Diabelskie Schody na Krzywą Grań. Glen Coe Skyline – część 2

Godzina 10. Startujemy w strugach deszczu i wietrze. Przed nami Bad Weather Route. 33 km i 2900 metrów po dzikich, szkockich górach.

Pierwsze kilka kilometrów to głównie podbieg z małymi zbiegami, trawersujemy górkę Stob Mhic Mhartuin, 707 m. Wszyscy ruszają bardzo szybko. A ja nie mogę wejść na większe obroty, nie mam siły. Tętno jak w 3 zakresie, a truchtam po 6:00. Już wiem, że to nie będzie łatwy dzień.

Gdy kończy się szutrowa droga, jestem już poza pierwszą dziesiątką kobiet. Wąska ścieżka płynącym szlakiem. Spokojnie da się jeszcze podbiegać. Uruchamiam kijki, jako jedyna w zasięgu wzroku. Co za obciach. Ale mam to gdzieś, chcę przetrwać ten bieg. Po cichu liczę jeszcze, że uda się wyprzedzić parę dziewczyn i wskoczyć w pierwszą dziesiątkę. Poczuję moc?

Diabeł mieszka w górach

Po paru kilometrach zbiegamy technicznym szlakiem. To Diabelskie Schody (Devil’s Staircase). Nazwa dobrze oddaje charakter ścieżki. Skały pokryte błotem, mchami i trawami, strumienie i kamienie. Przypomina mi się stromy, piarżysty i błotnisty żleb, którym schodziliśmy z wulkanu Erciyes w Turcji parę tygodni temu. Nazywał się Diabelskie Gardło. Później dowiedziałam się, że na Wyspach jest jeszcze parę szatańskich miejsc – Diabelska Kuchnia w walijskiej Snowdonii (Devil’s Kitchen) i Diabelska Drabina na Carrantuohill w Irlandii (Devil’s Ladder). Diabeł mieszka w górach, a ja mam niedługo poznać jego czarcie oblicze.

Co chwilę wpadam po kostki w błoto albo błotnistą kałużę. Na zbiegu parę osób wyprzedzam, ale jak się później okaże, zdecydowanie za mało, żeby nadgonić na czekających mnie trudnościach.

Przebiegamy drogę i odhaczamy pierwszy Check Point (CP), gdzie trzeba do czytnika przyłożyć trzymanego na nadgarstku chipa, podobnego do tych z biegów na orientację. Znowu lecimy pod górę skalno-błotnistym szlakiem, którym płynie strumień, a na biegaczy czekają bagienne pułapki, w które można wpaść po kolana. Po kilku minutach robi się prawie pionowo. Wdrapuję się gliniasto-trawiastym zboczem, a raczej wciągam na kijkach. Dogania mnie tu kolejna dziewczyna. Kurczę, jest aż tak źle?

Curved Ridge, Salomon Glen Coe Skyline 2018

Scrambling na Curved Ridge

Zakrzywienie czasu na Krzywej Grani

Kolejny CP i każą mi schować kijki, zaczyna się grań! Prawie pionowa Curved Ridge. Mokra skała, błoto. Na początku jest łatwo. Chociaż trzeba uważać, żeby nie wplątać się w trudniejszy teren. Właśnie to mi się przytrafia, muszę się zatrzymać i pomyśleć, gdzie postawić nogę, a gdzie złapać ręką, żeby nie sturlać się parę metrów w dół. Wyprzedza mnie Brytyjka, a ja lecę za nią, by po chwili stwierdzić, że ściganie się nie ma już sensu.

Czas się zatrzymuje, a raczej dziwnie zakrzywia. Powyżej mnie, na pionowym odcinku Krzywej Grani dwadzieścia parę osób stoi w miejscu. Część czeka na dole, a część wisi na ścianie. Wieje dobre 60 km/h, zacina deszcz, a ja przestaję się ścigać. Trzęsie mnie z zimna. Czekamy. Wciągam trzy żele. Co parę minut przesuwamy się o 2-3 metry, więc ciężko mi założyć zapasową suchą bluzkę i przepiąć numer. Nie zatrzymuję na tych cholernych przestojach zegarka, chcę znać rzeczywisty czas. Cel „Top 10” coraz bardziej się oddala.

Curved Ridge, Salomon Glen Coe Skyline 2018

Curved Ridge

Chichot diabła

Każdy mocniejszy podmuch wiatru jest jak diabli śmiech. Tracę czucie w stopach, zaczynają zamarzać mi dłonie. Znowu 2 metry do góry i kolejny stop. Ten zakorkowany odcinek faktycznie jest trudny. Na mokrej skale sama mam problem ze znalezieniem i złapaniem pewnego chwytu. Dochodzę do pionowego kominka. Jestem za niska, żeby złapać tam, gdzie pokazuje mi gość w kasku, zabezpieczający drogę. Muszę pokombinować i znaleźć lepsze stopnie na nogi, wygiąć się, rozciągnąć i wyciągnąć. Nie ma wielkiej ekspozycji, ale można spaść 2-3 metry na biegaczy, którzy z niecierpliwością czekają, aż uporam się ze ścianką. Oceniam ją w tych warunkach na III w skali UIAA. Ostanie podciągnięcie i dalszy scrambling jest już przyjemniejszy.

Przypomina mi się podejście Walowym Żlebem na Zadni Gerlach. Z tą różnicą, że jest mokro, ślisko, dużo błota i nie grzeją mnie promienie słońca. Przyspieszam, żeby poczuć ciepło, ale nie pozwala mi na to wzmagający się wicher. Wychodzę na grań podszczytową i w tym samym momencie zatrzymuje mnie podmuch pędzący 100 km/h. Chichot diabła.

Curved Ridge, Salomon Glen Coe Skyline 2018

Curved Ridge, Glen Coe Skyline

Facebookgoogle_plusredditpinterestlinkedinmailFacebookgoogle_plusredditpinterestlinkedinmail

Brak odpowiedzi do "Diabelskie Schody na Krzywą Grań. Glen Coe Skyline – część 2"


    Masz coś do powiedzenia?

    HTML jest dozwolony