kilograma więcej. „Super – myślę sobie ironicznie – to już najgorsze za mną, teraz będzie tylko lepiej”. Chyba nic gorszego, niż przemoczone buty i cały tyłek w błocie, nie może się już zdarzyć, prawda? Oj, nawet nie wiem, jak bardzo jestem w błędzie!

Bieg 7 Dolin

Biegnący B7D już 3 raz Henio Sobczak (skończył w 10:51). Nie posłuchałam jego rady, żeby wziąć do przepaków ubrania i buty na zmianę

Na zbiegu do Rytra zaczynam czuć ból w lewym kolanie pod blizną, który rozprzestrzenia się na bok kolana. Nie zamierzam jednak schodzić z trasy, ale nie jest to dobry prognostyk na jeszcze ponad 60 km biegu… Pożyczam tabletkę przeciwbólową od poznanego biegacza i pocieszam się, że będzie dobrze. Jednak ból mnie spowalnia. Na pierwszym przepaku w Rytrze Justyna znowu jest tuż za mną.

W punkcie pomaga mi Tata i sugeruje pełen obaw o moje zdrowie, abym z powodu kolana zeszła z trasy. Odrzucam taką możliwość natychmiast, zanim zdąży zakiełkować w głowie i zasiać wątpliwości. Tym bardziej, że dowiaduję się, że Ewa Majer zrezygnowała, a ja jestem teraz drugą kobietą, za Magdą Łączak. To mnie uskrzydla. Postanawiam walczyć do końca, nawet jeśli miałabym to okupić kontuzją trwającą do końca sezonu. W Rytrze mam czas 3:43, lepszy o 17 minut niż planowałam, rokujący na złamanie 12 godzin. Czy to się może udać?

Bieg 7 Dolin

Magda Łączak wbiega do punktu w Rytrze, nawet się tam nie zatrzymując. Fot. Jerzy Łyjak

Bieg 7 Dolin

Błażej w Rytrze w doskonałym humorze. 5 min. przede mną. Jak zwykle dopiero się rozkręca.

No i jest… pierwszy kryzys

Za Rytrem dopinguje mnie Józek Pawlica i biegnie chwilę ze mną. To bardzo pomaga, ale czuję się wtedy jeszcze bardzo dobrze. Dopiero na podbiegu a raczej podejściu na Przehybę dowiaduję się po raz pierwszy, czym jest kryzys. Nie mam nawet 40 km w nogach, a bieg już daje mi się we znaki. Kryzys trzyma mnie od godz. 6 do 8.

Teraz wiem, co znaczy mądrze brzmiące powiedzenie, czytane wiele razy w książkach o ultra, że głowa nie chce współpracować z nogami. Moja głowa robi się ciężka jak ołów i chce iść spać, przerwać bieg i położyć się gdzieś na trawie, mimo, że nogi rwą się do przodu. Zadania nie ułatwia strome, nie kończące się podejście, na którym nie da się biec i tempo jest bardzo wolne. Na wypłaszczeniach daje się coś potruchtać i głowa jakby załapuje, o co tutaj chodzi. Cały odcinek do Przehyby przemierzam z poznanym na trasie biegaczem, z którym sobie miło gawędzimy (ostatecznie wyprzedził mnie na ostatnim zbiegu do Krynicy).

Dowiaduję się wtedy, że pierwsza setka jest najłatwiejsza, bo nie wiem, co mnie czeka. Genialne! Powtarzam sobie, że kryzys na pewno minie. A gdy tylko pojawi się słońce, od razu się obudzę. Oszukuję siebie, że to wcale nie z powodu braku snu, tylko jakiś leń mnie złapał. O dziwo to pomaga. Pomaga też myślenie o wszystkich, którzy właśnie wstają z łóżek i zamierzają w tę pięknie zapowiadającą się, słoneczną sobotę, zasiąść przed telewizorem. A my od 3 w nocy napieramy po górach i nie poddajemy się żadnym kryzysom. Tacy z nas mocarze!

Przypominam sobie, kiedy biegłam ten odcinek w ciepły, kwietniowy dzień, z ciężkim, napakowanym jedzeniem plecakiem i Forrestem. Jak wtedy było mi ciężko, jak ten podbieg się dłużył, a ja nie mogłam się doczekać dotarcia do schroniska. Jakże teraz wszystko jest inne… Wtedy było ciężko?

Przed Przehybą na Wietrznych Dziurach, gdy tylko pojawiają się pierwsze promienie słońca, kryzys przechodzi tak szybko, jak się pojawił. Teraz czuję się naprawdę dobrze, mam siły, głowa nie boli. Przed nawrotką mijamy się z Błażejem, który wesoły biegnie już w dół. Wcześniej mijam Łukasza ze zdziwioną na mój widok miną i kilku innych kolegów ultrasów, którym depczę prawie po piętach, myśląc, że to niemożliwe, żebym była tutaj tak szybko! Gdy jestem już za schroniskiem na Przehybie widzę biegnące do punktu dziewczyny: Justyna Frączek, Żaneta Bogdał. Są ok. 5 min za mną, ale nie przejmuję się tym zupełnie.

Do Piwnicznej. Znużenie biegiem

Do Piwnicznej (66 km) biegnie mi się super, znam trasę, podziwiam widoki, jest piękna słoneczna pogoda. Na Radziejową wbiegam, prawie nie zauważając żadnego podbiegu. Zgodnie z planem co pół godziny wcinam orzechowo-daktylową kulkę, w zasadzie połykam je w całości, bo na słodkie nie mogę już patrzeć. Wyprzedzam kolejnych biegaczy, którzy krzyczą, że dobrze mi idzie, żebym biegła dalej spokojnie tym tempem i będę drugą kobietą. Nadaj wszystkie podbiegi pokonuję biegiem.

Na ostatnim 6-km, betonowym zbiegu do Piwnicznej łapie mnie kryzys mentalny. Szczerze? Zaczyna mi się ta zabawa nudzić. A tu jeszcze maraton przede mną! „Ta zabawa jest fajna tylko dla tych, którzy pokonują 100 km w 10 godzin – myślę – jeszcze ponad 4 godziny biegu? Masakra!” Z nudów zagaduję dosłownie każdego mijanego biegacza, pytam o bieg, doświadczenia w setkach, opowiadam swoje przeżycia, już nawet nie pamiętam, co tam plotę, aż jeden z biegaczy mówi wprost, że nie życzy sobie żadnych rozmów podczas biegu i ucieka w dół.

Gadanie z ludźmi pozwala mi jednak przetrwać kryzys mentalny. Zagaduję też wszystkich mijanych turystów, pytam grzybiarzy o zbiory, w tym roku wysypały rydze. Uwielbiam rydze! Po biegu Błażej oświecił mnie, że przez to gadanie (a im dalej, tym bardziej się nasilało, co gorsza przekształcało się w krzyk, płacz, a nawet śpiewanie) traciłam mnóstwo cennej energii. Być może. Ale to pomagało.

Bieg 7 Dolin

Magda Łączak na zbiegu do Piwnicznej, jak powiedział Błażej: „wyprzedził mnie mały, szybki pocisk”. Osiągnęła czas 10:20, zdobywając złoto w Mistrzostwach Polski

Bieg 7 Dolin

Goniąca mnie Żaneta Bogdał, w Piwnicznej była 3 min. za mną

W dobrym nastroju dobiegam do Piwnicznej. To wszystko jest za proste, gdzie ten ból i wielkie kryzysy?  Dobiegając do punktu odżywczego nie mogę się doczekać spotkania z Tatą, chcę mu opowiedzieć o wszystkich moich przeżyciach od Rytra. Takie wsparcie psychiczne naprawdę bardzo, bardzo dużo pomaga! Jednak go tam nie ma… No tak, myślę, dobiegłam za szybko! (Okazało się później, że zepsuł mu się samochód. Cały Tata!) Mój czas to 7:21, a nie zakładane 8 godzin. Błażej relacjonował później, że widział mnie wbiegającą do Piwnicznej, gdy on opuszczał punkt i z przerażeniem – „goni mnie młodsza siostra” – odpalił rakietę.

Teoretycznie mam szansę na 11 godzin i srebrny medal w Mistrzostwach Polski. Teoretycznie. Z tyłu głowy kołacze się jednak myśl, że przede mną jeszcze 4 albo ponad 4 godziny biegu. Maraton górski. Ta myśl zaczyna mnie przerażać. Można sobie chwilowo podbudować nastrój przez fajną pogawędką ze współbiegaczami, ale ostatecznie zostaje się samemu ze sobą i samemu trzeba dobiec do mety, całe 34 km, które w tym momencie wydają się dużo dłuższe, niż są w rzeczywistości.

W punkcie, otoczona kamerami i obiektywami, szybko zabieram swój ekwipunek z kulkami i żelami, piję dużo i tradycyjnie nawet nie zaglądam na zastawione pysznościami stoły, ani nie odpoczywam nawet na moment. Punkt opuszczam we względnie dobrym nastroju, zagaduję jeszcze policjantów i częstuje nadmiarem kulek. Przeklęte kulki! Zaczęłam je już wyrzucać w drodze do Piwnicznej, ale nikt nie chciał się poczęstować. Moja świadomość jeszcze nie wie i nawet nie przypuszcza, że już niedługo wszystko się zmieni, a ja nie będę już tą samą osobą…

W kolejnej części o tym, jak przetrwać niekończący się kryzys.

Poprzednie części

]]>